08.09.2026, 18:01 ✶
Sam nigdy nie należałem do ludzi, którzy szczególnie przejmowali się tym, co ktoś o mnie mówił, być może dlatego, że gdybym miał analizować każdą plotkę, każdą uwagę i każdą opinię na swój temat, musiałbym rzucić wszystko inne i zatrudnić kogoś wyłącznie do prowadzenia rejestru cudzych bzdur. Oczywiście, że gdzieś tam z tyłu głowy doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, iż te wszystkie obelgi pod adresem Zjednoczonych wcale nie wynikały z jakiejś szczególnie głębokiej nienawiści do mojego klubu, tylko z faktu, że Heather Wood najwyraźniej miała w pamięci wystarczająco dużo kibolskiego gówna, żeby w razie potrzeby móc śmiertelnie obrazić każdą drużynę, która kiedykolwiek znalazła się w zasięgu trzonka od jej miotły - znałem to, zresztą, z autopsji - wystarczyło pogrzebać trochę w pamięci i, puff!, człowiek po chwili dostawał pełny repertuar stadionowego chamstwa. Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że Ruda była prawdopodobnie jedną z niewielu osób, które mogłyby bez większego wysiłku dotrzymać mi kroku w tego rodzaju idiotycznych rozrywkach, a fakt, że sama przez kilka lat grała zawodowo, sprawiał, że z pewnością ciężko ją było urazić, więc nie musiałem się tym specjalnie przejmować.
Parsknąłem cicho, słysząc jej odpowiedź, po czym pokręciłem głową, schylając się po kolejną gałąź - nie zamierzałem udawać, że nie sprawiało mi przyjemności to, iż w jakimś stopniu udało mi się ją sprowokować do reakcji, bo najwyraźniej działało to również w drugą stronę i ona także czuła się usatysfakcjonowana ze skutecznego sprowokowania mnie do odzywki. Było w tym coś osobistego, chociaż dopiero zaczynaliśmy się poznawać, ta łatwość wzajemnego podpuszczania, brak potrzeby zastanawiania się, czy drugiej osobie nie będzie przykro. To, z jaką łatwością przypominała sobie kolejne hasła, rozumiałem akurat doskonale, jako prowodyr całego dzisiejszego zajścia, gdy przez kilka lat słyszało się bowiem te same melodie, te same rytmy i te same obelgi, w końcu zaczynały one siedzieć w głowie tak mocno, że wyłaziły z niej przy zupełnie nieodpowiednich okazjach. Miałem podejrzenie, że część tych przyśpiewek znałem właśnie dlatego, że przez lata słyszałem je z trybun, w pubach albo od ludzi, którzy najwyraźniej uznawali wydarzenia sportowe za doskonały pretekst do sprawdzania, ile przekleństw można było zmieścić w jednej zwrotce. Kurwa, dużo.
Może nie obnosiłem się z tym podczas naszych poprzednich spotkań, lecz nie dało się ukryć - od dziecka byłem tym typem kibica, który analizował statystyki każdego zawodnika, prowadził tabelki i potrafił wymienić skład drużyny sprzed dwudziestu lat, ponadto lubiłem atmosferę stadionu, lubiłem hałas trybun i tę specyficzne poczucie jedności, która pojawiała się między ludźmi, kiedy przez dwie godziny wszyscy mieli jeden wspólny powód do wrzeszczenia.
Nie przerywając nucenia, tym razem już samej melodii utworu na cześć najlepszej drużyny w całej Wielkiej Brytanii, zastanowiłem się przez chwilę nad tym, o co mnie spytała, spoglądając na to, co już zebraliśmy, a potem na kolejne gałęzie leżące pod drzewami - naprawdę było ich tu bardzo, bardzo dużo, nawet wziąwszy pod uwagę te spróchniałe - właściwie dopiero teraz zacząłem myśleć o tym, że cały ten chrust trzeba było jeszcze jakoś zabrać ze sobą, natomiast teleportacja z naręczem patyków mogła należeć do doświadczeń, których zdecydowanie nie potrzebowałem zdobywać po dzisiejszym początku spaceru. Ile to było „wystarczająco”? Ile miało „się nadać”? No, kurwa… Najwyraźniej w tradycjach magicznych zakładano, że dorosły człowiek posiadał wrodzoną wiedzę na temat właściwej liczby gałęzi potrzebnych do rozpalenia sabatowego ogniska.
