Obecność Szeptuchy, to chyba ostatnie, czego Victoria spodziewała się w tym pokręconym dniu, a czas miał pokazać, że będzie naprawdę… mocno odbiegający od rzeczywistości i tego, co Tori sobie na ten dzień „zaplanowała”. Lestrange w moment zamarła, nie wystraszyła się, po prostu wbiła spojrzenie w kobietę – najpierw zwróciła się do Mavelle, a potem… Do niej i Sauriela. Ciemnowłosa uniosła brwi i zamrugała. Szeptucha „słynęła” z przepowiadania tylko złych rzeczy i nim w ogóle zdążyła cokolwiek jej powiedzieć, ta zniknęła, pozostawiając ich oboje zapewne z mętlikiem w głowie. Za miłością? Ale przecież pomiędzy nimi… nie było miłości. Było… Nie wiadomo co. Sympatia, o. Na tym etapie chyba byli, nie tak? To i trochę zmroziły ją słowa o miłości pomiędzy nimi i spalonej ziemi. O zmartwieniu, ale i radości. Nie bardzo wiedziała co ma z tym zrobić, co ma z tego rozumieć… Więc w tej ciszy, która od jej strony zapadła, zaplatała wianek.
Wianek, który niedługo później wręczała w chłodne, choć obleczone rękawiczkami, dłonie wampira.
- Dziękuję – odpowiedziała mu na komplement i tym razem ten jej uśmieszek nie był z serii tych bladych, które rzucała przez cały dzień. Było to widać, bo ten doszedł też do jej oczu. - Powodzenia. Chociaż jestem pewna, że sobie poradzisz – rzuciła do niego i oparła się o stół, przy którym jeszcze przed chwilą wiązała wianek, założyła sobie ręce na piersi i po prostu obserwowała Sauriela. I przy okazji otoczenie. Ale głównie jego.
Nie wierzyła w żadne tam czary-mary, wielką magię, która splata dwie osoby, z których jedna plecie wianek, a druga zanosi go na pal, traktowała to tylko jako miłą zabawę – a ci wszyscy ludzie, co uciekali w las, byli w jej głowie albo upojeni alkoholem, albo amortencją, albo po prostu spragnieni kontaktu fizycznego z drugą osobą, bliską im, albo zupełnie obcą. Widziała jak Sauriel zręcznie wspina się na pal, zawiesza na nim wianek, który mu zrobiła, zeskakuje… Uśmiechnęła się na to pod nosem, bo było tak, jak mówiła: była pewna, że sobie poradzi. I naprawdę miała nadzieję, że to mu choć trochę poprawiło humor, ten drobny sukces w zabawie na Beltane. Wtedy też, z odległości, zetknęły się ich spojrzenia. I Victoria nawet nie zarejestrowała, że ręce jej opadły wzdłuż ciała, a nogi zrobiły kilka kroków do przodu, z dala od stołów i kwiatów, a bliżej ogniska i słupów.
Naprawdę chciała być teraz blisko niego. I tak bardzo się cieszyła, że mu się udało! Rzadko kiedy uśmiechała się tak promiennie i tak szczerze.