07.09.2026, 23:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.09.2026, 23:57 przez Benjy Fenwick.)
Przez chwilę naprawdę nie wiedziałem, czy powinienem był się zaśmiać, czy raczej potraktować przyśpiewki Wood jako nad wyraz osobistą zniewagę, szczególnie że robiła to z takim przekonaniem, jakby całe swoje życie przygotowywała się właśnie do tej jednej chwili, w której będzie mogła stanąć pośród prastarej flory Lasu Wisielców i zacząć obrażać Zjednoczonych Puddlemere w obecności jednego z ich najbardziej oddanych kibiców. Nie przeszkadzało mi nawet szczególnie to, że robiła to wszystko z wyraźną satysfakcją, ponieważ sam przecież zacząłem całą tę zabawę i nie mogłem teraz udawać, że nagle odkryłem istnienie granic dobrego smaku, problem polegał wyłącznie na tym, że wybrała sobie wyjątkowo niewłaściwy klub do obrażania, a ja po kilkunastu solidnych łykach alkoholu nie miałem już ani odpowiedniej trzeźwości, ani odpowiedniej godności, żeby pozwolić jej przejść nad tym do porządku dziennego - oczywiście - mogłem udawać, że mnie to nie ruszało, ale absynt skutecznie odebrał mi resztki wyrozumiałości w zakresie wysłuchiwania cudzych błędnych opinii o Quidditchu, nawet tych śpiewanych. Być może miałem w sobie więcej tych konkretnych genów, których wolałbym nie dopuszczać do głosu, lecz im więcej procentów płynęło mi we krwi, tym wyraźniej traciłem umiejętność zachowywania poważnej, dorosłej twarzy w obliczu nagłego sprzeciwu przeciwko moim ideologiom - kiedy więc usłyszałem kolejne „pierdoleni Zjednoczeni”, zatrzymałem się z patykiem w jednej ręce i z butelką w drugiej, po czym spojrzałem na Heather z niemal karykaturalnym niedowierzaniem.
- Mułem? - Powtórzyłem w końcu, unosząc brwi. - Mułem ci jebie? - Spojrzałem na swoje buty, potem ponownie na Rudą, a następnie gdzieś w bok, próbując przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek słyszałem coś równie bezczelnego. Najgorsze było to, że śpiewała całkiem dobrze, a przyśpiewka rzeczywiście była chwytliwa, przez co przez dobre kilka sekund mój własny pijany mózg próbował podchwycić melodię, zanim przypomniałem sobie, że powinienem był się obrazić. Nie zamierzałem jednak odpuszczać, szczególnie że Wood najwyraźniej uważała, iż miała przewagę tylko dlatego, że potrafiła przypomnieć sobie więcej przyśpiewek. Wyciągnąłem patyk spod warstwy mokrych liści, obejrzałem go, odrzuciłem, bo był spróchniały, i dopiero wtedy kontynuowałem.
- Puddlemele szanuj na kaszdym stadionie,
Klękaj przed nami w niskim pokłonie.
Błękitna klew, wyglanych w pas,
Jebaś was wszystkich po wieczny czas.
Schyliłem się po kawałek drewna, który leżał przy poskręcanych korzeniach starego wiązu, przełamałem go przez kolano i z zadowoleniem stwierdziłem, że był suchy w środku, dorzuciłem go zatem do wiązki, po czym wyprostowałem się i zacząłem odpowiadać jej kolejną przyśpiewką…
- Latają Halpie i głośno dziamgają,
A same we własne gniazdo wciąsz slają.
Swojego blata bes wstydu luchacie,
O gsze i klasie pojęcia nie macie.
Po tej deklaracji przez chwilę stałem z wiązką chrustu na jednym przedramieniu, z suchym patykiem w ręce i z butelką w drugiej, bardzo z siebie zadowolony - nadal byłem w stanie rozpoznać dobre drewno od spróchniałego, nadal potrafiłem chodzić prosto i nadal pamiętałem, że jesteśmy w Lesie Wisielców, ale zdecydowanie przestałem przejmować się tym, że gdzieś w pobliżu mogło czaić się coś, czego rozsądny człowiek nie chciałby spotkać.
