Sowy miały to do siebie, że nie latały wcale tak szybko. Listy więc, niestety, musiały poczekać, bo Leviathan prędzej by z wycieczki wrócił, niż poczta z dnia pierwszego zostałaby doręczona. Jego zdaniem też, nie było czym się martwić. Wycieczka jak wycieczka – nie pierwsza i nie ostatnia w życiu, szczególnie że z ramienia Cutty Sark zdarzało mu się już podróżować. Jak się jednak okazało w trakcie, wcale nie było tak łatwo, prosto i przyjemnie. Znaczy pewnie niektórzy znaleźliby w tej przygodzie pozytywy, ale dla niego te kończyły się na adoptowanym niuchaczu.
Wszelkie krwawe zapędy zwierzątka skończyły się i wróciło do normalności, jakby im dalej znajdowali się od włoskiem ziemi, tym lepiej mu się robiło. Cokolwiek wtedy niuchacza opętało, zostało w podziemiach starego kompleksu, który siedział na leczniczych źródłach. O maledictusie też nie było nic więcej słychać do ich wyjazdu, co natomiast Rowla absolutnie nie martwiło, bo jeszcze by się okazało że dziewczyna cokolwiek pamiętała. W najlepszym możliwym przypadku przyjęła swoją nową formę i żyła jako żaba, gotując się w ciepłych źródłach.
Drzwi do domu skrzypnęły, ustępując pod kluczem, a potem w przedsionku poniosły się kroki. Powolne, niespieszne, a może też trochę wyliczone żeby nie drażnić zanadto wrażliwej od poparzeń skóry. Miał ze sobą niewielki kenel, w którym transportował niuchacza, ale na razie odstawił go przy wejściu do pokoju i tam zatrzymał się.
— Astoria — podłapał jej uwagę, a może było w tym i odrobinę zdziwienia, jakby od tych wszystkich przeżyć ostatnich dni zapomniał odrobinę, że ktoś mógł na niego czekać. — Co czytasz? — zainteresował się, ale w pozorny sposób, jakby chcąc czym prędzej przepchnąć konwersację na wybrany przez niego tor, a nie to co mogło się jej od razu rzucić w oczy. Skóra nosiła na sobie czerwone plamy; okropne bąble zdążyły częściowo wchłonąć się pod wpływem maści, które zaoferowali mu włoscy uzdrowiciele, ale potrzeba było nieco więcej czasu, by wszystko dokładnie wyleczyć.