Wczoraj, 22:35 ✶
Geraldine miała tę irytującą cechę, że nawet kiedy próbowała być miła, potrafiła zabrzmieć tak, jakby właśnie udzielała mi ostatniej szansy na zachowanie godności - „jak chcesz, nie będę się narzucać” - usłyszałem za plecami i przez chwilę zastanawiałem się, czy powinienem był się odwrócić i powiedzieć jej, że „doceniałem troskę, ale” resztę mogła sobie dopowiedzieć. Ostatecznie tego nie zrobiłem, bo lubiłem dostrzegać głównie pozytywne aspekty naszej współpracy, zwłaszcza w sytuacjach, w których znajdowaliśmy się razem na zapomnianym przez Merlina zadupiu i byliśmy zdani wyłącznie na swoje wzajemne towarzystwo, poza tym może nie powiedziałbym tego na głos, ale odpowiadał mi styl bycia mojej kuzynki, bo dzięki niemu nie mieliśmy żadnych zbędnych niejasności w naszej relacji, zarówno zawodowej, jak również towarzyskiej. A tych nam dzisiaj nie brakowało z zewnątrz.
Strumień był szerszy, niż początkowo sądziłem, chociaż przy tej temperaturze i po tylu godzinach marszu wszystko zaczynało wyglądać na większe, głębsze i zdecydowanie bardziej nieprzyjazne, niż zapewne było w rzeczywistości - nie widziałem jednak ani śladu dna, ani jednego kamienia wystającego ponad płynącą wodę, o którą mógłby się rozbijać szybki nurt rzeki, co zdecydowanie byłoby pocieszającym widokiem - nie podobało mi się to spostrzeżenie. Jeszcze mniej podobało mi się to, że poczułem nagle znajome ukłucie pod czaszką, tuż przy płacie czołowym, był to ten rodzaj instynktownego napięcia, który zwykle pojawiał się wtedy, kiedy coś w moim otoczeniu nie pasowało do reszty, co prawda, nie musiało oznaczać niczego konkretnego, równie dobrze mogłem być zwyczajnie przemęczony, zmarznięty i wkurwiony, ale doświadczenie nauczyło mnie, że właśnie takie drobiazgi najlepiej było traktować poważnie.
Przez chwilę patrzyłem to na kładkę, to na dziurę ziejącą w dole, robiąc to z rosnącym przekonaniem, że gdzieś po drodze, najpewniej nie tak dawno temu, by zwalić to na „błędy młodości”, popełniłem kilka nieprzemyślanych decyzji, które doprowadziły mnie właśnie do tego miejsca, i że żadna z nich ewidentnie nie była szczególnie dobra - drewno wyglądało na mokre, stare i zmęczone nawet własnym istnieniem, część desek miała kolor gnijących liści, a pomiędzy nimi prześwitywała toń, która znajdowała się chuj wiedział, ile metrów pod spodem. Do tego wiatr szarpał konstrukcją na tyle, że pojedyncze skrzypnięcia dochodziły do nas nawet wtedy, kiedy żadne z nas jej nie dotykało - no, nie napawało to optymizmem - zrobiłem krok w stronę kładki, zatrzymałem się jeszcze na brzegu i poświeciłem różdżką pod nogi, próbując znaleźć przynajmniej trzy deski, które nie wyglądały na bezpośrednio zainteresowane moją śmiercią - bardzo możliwe, że była funkcjonalna, równie możliwe, że właśnie dlatego jeszcze stała, ponieważ wszyscy poprzedni użytkownicy okazali się być wystarczająco rozsądni, żeby z niej nie skorzystać.
Skupiłem wzrok na drugim brzegu i ruszyłem sprawnie, ale nadal nie na tyle szybko, żeby całość zamieniła się w przedstawienie pod tytułem „Benjy Fenwick kontra prawa fizyki”, każdy krok stawiałem możliwie blisko słabiej uszkodzonej krawędzi, wybierając fragmenty, które wyglądały na mniej zdegenerowane od pozostałych, a kiedy jeden z nich ugiął się pod moim ciężarem, przeniosłem ciało w bok z takim impetem, że przez chwilę sam nie byłem pewien, czy właśnie uniknąłem dziury, czy tylko zmieniłem kierunek własnego upadku. Na szczęście skończyło się na tym pierwszym.
