Wczoraj, 20:09 ✶
Nie mogłem powiedzieć, że jej sposób okazywania troski był szczególnie przyjemny, ale akurat tutaj trudno było mi się obrażać, ponieważ znałem się Geraldine już wystarczająco długo i zażyle - zwłaszcza na poziomie zbijania sobie z nią pięści, niekoniecznie z innymi pięściami - żeby rozumieć, że jeżeli mówiła komuś, żeby „spierdalał”, w jej słowniku mogło to oznaczać zarówno „natychmiast wykonaj polecenie”, jak i „zależy mi na tym, żebyś nie umarł, więc rusz dupę”. Była pragmatyczna do granic irytacji, oszczędna w okazywaniu uczuć i zdecydowanie bardziej skłonna przypierdolić człowiekowi w kość ogonową niż powiedzieć mu, że martwiła się o jego zdrowie, ale z czasem nauczyłem się tłumaczyć jej zachowanie na własny użytek - nie oznaczało to, że zamierzałem jej za każdym razem dziękować za troskę, ponieważ miałem na ten temat swoje zdanie, po tylu latach znoszenia różnorakich typów charakterów, z jakimi spotykałem się w branży, uważałem, że pewne rzeczy należało przyjmować z adekwatną dozą wyjebanizmu, uporu i „chuj ci w dupę, nawet jeśli dobrze prawisz”, poza tym żywiłem przekonanie, że jeśli naprawdę będziemy się publicznie lubić, ktoś w końcu uzna to za podejrzane, a nie chciałem stawać w obliczu pytań, jak to się stało. Jak do tego doszło? Nie wiem. Po prostu zostaliśmy zawodowymi partnerami, dlatego też, kiedy powiedziała mi, żebym zapierdalał, potraktowałem to dokładnie tak, jak należało, czyli ruszyłem szybciej, jednocześnie próbując nie umrzeć.
Kładka jednak nie zamierzała ułatwiać mi życia, jej kolejne skrzypnięcia przypominały mi bardzo wyraźnie, że stosunek mojej odwagi do ciężaru ciała pozostawały ze sobą w pewnej niefortunnej zależności - mogłem być zwinny, mogłem mieć naprawdę niezły refleks, mogłem nawet pochwalić się kilkoma sytuacjami, w których uniknąłem rzeczy zdecydowanie bardziej niebezpiecznych niż dziura w desce, ale nadal ważyłem swoje i miałem sylwetkę, która świetnie sprawdzała się przy wyważaniu drzwi, przepychaniu przeszkód oraz innych czynnościach wymagających kontaktu z materią, natomiast zdecydowanie gorzej wypadała przy delikatnym przemieszczaniu się po konstrukcji pamiętającej czasy, kiedy gwoździe były prawdopodobnie najnowszym osiągnięciem technologicznym przemysłu budowlanego. Gerda mogła sobie świdrować wzrokiem koniec moich pleców, najpewniej myśląc, że powinienem był pobiec, lecz gdybym rzeczywiście posłuchał tej rady, po kilku krokach zmienilibyśmy lokalizację powtórnego spotkania z drugiego brzegu na reunion w pobliżu dna rzeki.Zamiast elegancko przeskakiwać nad dziurami, raczej wprawiłbym kładkę w stan, który w dokumentacji budowlanej określało się zapewne mianem „utraty ciągłości konstrukcji nośnej”, dlatego przesuwałem się ostrożnie, pilnując każdej deski, aż wreszcie dotarłem na drugi brzeg.
Dopiero wtedy zorientowałem się, że Geraldine zniknęła… Przez chwilę naprawdę nie wiedziałem, co się stało, obejrzałem się na kładkę, potem na pustą przestrzeń za sobą, następnie jeszcze raz na kładkę, ponieważ najwyraźniej mój mózg potrzebował kilku sekund, żeby zaakceptować fakt, że kobieta, która sekundę wcześniej stała za mną, nagle przestała istnieć, nie reagując na hasła głosowe - odpowiedziało mi tylko szemranie wody i wiatr tłukący witkami wierzby płaczącej zwieszającymi się gdzieś nad moją głową. Oczywiście, że nie uznała za stosowne powiedzieć mi o tym, co potrafiła, przed rozpoczęciem całej wyprawy - po co miałaby informować własnego kuzyna i jednoczesnego wspólnika o jednym z bardziej praktycznych atutów, skoro mogła poczekać, aż będzie stał po drugiej stronie rzeki i zastanawiał się, gdzie do cholery podziała się jego towarzyszka.
- Pszes cały ten czas - zacząłem, prostując się powoli - mogłaś byś sobie skunksem? - Nie otrzymałem odpowiedzi, rzecz jasna, chociaż sposób, w jaki na mnie patrzyła tymi oczami przypominającymi świecące paciorki, sprawił, iż przez moment odniosłem wrażenie, że gdyby miała ludzkie usta, powiedziałaby mi coś wyjątkowo niemiłego. Kilka sekund później stała już zresztą przede mną w ludzkiej postaci, całkowicie spokojna, a następnie rzuciła swoje krótkie „niespodzianka”. - Tlansmutacja? Selio? Twoim ulubionym pszedmiotem? - Powtórzyłem. - W takim lasie zaczynam losumieś, dlaczego nigdy nie zachowywałaś się nolmalnie. - Patrzyłem na nią jeszcze przez chwilę, po czym pokręciłem głową z kpiarskim niedowierzaniem. - Ja tutaj lysykuję szycie - podjąłem, wskazując na kładkę - waszę kaszdą deskę, kombinuję, gdzie postawiś nogę, zastanawiam się, czy mam wystalszająco duszo czasu na napisanie pieldolonego, kulwa, testamentu, a ty lobisz „puf” i wychodzi s ciebie jebany animag? Wiesz, sze mogłaś mi powiedzieś? Zanim wszedłem na tę pszeklętą kładkę. Mogłaś powiedzieś „Benjy, jestem pieldolonym animagiem, mogę się zmieniś w jebanego skunksa i pszetestowaś to gówno bes lysyka złamania karku”. Oszczędziłabyś mi pszynajmniej pięciu minut szycia. - Zrobiłem krótką pauzę, po czym wypuściłem powietrze nosem, w gruncie rzeczy mnie to bawiło, ale nie mogłem jej tak łatwo popuścić tego, jak bardzo mnie wykolegowała.
