19.03.2023, 19:57 ✶
Zaśmiał się cicho, zatrzymując uśmiech na twarzy przez dłuższy moment. Spojrzał na Cynthię z przechyloną na bok głową, mrużąc oczy ironicznie udając rozbawionego. Kąśliwe żarciki nawet w urokliwy sposób pasowały do jej osoby. Minęło raptem może niecałe 3 lata, odkąd przestał grywać profesjonalnie. Może gdyby był metamorfomagiem, albo codziennie rzucał na siebie transmutację faktycznie mógłby się postarzeć w tak krótkim czasie. Przynajmniej ominęła go syndrom wypalonego sportowca, który w końcu musi odpuścić przez ciężar lat na karku i spadek kondycji. Niektórzy zawodnicy, choćby tacy jak Nott, bardzo ciężko znosili fakt, że muszą ustąpić pola młodszym zawodnikom, aby odejść z twarzą. I to żadna złośliwość, tylko zwyczajna, obiektywna analiza sportowa ok?
Zamknął oczy ze skromnym uśmiechem kiedy panna Flint przeczesała kosmyk jego włosów. Odwzajemnił jej łagodny gest, również kładąc swoją dłoń na jej dłoń, którą położyła na jego kolanie. Poczuł przyjemny dreszcz na czubku głowy, przechodzący w dół po karku. Przez chwilę miał ochotę, żeby to spotkanie faktycznie zmieniło się w wyłącznie towarzyskie spotkanie. Bez knucia tych intryg, które szarpały jego myśli. Zmienić lokal na bardziej gustowny, zjeść razem kolację i domówić butelkę, lub dwie wina więcej. Mógłby przysiąc, że po butelce cierpkiego jak smak porażki, wina z Białego Wiwerna, dostałby skrętu kiszek. Jednak poczucie obowiązku w tej chwili było silniejsze, niż pociągająca wizja wspólnego wieczoru z Cynthią. Chwycił za gazetę Proroka leżącą na rogu stolika. Rozkładając ją próbował dyskretnie ukryć niezręczny uśmiech który malował się na jego ustach, kiedy słuchał Cynthii. Fakt, próbował lekko ją podejść, ale przecież była wcale nie gorszą intrygantką i manipulatorką niżeli on. Szybko go przejrzała, uderzając w prost.
- No dobrze, masz mnie... - odparł ściszonym głosem, udając zainteresowanego zawartością gazety. - potrzebuję Twojej pomocy w delikatnej sprawie. - dokończył. Przewróciwszy na kolejną stronę, spoglądał jedynie na zdjęcia i grafiki umieszczone na papierze. Odprawił kelnera, który niezbyt elegancko, ale jednak zapytał, czy życzą sobie zamówić coś jeszcze. Może to drogi garnitur Louvaina, albo spojrzenie srebrnowłosej na barmana przyciągnęło go do ich stolika. - Komuś bardzo, wpływowemu... - tutaj zrobił drobną pauzę odkładając egzemplarz Proroka z powrotem na stolik. Sugestywnie stuknął paznokciami w pierwszą stronę, na której widniał wielki nagłówek przybliżający sylwetkę samozwańczego Czarnego Pana. - zależy na tym, żeby starzec uniewinnił naszego wspólnego przyjaciela. - spojrzał w końcu w twarz swojej przyjaciółki. Oczy miał czarne jak smoła, a twarz choć stonowana i stoicka, sugerowała mroczne intencje. Nie chodziło o żadne Cruciatus, wręcz przeciwnie. Człowiek ten, choć zasługiwał na upodlenie, do czasu zamknięcia przewodu sądowego, musiał pozostać nienaruszony na ciele, ale już mniej na psychice. Poczuł się w tym momencie bardzo niezręcznie, co poskutkowało nerwowym podrapaniem się po nosie. - Po prostu zaprowadź go za moment do ubikacji i uśpij jego czujność, ja zajmę się całą resztą. Mimo, że Flintówna sama zaproponowała mu pomoc, czuł się bardzo ślisko przydzielając jej taką właśnie misję. Był uczulony na punkcie czystości krwi i sama drobna sugestia, wpychania