List, jaki otrzymała od Anthonego, a następnie od Ceolsige, wprawił ją w zdziwienie. To jest – owszem, sprawy starożytne i zagadki były jej chlebem powszednim, wszak poniekąd tym właśnie była praca archeologa, a Ginewra na wykopaliskach nie była tylko by ładnie wyglądać, albo czekać, aż coś się komuś stanie, lecz posiadała wykształcenie w historii i jak najbardziej znała się na rzeczy. Natomiast rzadko się zdarzało, żeby pisał do niej ktoś z zewnątrz, a już tym bardziej tutaj, w Wielkiej Brytanii, gdzie nie była za bardzo znana, nie wychowała się tutaj w końcu, ani nawet się tutaj nie uczyła, na żadnym etapie swojej edukacji. Ale chyba najbardziej zaskoczyła ją treść listu, jaki otrzymała od Burke: że coś w jakiś sposób dotyczyło jej rodziny. Chodziło jej o McGonagallów? Bo chyba nie o krewnych z Egiptu?
Dlatego też, gdy Ceolsige zjawiła się o umówionej porze, to Guinevere ją przywitała, upewniając się przy tym, że owszem, jest to ta sama kobieta, którą poznała dawno temu w Egipcie, a która chyba jej nie skojarzyła: i nic dziwnego, bo pomiędzy piaskami pustyni, Guinevere używała raczej swojego egipskiego imienia Nefret, oraz nazwiska matki – zwyczajnie z wygody, a to dla anglików powróciła do drugiej części personaliów. Zaprosiła ją na drugie piętro budynku, do pokoju, w którym trzymała wszystkie swoje instrumenty do wróżenia; było to przestronne pomieszczenie, dość proste w wystroju: pośrodku stał okrągły stolik nakryty ciemną tkaniną i dwa wyściełane krzesła dokładnie naprzeciwko siebie, dosunięte do niego, znajdowały się tutaj regały, a na nich stały różne kamienie, książki, ale też inne przyrządy używane przy wróżeniu. Na jednej z półek, na atłasowej poduszeczce leżała przykuwająca oczy kryształowa kula do wróżenia. To nie był pokój, w którym Guinevere mieszkała na co dzień – tu nie było żadnego łóżka, nie było tutaj niczego zbędnego. Ba, nie było nawet firan – za to czarne grube zasłony.
– Nie jestem obrażona. Sama potrzebowała chwili, żeby skojarzyć twoje imię i nazwisko – uśmiechnęła się do Ceolsige, zapraszając ją do stolika. Zwykle przy nim wróżyła, ale dzisiaj nie spodziewała się, że będzie to robić… Tym niemniej przygotowała dla nich herbatę w dzbanku, tak zwyczajniej łatwiej się rozmawiało, zwłaszcza gdy zapadały momenty ciszy. Guinevere była ubrana swobodnie, ale schludnie i raczej po egipsku, niż angielsku: w długą do ziemi dopasowaną do figury, granatową sukienkę, z geometrycznym motywem ciągnącym się od dekoltu przez klatkę piersiową, by ostatecznie kończyć się przy biodrach i do ziemi kontynuować się jedynie cienkim paskiem przedzielającym sukienkę na pół. Podobny wzór znajdował się jeszcze przy mankietach długich rękawów. Długie, ciemne włosy Ginewry puszczone były luźno. – Herbaty? – zagaiła i sama zajęła drugie z krzeseł. – Skusiła mnie praca. Dołączyłam do pewnej grupy mieszanej egipsko-angielskiej, skończyliśmy swoją pracę na jednych wykopaliskach i akurat nadarzyła się okazja, żeby kontynuować wspólnie pracę tutaj… Więc przyjechałam – a Guinevere zawsze chciała chociaż trochę popracować w Wielkiej Brytanii. Bardzo ją ciągnęły legendy arturiańskie. – A ty? Czym się obecnie zajmujesz? – pytanie za pytanie, tym bardziej że być może lekko zahaczało to o sprawę, z którą Ceolsige miała do niej i z którą tutaj w ogóle przyszła.