Nie byłem sarenką - sarenka przebiegłaby po tej kładce, przeskoczyła dziurę, odbiłaby się od powietrza i prawdopodobnie znalazłaby się po drugiej stronie, zanim zdążyłbym powiedzieć „kurwa” - ja, próbując zrobić dokładnie to samo, albo odciąłbym drogę kuzynki, trwale niszcząc strukturę kładki, albo popełniłbym błąd w ocenie sytuacji i najpewniej przebiłbym się przez trzy deski, uderzyłbym się o czwartą i wpadłbym ze wszystkim do wody, zarywając cały most i dodatkowo odbierając Gerdzie możliwość przejścia na drugą stronę, podczas gdy moja własna droga w zaświaty zaczęłaby się z impetem. Dlatego szedłem dalej ostrożnie, stawiając stopy tam, gdzie deski wyglądały na najmniej zainteresowane natychmiastową śmiercią, ich i moją, ignorując fakt, że Geraldine za moimi plecami najwyraźniej obserwowała każdy mój ruch.
- Nie patsz tak. - Rzuciłem przez ramię, czując spojrzenie na karku, chociaż go nie odwzajemniłem. - Pszeciesz idę. - I rzeczywiście szedłem, trochę krzywo, trochę bokiem, raz prawie tracąc równowagę, kiedy prawa część kładki ugięła się pod moją nogą, ale nadal szedłem, a potem… Potem już zapierdalałem, zgodnie z sugestią, którą wziąłem sobie do serca naprawdę, naprawdę na serio.
Geraldine wcale nie zamierzała powtórzyć mojego wyczynu, lecz z początku wcale to do mnie nie dotarło, gdyż z mojej perspektywy trudno mi było dostrzec to, co działo się na drugim brzegu - wiedziałem tylko, że musiała tam jeszcze być, bo nie słyszałem tego, co robiła, by przeprawić się przez rzekę, a potem tak po prostu jej sylwetka zniknęła. Nie chodziło o zwykłe zniknięcie, nie było charakterystycznego trzasku teleportacji ani żadnego innego zjawiska, zwyczajnie przez moment wydawało mi się, że wyczuwałem jej obecność, chwilę później miałem za sobą pustą przestrzeń, ciemność, kładkę, a sekundy później również poczucie, że ktoś właśnie postanowił zrobić ze mnie idiotę.
- Gelda? - Zmarszczyłem brwi i uniosłem różdżkę - nie dostałem odpowiedzi - spojrzałem na drugi brzeg, potem na kładkę, potem znowu na drugi brzeg i… Wtedy coś małego przemknęło po lewej stronie pomostu. - Co do… - Urwałem, bo skunks zatrzymał się na chwilę, uniósł łeb i spojrzał w moją stronę, więc odruchowo się od niego odsunąłem, na ile mogłem, z początku uznałem bowiem, że to musiał być szczur albo inne podobne cholerstwo, chociaż wydawało mi się, iż szczury raczej nie żyły naturalnie w podobnych, dzikich środowiskach. Potem zobaczyłem jednak, że to coś poruszało się zdecydowanie zbyt sprawnie i inteligentnie, żeby było zwyczajnym zwierzęciem, a kiedy przemknęło przez deskę, która jeszcze chwilę wcześniej wyglądała na gotową do złamania pod najmniejszym naporem ciężaru, coś zaczęło mi mocniej świtać.
- Nie. - Cofnąłem różdżkę, odrobinę mrużąc oczy, podczas gdy małe stworzenie mknęło dalej, trzymając się lewej strony kładki - miało cztery łapy, ogon i poruszało się z zadziwiającą pewnością siebie, omijając dziury w deskach, które mnie kosztowały dobre kilka sekund życia - zeskakując wreszcie na twardy grunt, zrobiłem dwa kroki wzdłuż brzegu, próbując lepiej zobaczyć to, co do mnie dołączyło, wtedy stworzenie spojrzało w moją stronę i wszystko stało się jasne.