- Wymysły snujesz, bo zawiść cię zszela,
A Puddlemele cały świat wybiela.
Klakaś potlafisz, lecz lataś nie umiesz,
Gdy wlecim na boisko, szybko to zlozumiesz.
Halpie na glebie, Zjednoczeni w gósze,
Lozjebiemy pizdy w najgolszą buszę.
Ruszyłem dalej, przeczesując wzrokiem ziemię pod kolejnymi drzewami, po chwili znalazłem kilka suchych gałęzi, więc zacząłem zbierać jedną po drugiej, układając je pod pachą, doskonały humor sprawiał, że nuciłem jeszcze przez jakiś czas, ale po ostatniej przyśpiewce przeszedłem raczej do pojedynczych pomruków melodii, ponieważ zaczynałem czuć przyjemny ciężar absyntu również w całym ciele, już nie tylko na języku, czy w głowie.
- Mułem? - Powtórzyłem w końcu, unosząc brwi. - Mułem ci jebie? - Spojrzałem na swoje buty, potem ponownie na Rudą, a następnie gdzieś w bok, próbując przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek słyszałem coś równie bezczelnego. Najgorsze było to, że śpiewała całkiem dobrze, a przyśpiewka rzeczywiście była chwytliwa, przez co przez dobre kilka sekund mój własny pijany mózg próbował podchwycić melodię, zanim przypomniałem sobie, że powinienem był się obrazić. Nie zamierzałem jednak odpuszczać, szczególnie że Wood najwyraźniej uważała, iż miała przewagę tylko dlatego, że potrafiła przypomnieć sobie więcej przyśpiewek. Wyciągnąłem patyk spod warstwy mokrych liści, obejrzałem go, odrzuciłem, bo był spróchniały, i dopiero wtedy kontynuowałem.
- Puddlemele szanuj na kaszdym stadionie,
Klękaj przed nami w niskim pokłonie.
Błękitna klew, wyglanych w pas,
Jebaś was wszystkich po wieczny czas.
Schyliłem się po kawałek drewna, który leżał przy poskręcanych korzeniach starego wiązu, przełamałem go przez kolano i z zadowoleniem stwierdziłem, że był suchy w środku, dorzuciłem go zatem do wiązki, po czym wyprostowałem się i zacząłem odpowiadać jej kolejną przyśpiewką…
- Latają Halpie i głośno dziamgają,
A same we własne gniazdo wciąsz slają.
Swojego blata bes wstydu luchacie,
O gsze i klasie pojęcia nie macie.
Po tej deklaracji przez chwilę stałem z wiązką chrustu na jednym przedramieniu, z suchym patykiem w ręce i z butelką w drugiej, bardzo z siebie zadowolony - nadal byłem w stanie rozpoznać dobre drewno od spróchniałego, nadal potrafiłem chodzić prosto i nadal pamiętałem, że jesteśmy w Lesie Wisielców, ale zdecydowanie przestałem przejmować się tym, że gdzieś w pobliżu mogło czaić się coś, czego rozsądny człowiek nie chciałby spotkać.
- Wymysły snujesz, bo zawiść cię zszela,
A Puddlemele cały świat wybiela.
Klakaś potlafisz, lecz lataś nie umiesz,
Gdy wlecim na boisko, szybko to zlozumiesz.
Halpie na glebie, Zjednoczeni w gósze,
Lozjebiemy pizdy w najgolszą buszę.
Ruszyłem dalej, przeczesując wzrokiem ziemię pod kolejnymi drzewami, po chwili znalazłem kilka suchych gałęzi, więc zacząłem zbierać jedną po drugiej, układając je pod pachą, doskonały humor sprawiał, że nuciłem jeszcze przez jakiś czas, ale po ostatniej przyśpiewce przeszedłem raczej do pojedynczych pomruków melodii, ponieważ zaczynałem czuć przyjemny ciężar absyntu również w całym ciele, już nie tylko na języku, czy w głowie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)