wręcz, własnej przyjaciółki prosto w obrzydliwe łapska tego łajdaka, przyprawiała go o mdłości. Nie chciał, ale bardzo potrzebował, posłużyć się jej wdziękiem i tym jak potrafiła działać na mężczyzn. Kilkusekundowa, niezręczna cisza, była zdecydowanie zbyt długa, żeby tkwić w niej dalej. Dlatego wstał od stolika, zapinając guziki marynarki, nałożył na siebie swój płaszcz wraz z rękawicami oraz kapeluszem następnie ruszył w kierunku Slughorna. Z posępnej i być może lekko przygnębionej miny, nałożył maskę uśmiechniętego od ucha do ucha, życzliwego, młodszego kolegi z pracy. Poklepał parszywca po ramieniu udając dobry gest, kolejnych kilka uprzejmości, żarcik dla rozluźnienia atmosfery i dosłownie chwilę potem staruch wsunął Louvainowi mieszek galeonów w zimowy płaszcz. Panowie uścisnęli sobie gentlemeńsko dłoń, jakby właśnie ubili bardzo lukratywny biznes. Po części tak było, ale Slughorn jeszcze nie wiedział, że to on jest tutaj przegrany. Odwrócił się w kierunku swojej przyjaciółki którą zostawił po drugiej stronie sali i skinięciem głowy dał jej sygnał do działania. Sam udał się do barmana, żeby na środku baru zostawić przed chwilą otrzymaną garść złotych galeonów. Nie miał absolutnie żadnego zamiaru przywłaszczać tych pieniędzy, które Slughorn był wstanie zapłacić za zbliżenie z słodką Cynthią. - Kolejka dla wszystkich! Za zdrowie Dziedzica! - zawołał na całą salę, ściągając tym samym na siebie większość. I zanim zdążył zapaść w pamięć swoją twarzą niewybrednej klienteli tegoż przybytku, oddalił się w kierunku damskiej toalety pośpiesznym krokiem. Pierwsza grupa, sugerująca swoim wyglądem szmalcowników, odpowiedziała na zawołanie i ochoczo popędziła po kufel darmowego piwa, które popłynęło strumieniem z wytoczonych przez barmana keg browaru. Pozostała część gapiów po prosto skorzystała z okazji darmowego napitku, czym wywołała zamieszanie w Białym Wiwernie, idealnie na mały sabotaż. Zaś sam młody Lestrange przymknął za sobą drzwi ubikacji, poinformował dwójkę mężczyzn, że na barze leją darmowe piwo, a ci sami prędko wyszli z pomieszczenia. Upewnił się, że nikt niepożądany nie został z nim w tym przykrym zapachu stęchlizny i amoniaku. Przygotował różdżkę w dłoni i oczekiwał na niespodziewającego się niczego starego dziada z Wizengamotu.
Zamknął oczy ze skromnym uśmiechem kiedy panna Flint przeczesała kosmyk jego włosów. Odwzajemnił jej łagodny gest, również kładąc swoją dłoń na jej dłoń, którą położyła na jego kolanie. Poczuł przyjemny dreszcz na czubku głowy, przechodzący w dół po karku. Przez chwilę miał ochotę, żeby to spotkanie faktycznie zmieniło się w wyłącznie towarzyskie spotkanie. Bez knucia tych intryg, które szarpały jego myśli. Zmienić lokal na bardziej gustowny, zjeść razem kolację i domówić butelkę, lub dwie wina więcej. Mógłby przysiąc, że po butelce cierpkiego jak smak porażki, wina z Białego Wiwerna, dostałby skrętu kiszek. Jednak poczucie obowiązku w tej chwili było silniejsze, niż pociągająca wizja wspólnego wieczoru z Cynthią. Chwycił za gazetę Proroka leżącą na rogu stolika. Rozkładając ją próbował dyskretnie ukryć niezręczny uśmiech który malował się na jego ustach, kiedy słuchał Cynthii. Fakt, próbował lekko ją podejść, ale przecież była wcale nie gorszą intrygantką i manipulatorką niżeli on. Szybko go przejrzała, uderzając w prost.