- Ty sobie chyba, kulwa, szaltujesz… - Spojrzałem na nią jeszcze raz i prychnąłem pod nosem.
Skunks - Geraldine była skunksem - sekundy temu patrzyłem, jak zasuwała po kładce, i musiałem przyznać przed samym sobą, że jej rozwiązanie było znacznie rozsądniejsze od mojego, kurwa, cholera. W tej formie ważyła niewiele, mogła poruszać się szybko, a jej łapy dawały jej znacznie lepszą kontrolę nad naciskiem ciała - że też sam nigdy o tym nie pomyślałem…
Strumień był szerszy, niż początkowo sądziłem, chociaż przy tej temperaturze i po tylu godzinach marszu wszystko zaczynało wyglądać na większe, głębsze i zdecydowanie bardziej nieprzyjazne, niż zapewne było w rzeczywistości - nie widziałem jednak ani śladu dna, ani jednego kamienia wystającego ponad płynącą wodę, o którą mógłby się rozbijać szybki nurt rzeki, co zdecydowanie byłoby pocieszającym widokiem - nie podobało mi się to spostrzeżenie. Jeszcze mniej podobało mi się to, że poczułem nagle znajome ukłucie pod czaszką, tuż przy płacie czołowym, był to ten rodzaj instynktownego napięcia, który zwykle pojawiał się wtedy, kiedy coś w moim otoczeniu nie pasowało do reszty, co prawda, nie musiało oznaczać niczego konkretnego, równie dobrze mogłem być zwyczajnie przemęczony, zmarznięty i wkurwiony, ale doświadczenie nauczyło mnie, że właśnie takie drobiazgi najlepiej było traktować poważnie.
Przez chwilę patrzyłem to na kładkę, to na dziurę ziejącą w dole, robiąc to z rosnącym przekonaniem, że gdzieś po drodze, najpewniej nie tak dawno temu, by zwalić to na „błędy młodości”, popełniłem kilka nieprzemyślanych decyzji, które doprowadziły mnie właśnie do tego miejsca, i że żadna z nich ewidentnie nie była szczególnie dobra - drewno wyglądało na mokre, stare i zmęczone nawet własnym istnieniem, część desek miała kolor gnijących liści, a pomiędzy nimi prześwitywała toń, która znajdowała się chuj wiedział, ile metrów pod spodem. Do tego wiatr szarpał konstrukcją na tyle, że pojedyncze skrzypnięcia dochodziły do nas nawet wtedy, kiedy żadne z nas jej nie dotykało - no, nie napawało to optymizmem - zrobiłem krok w stronę kładki, zatrzymałem się jeszcze na brzegu i poświeciłem różdżką pod nogi, próbując znaleźć przynajmniej trzy deski, które nie wyglądały na bezpośrednio zainteresowane moją śmiercią - bardzo możliwe, że była funkcjonalna, równie możliwe, że właśnie dlatego jeszcze stała, ponieważ wszyscy poprzedni użytkownicy okazali się być wystarczająco rozsądni, żeby z niej nie skorzystać.
Skupiłem wzrok na drugim brzegu i ruszyłem sprawnie, ale nadal nie na tyle szybko, żeby całość zamieniła się w przedstawienie pod tytułem „Benjy Fenwick kontra prawa fizyki”, każdy krok stawiałem możliwie blisko słabiej uszkodzonej krawędzi, wybierając fragmenty, które wyglądały na mniej zdegenerowane od pozostałych, a kiedy jeden z nich ugiął się pod moim ciężarem, przeniosłem ciało w bok z takim impetem, że przez chwilę sam nie byłem pewien, czy właśnie uniknąłem dziury, czy tylko zmieniłem kierunek własnego upadku. Na szczęście skończyło się na tym pierwszym.
