12.09.2026, 22:02 ✶
Mabon-srabon było jedną z najgorszych odpowiedzi, na jakie można było się zdecydować w obecności Helloise. Obruszenie i natarczywa próba wymuszenia na grzeszniku zmiany zdania były scenariuszem najoptymistyczniejszym. W scenariuszu najgorszym czarownica zaczynała zamartwiać się, bo boleścią przepełniała ją myśl, że jej bliscy odsuwają się od świętości, że odrzucają łaskę obcowania z bogami, i ona nic nie może na to poradzić. Bezsilność wobec tego stanu rzeczy ją gniewała.
A jednak i pokorne przyznanie racji nie pozostawiło jej wcale uspokojonej. Helloise patrzyła chwilę na Garetha, jakby nie dosłyszała ani słowa z jego ust i wciąż czekała na odpowiedź. Żadna inna nie nadeszła, a badawczy wzrok wiedźmy nie odnalazł śladów złośliwej kpiny na jego twarzy.
— Doskonale — odpowiedziała wreszcie, pieczętując decyzję, lecz nie zdołała ukryć zdumienia brakiem oporu.
Które z nich zachowywało się dzisiaj dziwnie? Wątpliwości krążyły po głowie Helloise bez ustanku. Straciła wiarę we własny osąd, bo wydawał się zbyt zagmatwany. Obejrzała każdą myśl w swojej głowie tyle razy, że zupełnie je wypaczyła wskutek nadmiernej analizy. Potrzebowała wrócić do siebie.
Jej najpewniejszym punktem odniesienia były natura i bogowie. To według ich porządku, interpretowanego na swój sposób, próbowała żyć. Potrzebowała chwycić się bogów, bo przez nich można było odnaleźć właściwe wartości — te same wartości, które Helloise dzień wcześniej zdradziła, gdy zgodziła się spełniać polecenia Voldemorta. Pozwoliła sobie uwierzyć, że cel uświęci środki, mimo że w głębi duszy wiedziała, jaka jest prawda. Wciąż wierzyła, że starczy jej sił, aby mimo dołączenia do niego utrzymać się w równowadze i nie stracić z oczu tego, co ważne. W głębi duszy przeczuwała, jaki będzie finał.
O godności smoczego kościotrupa myślała bez przekonania. Wyjrzała na smoka nad ramieniem Garetha; wydawała się tę błahą sprawę głęboko rozważać.
— Lubię, gdy rzeczy przychodzą bez zaproszenia — odparła nieprzekonana. Przepadała za gośćmi, szczególnie w ostatnim czasie, gdy spędzała nużące dni w chacie, nie mogąc ruszyć do lasu. Do gości zaliczała i ludzi, i zwierzęta, bo oba potrafiły jej dostarczyć zabawy. — Może… może możemy coś przygotować. Nawinąć — prychnęła. — Tylko jak to, na bogów, rozpozna, kto wchodzi z dobrą intencją, a kto ze złą?
Helloise aż tak sprawna w magii praktycznej nie była, aby potrafiła znaleźć rozwiązanie tego problemu, ale jeśli się Gary tym chciał zajmować, niechże się zajmuje. Uległa z szacunku do jego troski, pod którą sama postawiła fundament. Jeszcze nie tak dawno temu wybiłaby mu podobne pomysły z głowy rózgami swojej miotły. Wielką przyjemność jej dawało przecież to poczucie bycia częścią wszystkiego wokół; przeświadczenie, że nie ma między nią a resztą przyrody żadnych barier. Potrafiła być diabelnie uparta, lecz jej upór w kwestiach bezpieczeństwa skruszał po tym, jak się sparzyła na Śmierciożercach. Dopiero po tym. Gdyby po takiej przygodzie wciąż trwała przy swoim, byłaby się wykazała zaślepieniem i samolubstwem.
Zaskoczył ją Gareth tym jedzeniem. Dla Helloise modlitwa winna mieć pierwszeństwo jako pokarm ducha, bo wyżej on stał nade ciało, które rozpieścić można było posiłkiem po spełnieniu tej wyższej powinności. Dla siebie nie zrobiłaby ustępstwa, lecz troska o pusty żołądek brata potrafiła hierarchię obalić.
— Zależy. — Wycofała się z powrotem do domu, dając czarodziejowi wejść.
Wewnątrz chaty trwały już przygotowania do Samhain. Pod ścianami stały wieże ze skrzyń wypełnionych warzywami na lampiony, a w nos uderzał gęsty zapach stu rodzajów świec seansowych.
Nieszczawiowego — co też on sobie umyślił? Helloise posnuła się do kuchni, ściągając płaszcz i rękawiczki.
— Kury nie mamy czasu bić. Bez przesady — zawyrokowała. — Mam jajka. Króliczy grzbiet i parę udek dla mojego lisa. — Obróciła się na brata, aby prześlizgnąć się wymownym spojrzeniem po jego włosach. — Dla lisa to prawie jak przeznaczone dla ciebie. Tak samo szczwany, tak samo rudy. Trudno się dopatrzeć różnicy. Zatem królik. — I zanim Gary zdążył odpowiedzieć, już się czarownica w jakimś z nagła odkrytym szale działania wyrwała do wyciągania tuszki z szafy chłodzącej.