- No dobrze, masz mnie... - odparł ściszonym głosem, udając zainteresowanego zawartością gazety. - potrzebuję Twojej pomocy w delikatnej sprawie. - dokończył. Przewróciwszy na kolejną stronę, spoglądał jedynie na zdjęcia i grafiki umieszczone na papierze. Odprawił kelnera, który niezbyt elegancko, ale jednak zapytał, czy życzą sobie zamówić coś jeszcze. Może to drogi garnitur Louvaina, albo spojrzenie srebrnowłosej na barmana przyciągnęło go do ich stolika. - Komuś bardzo, wpływowemu... - tutaj zrobił drobną pauzę odkładając egzemplarz Proroka z powrotem na stolik. Sugestywnie stuknął paznokciami w pierwszą stronę, na której widniał wielki nagłówek przybliżający sylwetkę samozwańczego Czarnego Pana. - zależy na tym, żeby starzec uniewinnił naszego wspólnego przyjaciela. - spojrzał w końcu w twarz swojej przyjaciółki. Oczy miał czarne jak smoła, a twarz choć stonowana i stoicka, sugerowała mroczne intencje. Nie chodziło o żadne Cruciatus, wręcz przeciwnie. Człowiek ten, choć zasługiwał na upodlenie, do czasu zamknięcia przewodu sądowego, musiał pozostać nienaruszony na ciele, ale już mniej na psychice. Poczuł się w tym momencie bardzo niezręcznie, co poskutkowało nerwowym podrapaniem się po nosie. - Po prostu zaprowadź go za moment do ubikacji i uśpij jego czujność, ja zajmę się całą resztą. Mimo, że Flintówna sama zaproponowała mu pomoc, czuł się bardzo ślisko przydzielając jej taką właśnie misję. Był uczulony na punkcie czystości krwi i sama drobna sugestia, wpychania wręcz, własnej przyjaciółki prosto w obrzydliwe łapska tego łajdaka, przyprawiała go o mdłości. Nie chciał, ale bardzo potrzebował, posłużyć się jej wdziękiem i tym jak potrafiła działać na mężczyzn. Kilkusekundowa, niezręczna cisza, była zdecydowanie zbyt długa, żeby tkwić w niej dalej. Dlatego wstał od stolika, zapinając guziki marynarki, nałożył na siebie swój płaszcz wraz z rękawicami oraz kapeluszem następnie ruszył w kierunku Slughorna. Z posępnej i być może lekko przygnębionej miny, nałożył maskę uśmiechniętego od ucha do ucha, życzliwego, młodszego kolegi z pracy. Poklepał parszywca po ramieniu udając dobry gest, kolejnych kilka uprzejmości, żarcik dla rozluźnienia atmosfery i dosłownie chwilę potem staruch wsunął Louvainowi mieszek galeonów w zimowy płaszcz. Panowie uścisnęli sobie gentlemeńsko dłoń, jakby właśnie ubili bardzo lukratywny biznes. Po części tak było, ale Slughorn jeszcze nie wiedział, że to on jest tutaj przegrany. Odwrócił się w kierunku swojej przyjaciółki którą zostawił po drugiej stronie sali i skinięciem głowy dał jej sygnał do działania. Sam udał się do barmana, żeby na środku baru zostawić przed chwilą otrzymaną garść złotych galeonów. Nie miał absolutnie żadnego zamiaru przywłaszczać tych pieniędzy, które Slughorn był wstanie zapłacić za zbliżenie z słodką Cynthią. - Kolejka dla wszystkich! Za zdrowie Dziedzica! - zawołał na całą salę, ściągając tym samym na siebie większość. I zanim zdążył zapaść w pamięć swoją twarzą niewybrednej klienteli tegoż przybytku, oddalił się w kierunku damskiej toalety pośpiesznym krokiem. Pierwsza grupa, sugerująca swoim wyglądem szmalcowników, odpowiedziała na zawołanie i ochoczo popędziła po kufel darmowego piwa, które popłynęło strumieniem z wytoczonych przez barmana keg browaru. Pozostała część gapiów po prosto skorzystała z okazji darmowego napitku, czym wywołała zamieszanie w Białym Wiwernie, idealnie na mały sabotaż. Zaś sam młody Lestrange przymknął za sobą drzwi ubikacji, poinformował dwójkę mężczyzn, że na barze leją darmowe piwo, a ci sami prędko wyszli z pomieszczenia. Upewnił się, że nikt niepożądany nie został z nim w tym przykrym zapachu stęchlizny i amoniaku. Przygotował różdżkę w dłoni i oczekiwał na niespodziewającego się niczego starego dziada z Wizengamotu.