Kładka jednak nie zamierzała ułatwiać mi życia, jej kolejne skrzypnięcia przypominały mi bardzo wyraźnie, że stosunek mojej odwagi do ciężaru ciała pozostawały ze sobą w pewnej niefortunnej zależności - mogłem być zwinny, mogłem mieć naprawdę niezły refleks, mogłem nawet pochwalić się kilkoma sytuacjami, w których uniknąłem rzeczy zdecydowanie bardziej niebezpiecznych niż dziura w desce, ale nadal ważyłem swoje i miałem sylwetkę, która świetnie sprawdzała się przy wyważaniu drzwi, przepychaniu przeszkód oraz innych czynnościach wymagających kontaktu z materią, natomiast zdecydowanie gorzej wypadała przy delikatnym przemieszczaniu się po konstrukcji pamiętającej czasy, kiedy gwoździe były prawdopodobnie najnowszym osiągnięciem technologicznym przemysłu budowlanego. Gerda mogła sobie świdrować wzrokiem koniec moich pleców, najpewniej myśląc, że powinienem był pobiec, lecz gdybym rzeczywiście posłuchał tej rady, po kilku krokach zmienilibyśmy lokalizację powtórnego spotkania z drugiego brzegu na reunion w pobliżu dna rzeki.Zamiast elegancko przeskakiwać nad dziurami, raczej wprawiłbym kładkę w stan, który w dokumentacji budowlanej określało się zapewne mianem „utraty ciągłości konstrukcji nośnej”, dlatego przesuwałem się ostrożnie, pilnując każdej deski, aż wreszcie dotarłem na drugi brzeg.
Dopiero wtedy zorientowałem się, że Geraldine zniknęła… Przez chwilę naprawdę nie wiedziałem, co się stało, obejrzałem się na kładkę, potem na pustą przestrzeń za sobą, następnie jeszcze raz na kładkę, ponieważ najwyraźniej mój mózg potrzebował kilku sekund, żeby zaakceptować fakt, że kobieta, która sekundę wcześniej stała za mną, nagle przestała istnieć, nie reagując na hasła głosowe - odpowiedziało mi tylko szemranie wody i wiatr tłukący witkami wierzby płaczącej zwieszającymi się gdzieś nad moją głową. Oczywiście, że nie uznała za stosowne powiedzieć mi o tym, co potrafiła, przed rozpoczęciem całej wyprawy - po co miałaby informować własnego kuzyna i jednoczesnego wspólnika o jednym z bardziej praktycznych atutów, skoro mogła poczekać, aż będzie stał po drugiej stronie rzeki i zastanawiał się, gdzie do cholery podziała się jego towarzyszka.
- Pszes cały ten czas - zacząłem, prostując się powoli - mogłaś byś sobie skunksem? - Nie otrzymałem odpowiedzi, rzecz jasna, chociaż sposób, w jaki na mnie patrzyła tymi oczami przypominającymi świecące paciorki, sprawił, iż przez moment odniosłem wrażenie, że gdyby miała ludzkie usta, powiedziałaby mi coś wyjątkowo niemiłego. Kilka sekund później stała już zresztą przede mną w ludzkiej postaci, całkowicie spokojna, a następnie rzuciła swoje krótkie „niespodzianka”. - Tlansmutacja? Selio? Twoim ulubionym pszedmiotem? - Powtórzyłem. - W takim lasie zaczynam losumieś, dlaczego nigdy nie zachowywałaś się nolmalnie. - Patrzyłem na nią jeszcze przez chwilę, po czym pokręciłem głową z kpiarskim niedowierzaniem. - Ja tutaj lysykuję szycie - podjąłem, wskazując na kładkę - waszę kaszdą deskę, kombinuję, gdzie postawiś nogę, zastanawiam się, czy mam wystalszająco duszo czasu na napisanie pieldolonego, kulwa, testamentu, a ty lobisz „puf” i wychodzi s ciebie jebany animag? Wiesz, sze mogłaś mi powiedzieś? Zanim wszedłem na tę pszeklętą kładkę. Mogłaś powiedzieś „Benjy, jestem pieldolonym animagiem, mogę się zmieniś w jebanego skunksa i pszetestowaś to gówno bes lysyka złamania karku”. Oszczędziłabyś mi pszynajmniej pięciu minut szycia. - Zrobiłem krótką pauzę, po czym wypuściłem powietrze nosem, w gruncie rzeczy mnie to bawiło, ale nie mogłem jej tak łatwo popuścić tego, jak bardzo mnie wykolegowała.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)