![[Obrazek: imgproxy.php?id=ZjBCoPs.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ZjBCoPs.png)
Teraz, gdy Victoria na powrót była w swoim domu, zastanawiała się, czy coś zrobiła nie tak i to Bogini karze ją w taki sposób, czy może zwyczajnie wlazła ostatnio w jakieś gówno, które się do niej przykleiło i nie chciało przestać śmierdzieć (metaforycznie).
Była dzisiaj w pracy, a jakże. Wykonywała jakieś czynności w Londynie, kiedy ni z tego, ni z owego, zjawił się on. Najpierw nastąpił głuchy, niemalże rozchodzący się echem rechot, potem pojawił się śmieszny, lewitujący człowieczek w czapeczce i paskudnym uśmiechu. A chwilę później oglądała świat z nieco niższej perspektywy, w za dużym mundurze, a zdecydowanie bardziej dziecięcy głos rzucał (kontr)przekleństwa pod adresem poltergeista.
Musiała pilnie prosić o zwolnienie z tego dnia w pracy. Zła jak osa wpadła do biura aurorów, gdzie spotkała się najpierw ze zdziwieniem, co nastolatka tu w ogóle robi i kto ją wpuścił, potem czemu nosi mundur aurora, a potem ze śmiechem, gdy koledzy zorientowali się, że to Victoria Lestrange we własnej osobie. Nie nadawała się do pracy w takich warunkach: nikt nie wziąłby jej na poważnie (co już zresztą było widać w biurze i choć się zamknęli kiedy napyskowała jednemu czy drugiemu, to pod nosem nadal słyszała chichoty), poza tym warunki fizyczne były gorsze, jakby musiała dać komuś w nos, to wiedziała, że źle to sobie wszystko wyliczy i tragedia gotowa. Ktoś jej poradził, żeby poszła do Munga, ale Victoria warknęła na to tylko, że sama sobie lepiej poradzi.
I dlatego wróciła do domu. I nie zamierzała nigdzie wychodzić przez całą dobę: bo dość szybko połapała się z tym, co się dzieje. I co prawda jej przydarzyło się to po raz pierwszy, ale już to przecież widziała, w nieco innym wydaniu. I na ile rozumiała już działanie klątw, to chyba faktycznie ściąganie tego było zbyt niebezpieczne i kontrproduktywne, skoro mijało samoistnie po czasie…
Ale w domu też spotkała się ze zdziwieniem, tym razem skrzatki, która nie powstrzymała zrobienia oczu wielkich jak spodki od filiżanek herbaty (jakby już nie miała dużych oczu), kiedy zobaczyła Victorię jako żywo cofnięta w czasie o kilkanaście lat. Dopiero tutaj miała okazję uważnie spojrzeć w lustro, zastanawiając się, czy tak właśnie wyglądała gdy miała jakieś… trzynaście? Może czternaście lat? Albo piętnaście? Nie umiała ocenić. Rysy twarzy, owszem, jej, ale łagodniejsze, jeszcze trochę dziecięce, głos trochę inny… i tylko spojrzenie to samo. I ciało nadal lodowate.
I ubrania jakoś za luźne w biodrach i klatce piersiowej. Niełatwo było wygrzebać z szafy coś, co nie wyglądałoby teraz komicznie. A choć nie zamierzała się już nigdzie dzisiaj pokazywać, to chciała się przynajmniej dobrze czuć we własnym domu. Przynajmniej koty po pierwszym zdziwieniu, dokładnie wiedziały, kim jest, cokolwiek od niej wyczuwały, zapach czy cokolwiek innego – wystarczyło, by ją teraz obległy, jakby wyczuwając, że ich właścicielka właśnie tego potrzebuje.
A potem przyleciała sowa. Od Chrisa. Że wpadnie.
I zaczęła panikować.
Była rozdarta, bo z jednej strony chciała się z nim zobaczyć, z drugiej nie chciała żeby oglądał ją taką. Krążyła po swojej sypialni, nie wiedząc co zrobić, aż w końcu dotarło do niej, że nie zdąży mu nawet wysłać informacji, że dzisiaj jednak nie może, nawet gdyby chciała.
A potem uznała, że w takim razie przyjmie taktykę pod tytułem, że… nic się nie stało. Że wszystko jest tak jak miało być (na Matkę, umysł też jej cofnęło do czasów nastoletnich?).
Więc teraz czekała w salonie, trochę jak na szpilkach, trochę przekonując samą siebie, że zupełnie nic się nie stało, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Tak, miała przed sobą książkę o klątwołamaniu. Mimo wszystko, nawet znając dziedzinę rozpraszania magii tak dobrze, szukała informacji o tym, czy nie ma jakiegoś kruczka, czy nie można tego ściągnąć wcześniej…
Nie, nie można było.
A potem usłyszała pukanie do drzwi.
Wzięła głęboki oddech i poszła otworzyć.