-Nie mam zielonego pojęcia. - Przepłukałem gardło absyntem i zmrużyłem oczy, patrząc na większą wiązkę. - Ale skolo jusz pytasz, to powiedziałbym, sze tyle, ile jesteśmy w stanie unieść. Chyba sze istnieje jakaś konkletna tladycja, według któlej ognisko musi byś dokładnie okleślonej wielkości, wtedy jesteśmy w dupie, bo nikt nam o tym nie powiedział. - Trudno mi było udawać, zwłaszcza przed nią, że byłem jakoś szczególnie za pan brat z religią, przynajmniej z tą jej częścią, z którą nie łączyły mnie niektóre aspekty zawodowe, musieliśmy zatem zdać się na własny osąd. W gruncie rzeczy mogło być jednak gorzej, znacznie gorzej, mogliśmy przecież nadal siedzieć w domu.
Parsknąłem cicho, słysząc jej odpowiedź, po czym pokręciłem głową, schylając się po kolejną gałąź - nie zamierzałem udawać, że nie sprawiało mi przyjemności to, iż w jakimś stopniu udało mi się ją sprowokować do reakcji, bo najwyraźniej działało to również w drugą stronę i ona także czuła się usatysfakcjonowana ze skutecznego sprowokowania mnie do odzywki. Było w tym coś osobistego, chociaż dopiero zaczynaliśmy się poznawać, ta łatwość wzajemnego podpuszczania, brak potrzeby zastanawiania się, czy drugiej osobie nie będzie przykro. To, z jaką łatwością przypominała sobie kolejne hasła, rozumiałem akurat doskonale, jako prowodyr całego dzisiejszego zajścia, gdy przez kilka lat słyszało się bowiem te same melodie, te same rytmy i te same obelgi, w końcu zaczynały one siedzieć w głowie tak mocno, że wyłaziły z niej przy zupełnie nieodpowiednich okazjach. Miałem podejrzenie, że część tych przyśpiewek znałem właśnie dlatego, że przez lata słyszałem je z trybun, w pubach albo od ludzi, którzy najwyraźniej uznawali wydarzenia sportowe za doskonały pretekst do sprawdzania, ile przekleństw można było zmieścić w jednej zwrotce. Kurwa, dużo.
Może nie obnosiłem się z tym podczas naszych poprzednich spotkań, lecz nie dało się ukryć - od dziecka byłem tym typem kibica, który analizował statystyki każdego zawodnika, prowadził tabelki i potrafił wymienić skład drużyny sprzed dwudziestu lat, ponadto lubiłem atmosferę stadionu, lubiłem hałas trybun i tę specyficzne poczucie jedności, która pojawiała się między ludźmi, kiedy przez dwie godziny wszyscy mieli jeden wspólny powód do wrzeszczenia.
Nie przerywając nucenia, tym razem już samej melodii utworu na cześć najlepszej drużyny w całej Wielkiej Brytanii, zastanowiłem się przez chwilę nad tym, o co mnie spytała, spoglądając na to, co już zebraliśmy, a potem na kolejne gałęzie leżące pod drzewami - naprawdę było ich tu bardzo, bardzo dużo, nawet wziąwszy pod uwagę te spróchniałe - właściwie dopiero teraz zacząłem myśleć o tym, że cały ten chrust trzeba było jeszcze jakoś zabrać ze sobą, natomiast teleportacja z naręczem patyków mogła należeć do doświadczeń, których zdecydowanie nie potrzebowałem zdobywać po dzisiejszym początku spaceru. Ile to było „wystarczająco”? Ile miało „się nadać”? No, kurwa… Najwyraźniej w tradycjach magicznych zakładano, że dorosły człowiek posiadał wrodzoną wiedzę na temat właściwej liczby gałęzi potrzebnych do rozpalenia sabatowego ogniska.
-Nie mam zielonego pojęcia. - Przepłukałem gardło absyntem i zmrużyłem oczy, patrząc na większą wiązkę. - Ale skolo jusz pytasz, to powiedziałbym, sze tyle, ile jesteśmy w stanie unieść. Chyba sze istnieje jakaś konkletna tladycja, według któlej ognisko musi byś dokładnie okleślonej wielkości, wtedy jesteśmy w dupie, bo nikt nam o tym nie powiedział. - Trudno mi było udawać, zwłaszcza przed nią, że byłem jakoś szczególnie za pan brat z religią, przynajmniej z tą jej częścią, z którą nie łączyły mnie niektóre aspekty zawodowe, musieliśmy zatem zdać się na własny osąd. W gruncie rzeczy mogło być jednak gorzej, znacznie gorzej, mogliśmy przecież nadal siedzieć w domu.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)