Z krwistym mlaśnięciem mięso pacnęło o kuchenny blat, a zapał kobiety zniknął równie szybko, jak się pojawił. Wpatrywała się dłuższą chwilę w królicze udka. Odetchnęła głębiej, po czym odwróciła się do Garetha:
— Czy coś jest nie tak? — Przyszpiliła go ostrym spojrzeniem spod przymrużonych powiek, jakby nie chciała, żeby znalazł w sobie śmiałość łgać czy wyślizgać się z odpowiedzi.
A jednak i pokorne przyznanie racji nie pozostawiło jej wcale uspokojonej. Helloise patrzyła chwilę na Garetha, jakby nie dosłyszała ani słowa z jego ust i wciąż czekała na odpowiedź. Żadna inna nie nadeszła, a badawczy wzrok wiedźmy nie odnalazł śladów złośliwej kpiny na jego twarzy.
— Doskonale — odpowiedziała wreszcie, pieczętując decyzję, lecz nie zdołała ukryć zdumienia brakiem oporu.
Które z nich zachowywało się dzisiaj dziwnie? Wątpliwości krążyły po głowie Helloise bez ustanku. Straciła wiarę we własny osąd, bo wydawał się zbyt zagmatwany. Obejrzała każdą myśl w swojej głowie tyle razy, że zupełnie je wypaczyła wskutek nadmiernej analizy. Potrzebowała wrócić do siebie.
Jej najpewniejszym punktem odniesienia były natura i bogowie. To według ich porządku, interpretowanego na swój sposób, próbowała żyć. Potrzebowała chwycić się bogów, bo przez nich można było odnaleźć właściwe wartości — te same wartości, które Helloise dzień wcześniej zdradziła, gdy zgodziła się spełniać polecenia Voldemorta. Pozwoliła sobie uwierzyć, że cel uświęci środki, mimo że w głębi duszy wiedziała, jaka jest prawda. Wciąż wierzyła, że starczy jej sił, aby mimo dołączenia do niego utrzymać się w równowadze i nie stracić z oczu tego, co ważne. W głębi duszy przeczuwała, jaki będzie finał.
O godności smoczego kościotrupa myślała bez przekonania. Wyjrzała na smoka nad ramieniem Garetha; wydawała się tę błahą sprawę głęboko rozważać.
— Lubię, gdy rzeczy przychodzą bez zaproszenia — odparła nieprzekonana. Przepadała za gośćmi, szczególnie w ostatnim czasie, gdy spędzała nużące dni w chacie, nie mogąc ruszyć do lasu. Do gości zaliczała i ludzi, i zwierzęta, bo oba potrafiły jej dostarczyć zabawy. — Może… może możemy coś przygotować. Nawinąć — prychnęła. — Tylko jak to, na bogów, rozpozna, kto wchodzi z dobrą intencją, a kto ze złą?
Helloise aż tak sprawna w magii praktycznej nie była, aby potrafiła znaleźć rozwiązanie tego problemu, ale jeśli się Gary tym chciał zajmować, niechże się zajmuje. Uległa z szacunku do jego troski, pod którą sama postawiła fundament. Jeszcze nie tak dawno temu wybiłaby mu podobne pomysły z głowy rózgami swojej miotły. Wielką przyjemność jej dawało przecież to poczucie bycia częścią wszystkiego wokół; przeświadczenie, że nie ma między nią a resztą przyrody żadnych barier. Potrafiła być diabelnie uparta, lecz jej upór w kwestiach bezpieczeństwa skruszał po tym, jak się sparzyła na Śmierciożercach. Dopiero po tym. Gdyby po takiej przygodzie wciąż trwała przy swoim, byłaby się wykazała zaślepieniem i samolubstwem.
Zaskoczył ją Gareth tym jedzeniem. Dla Helloise modlitwa winna mieć pierwszeństwo jako pokarm ducha, bo wyżej on stał nade ciało, które rozpieścić można było posiłkiem po spełnieniu tej wyższej powinności. Dla siebie nie zrobiłaby ustępstwa, lecz troska o pusty żołądek brata potrafiła hierarchię obalić.
— Zależy. — Wycofała się z powrotem do domu, dając czarodziejowi wejść.
Wewnątrz chaty trwały już przygotowania do Samhain. Pod ścianami stały wieże ze skrzyń wypełnionych warzywami na lampiony, a w nos uderzał gęsty zapach stu rodzajów świec seansowych.
Nieszczawiowego — co też on sobie umyślił? Helloise posnuła się do kuchni, ściągając płaszcz i rękawiczki.
— Kury nie mamy czasu bić. Bez przesady — zawyrokowała. — Mam jajka. Króliczy grzbiet i parę udek dla mojego lisa. — Obróciła się na brata, aby prześlizgnąć się wymownym spojrzeniem po jego włosach. — Dla lisa to prawie jak przeznaczone dla ciebie. Tak samo szczwany, tak samo rudy. Trudno się dopatrzeć różnicy. Zatem królik. — I zanim Gary zdążył odpowiedzieć, już się czarownica w jakimś z nagła odkrytym szale działania wyrwała do wyciągania tuszki z szafy chłodzącej.
Z krwistym mlaśnięciem mięso pacnęło o kuchenny blat, a zapał kobiety zniknął równie szybko, jak się pojawił. Wpatrywała się dłuższą chwilę w królicze udka. Odetchnęła głębiej, po czym odwróciła się do Garetha:
— Czy coś jest nie tak? — Przyszpiliła go ostrym spojrzeniem spod przymrużonych powiek, jakby nie chciała, żeby znalazł w sobie śmiałość łgać czy wyślizgać się z odpowiedzi.
dotknij trawy