– Nie wiem… To jest bardzo zastanawiające ogólnie. Nie zrobiono tutaj porządnie bardzo wielu rzeczy – Victoria westchnęła, bo tym młodzikom z brygady przydałoby się popracować z kimś, kto znał już wszystkie procedury, kto wiedział, na co spojrzeć, co zrobić, jak wyrobić w sobie jakieś niestandardowe myślenie i tak dalej. Wrzucono ich tak naprawdę na głęboką wodę bez wskazówek, myśląc zapewne że to będzie prosta sprawa, a ta taką się zdawała tylko pozornie, ale z perspektywy czasu – wiele przecież było takich spraw, które z wierzchu wydawały się proste i szybkie, a w rzeczywistości okazywało się, że to tylko malutki czubeczek góry lodowej wystawał nad powierzchnię wody.
– Wiesz co… chyba tak? Nazywa się tak po Irlandzku – Aoife… jakoś tam… powinna zajrzeć do swoich notatek, które oczywiście miała ze sobą. Miała tam też rzeczy, których dowiedziała się, gdy byli tu z Atreusem przepytać ludzi. Mówili o tej starej kobiecie, że nie ma jej bo wyjechała po Spalonej Nocy. – Chcieliśmy ją przepytać, ale jej nie było. Jedna z członkiń powiedziała nam, że słyszała, że jej dom spłonął i wyjechała do rodziny gdzieś w Szwajcarii? – powiedziała i nawet wyciągnęła notatnik z kieszeni, żeby go przekartkować i poszukać tym zapisków. – Aoife O'Sullivan – przeczytała w końcu. – Chyba wystarczająco irlandzkie…? – w końcu jednak dopisała tam sobie kolejne rzeczy: o zbitym kubku, resztkach herbaty i niedokończonej robótce szydełkowej w mąki, oraz o znakach układających się na ścianie w kształt przejścia – lecz nie do rozczytania bez specjalisty, i schowała notatnik do kieszeni.
– Czasami po prostu nic nie ma – odparła jej krótko. Miała nadzieję, że Brenna nie była teraz w tym miejscu, w którym Victoria znajdowała się od kilku miesięcy: że czuła się bezużyteczna, a zdolność, jaką wyćwiczyła, absolutnie nic nie zmieniała. Widmowidzenie Brenny przydawało się w końcu wiele razy, a chyba nie zawsze dawało się wszystko dobrze odczytać, o ile cokolwiek w ogóle – jak dzisiaj. Lestrange nie znała się na niuansach tego, jak dokładnie działało trzecie oko, wiedziała za to dokładnie, jakie spustoszenie w głowie potrafiła sprawić jedna celna, lecz niechciana myśl. Choćby o tym, że jest się słabym, niepotrzebnym, a już zwłaszcza po tym, jak Brenna nie do końca dobrze radziła sobie ostatnio z ogniem. Może Victoria brała to na wyrost… może. Może za bardzo patrzyła na to przez swój pryzmat. Nie znała szczegółów, a Brenna najwyraźniej nie chciała się jej zwierzać i powiedziała o tym tylko dlatego, że wymagała tego sytuacja… ale po części to rozumiała. Niełatwo było mówić o swoich słabościach. – Widzisz, nie było chyba tak strasznie. Dobrze się czujesz? – zagaiła po chwili, zbliżywszy się do kręgu świec i faktycznie gasząc jedna po drugiej palcami, uśmiechnęła się przy tym do Brenny, chcąc jej dodać otuchy.
– Chyba nic tu już więcej nie ma… a przynajmniej nie mam już nawet pomysłu gdzie szukać. Myślę więc, że faktycznie pora wyjść i znaleźć to miejsce, które jest dokładnie po drugiej stronie tej ściany – stwierdziła ostatecznie i chwilę później, gdy już za sobą posprzątały, wyszły z pomieszczenia, by skierować się w ogóle do wyjścia z całego tego budynku-szklarni i poszukać tego, co było za ścianą.