Nie byłem sarenką - sarenka przebiegłaby po tej kładce, przeskoczyła dziurę, odbiłaby się od powietrza i prawdopodobnie znalazłaby się po drugiej stronie, zanim zdążyłbym powiedzieć „kurwa” - ja, próbując zrobić dokładnie to samo, albo odciąłbym drogę kuzynki, trwale niszcząc strukturę kładki, albo popełniłbym błąd w ocenie sytuacji i najpewniej przebiłbym się przez trzy deski, uderzyłbym się o czwartą i wpadłbym ze wszystkim do wody, zarywając cały most i dodatkowo odbierając Gerdzie możliwość przejścia na drugą stronę, podczas gdy moja własna droga w zaświaty zaczęłaby się z impetem. Dlatego szedłem dalej ostrożnie, stawiając stopy tam, gdzie deski wyglądały na najmniej zainteresowane natychmiastową śmiercią, ich i moją, ignorując fakt, że Geraldine za moimi plecami najwyraźniej obserwowała każdy mój ruch.
- Nie patsz tak. - Rzuciłem przez ramię, czując spojrzenie na karku, chociaż go nie odwzajemniłem. - Pszeciesz idę. - I rzeczywiście szedłem, trochę krzywo, trochę bokiem, raz prawie tracąc równowagę, kiedy prawa część kładki ugięła się pod moją nogą, ale nadal szedłem, a potem… Potem już zapierdalałem, zgodnie z sugestią, którą wziąłem sobie do serca naprawdę, naprawdę na serio.
Geraldine wcale nie zamierzała powtórzyć mojego wyczynu, lecz z początku wcale to do mnie nie dotarło, gdyż z mojej perspektywy trudno mi było dostrzec to, co działo się na drugim brzegu - wiedziałem tylko, że musiała tam jeszcze być, bo nie słyszałem tego, co robiła, by przeprawić się przez rzekę, a potem tak po prostu jej sylwetka zniknęła. Nie chodziło o zwykłe zniknięcie, nie było charakterystycznego trzasku teleportacji ani żadnego innego zjawiska, zwyczajnie przez moment wydawało mi się, że wyczuwałem jej obecność, chwilę później miałem za sobą pustą przestrzeń, ciemność, kładkę, a sekundy później również poczucie, że ktoś właśnie postanowił zrobić ze mnie idiotę.
- Gelda? - Zmarszczyłem brwi i uniosłem różdżkę - nie dostałem odpowiedzi - spojrzałem na drugi brzeg, potem na kładkę, potem znowu na drugi brzeg i… Wtedy coś małego przemknęło po lewej stronie pomostu. - Co do… - Urwałem, bo skunks zatrzymał się na chwilę, uniósł łeb i spojrzał w moją stronę, więc odruchowo się od niego odsunąłem, na ile mogłem, z początku uznałem bowiem, że to musiał być szczur albo inne podobne cholerstwo, chociaż wydawało mi się, iż szczury raczej nie żyły naturalnie w podobnych, dzikich środowiskach. Potem zobaczyłem jednak, że to coś poruszało się zdecydowanie zbyt sprawnie i inteligentnie, żeby było zwyczajnym zwierzęciem, a kiedy przemknęło przez deskę, która jeszcze chwilę wcześniej wyglądała na gotową do złamania pod najmniejszym naporem ciężaru, coś zaczęło mi mocniej świtać.
- Nie. - Cofnąłem różdżkę, odrobinę mrużąc oczy, podczas gdy małe stworzenie mknęło dalej, trzymając się lewej strony kładki - miało cztery łapy, ogon i poruszało się z zadziwiającą pewnością siebie, omijając dziury w deskach, które mnie kosztowały dobre kilka sekund życia - zeskakując wreszcie na twardy grunt, zrobiłem dwa kroki wzdłuż brzegu, próbując lepiej zobaczyć to, co do mnie dołączyło, wtedy stworzenie spojrzało w moją stronę i wszystko stało się jasne.
- Ty sobie chyba, kulwa, szaltujesz… - Spojrzałem na nią jeszcze raz i prychnąłem pod nosem.
Skunks - Geraldine była skunksem - sekundy temu patrzyłem, jak zasuwała po kładce, i musiałem przyznać przed samym sobą, że jej rozwiązanie było znacznie rozsądniejsze od mojego, kurwa, cholera. W tej formie ważyła niewiele, mogła poruszać się szybko, a jej łapy dawały jej znacznie lepszą kontrolę nad naciskiem ciała - że też sam nigdy o tym nie pomyślałem…
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)