Mykew powinien się przejść po angielskich dzielnicach robotniczych, skoro narzekał na taki sam wygląd kolejnych uliczek Nowosybirska. Każde drzwi wyglądały tak samo, w fasada posiadała tyle samo okien, te same rynny i dachy. Kopia kopii kolejnej kopii. W oczach się od tego mieszało, a do tego wszystko było dokładnie tak samo szare i zaniedbane. Larisa, oczywiście, sama nie miała pojęcia, jak wyglądały podobne dzielnice w Londynie (ani w żadnym innym mieście), bo aby taką wiedzę posiadać, musiałaby bywać w takich miejscach jak mugolskie dzielnice. Tam natomiast, jej noga nigdy nie miała zamiaru postać. Nawet na teren kowenu Macmillanów teleportowała się bez niepotrzebnego wydłużania trasy – na sam dziedziniec, gdzie jej srebrzyste oczy nie musiały uświadczyć widoku ulicy i pokracznych mechanizmów mugoli.
Ktoś pewnie mógłby próbować się zastanawiać, że przecież sporo mechanizmów dnia codziennego (i nie codziennego) było mugolskimi urządzeniami. Prawda. Póki pani Gregorovitch nie była tego świadoma, to i problem nie istniał. Jak to mówią, co z głowy, to z serca. Ale kiedy już ta świadomość się pojawiała, była niczym rozgrzane do białości ostrze, rażące jej delikatną głowę. Kiedy dowiedziała się, czym właściwie jest Hogwart Express, był to dla niej cios w samo serce. Kiedy była mała i sama musiała jechać w przedziale, ta informacja jakoś ją ominęła, ale kiedy to jej syn musiał się w nim znaleźć? Jej mąż musiał znosić niezadowolone słowa każdego roku, albo raczej dwa razy, bo Larisa nie potrafiła sobie darować tak samo przy wyjeździe, jak i przyjeździe.
Monotonny krajobraz Nowosybirska, wydawał jej się natomiast, cóż… stosunkowo szary i mało interesujący. Niemniej jednak było w niej przeświadczenie, że jej mąż wie jak najbardziej, gdzie aktualnie się znajdowali. Wybierał tylko dłuższą drogę, by zażyli więcej świeżego powietrza, a może i potrzebował zwyczajnie odpocząć od zgiełku, który jeszcze chwilę temu oferowało im rzemieślnicze zgromadzenie. A może raczej, od jego ojca.
Pani Gregorovitch bywała bowiem ociężała i senna, ale nie była ślepa. Zasnute mgłą spojrzenie dostrzegało mimowolnie to, co rozgrywało się obok niej, a już w szczególności to co dotykało jej męża, jakby stanowił on jedno z nielicznych w jej życiu światełek, które pomagały jej wrócić do tu i teraz. Słyszała głos Petera dzwoniący jej w uszach, ale kiedy ten napastował jej jaźń, oczy podążały w poszukiwaniu Mykewa, tym bardziej drażniąc jego ojca – nigdy nie był zadowolony, kiedy jego despotyczne zapędy roztrzaskiwały się o mur jej ospałości.
— Gdyby zaproponował to ktoś inny, mogłabym się zastanawiać — odparła, krocząc dalej równo z mężem, wsparta na jego ramieniu. — Jestem pewna, że nasz syn mógłby skorzystać na podobnym doświadczeniu. Ale nie w jego warsztacie — słowa wychodziły na świat tempem powolnym i w zgodzie z tym, czego oczekiwać mógł od niej Mykew. Wiedziała, i to bardzo dobrze, co działo się między nim, a starszym Gregorovitchem. Ile tkwiło tam emocji i jakich, ale gdyby nie to, gotowa byłaby pchnąć syna w paszczę kogoś, kto nauczyłby go pokory i szacunku do tego, co krew dała mu za dziedzictwo.