Doskonale rozumiała jego niepewność i skonfundowanie, bo sama je czuła. Ba, rozumiała je po stokroć, bo kurwa mać, przychodzisz do dziewczyny, a tu kilkanaście lat młodsza wersja niej. A przynajmniej fizycznie, bo psychicznie to dalej była dorosła kobieta, a nie podlotek, co mimo wszystko tylko trochę łagodziło całą sprawę. Mimo wszystko uśmiechnęła się do niego lekko, co prawda nieświadoma myśli, które właśnie przegalopowały mu przez głowę, ale sama była bardzo niezadowolona ze stanu, w jakim się obecnie znalazła. Na brodę Merlina, była przecież kobietą, kobietą, nie dziewczynką! Już dawno wyrosła z czasów szkolnych i bardzo nie chciała do tego wracać, miała przecież swoje życie, priorytety, pracę i tak dalej, a gdy wyglądała tak… to było wręcz śmieszne, ale nie w ten zabawny sposób, po którym nie możesz złapać oddechu i łzy ciekną po policzku. Nie była zresztą naiwna: może i ujęła go swoją osobowością, podejściem do życia, czy ogólnie tym, jaka była na co dzień, ale nie miała żadnych wątpliwości, że… że wyglądanie jak nastolatka nie gra tutaj na jej korzyść. I byłoby bardzo dziwnie, gdyby było inaczej.
– Powinno mi przejść do jutra gdzieś do… do południa – wyznała i westchnęła. – Tak mówi cała moja wiedza na ten temat i książki zresztą też – dodała, patrząc trochę niepewnie w bok. – Zaręczam, że to cały czas ja. Jestem tak samo lodowata, jak zawsze – skrzywiła się przy tym trochę, bo najwyraźniej nawet głupie „żarty” poltergeista, nawet tak potężnego, nie mogły nic na to poradzić. – Dla mnie też herbatę, Strzałko – zwróciła się do skrzatki, chociaż na końcu języka miała sarkastyczny komentarz o tym, że może jednak powinna wypić całą fiolkę eliksiru nasennego i obudzić się dopiero jutro, w nadziei, że ten koszmar się już skończy, niczym ta śpiąca królewna, która przespała cały bałagan. Nie powiedziała tego jednak. – Dla mnie? Co takiego? – zdumiała się patrząc przez moment na Chrisa, nim weszli do salonu. Tu nie było już śladów po przedwczorajszym chaosie filiżankowym, szafka była naprawiona, zasłona wyrównana i niepozaciągana, worka z resztkami też już dawno nie było. Było tu spokojnie, niemal sennie – kolorowe rybki powoli pływały w swoich akwariach, rośliny tworzyły tu specyficzny klimat, a koty… Luna była zadziwiająco spokojna, a na widok Chrisa przewróciła się na kanapie na plecki, z kolei Kwiatuszek ocierał się o jedną z roślinek.
– Poltergeist – wyznała krótko. – Nie tutaj, rzecz jasna. Byłam wtedy w pracy, robiliśmy coś w Londynie i ten… ten… – Victoria najwyraźniej szukała odpowiedniego określenia, by nazwać poltergeista, ale cisnęły jej się na usta tylko same niecenzuralne, powstrzymała się jednak. Christopher był kreatywnym chłopcem, z pewnością był w stanie sobie w to miejsce wstawić odpowiedni epitet. – Zarechotał, błysnęło, a w następnej chwili byłam już taka – i spojrzała po sobie ze złością, a zamiast usiąść sobie na kanapie czy fotelu, to zaczęła krążyć. To też był jej odruch nerwowy. – To klątwa. Takie coś utrzymuje się zwykle dobę, a do tego jest ryzykowne, żeby to łamać więc… oto jestem. I czekam. Musiałam się dzisiaj zwolnić z pracy, bo wyobrażasz sobie, jakbym miała pracować tak? Już zresztą w biurze mieli niezły ubaw, jak do nich dotarło, że nie jestem jakąś losową gówniarą, która jakimś cudem władowała się do Ministerstwa i ktoś ją wpuścił na drugie piętro, tylko, no… sobą – zatrzymała się na moment i skrzywiła się wyraźnie. – Mam nadzieję, że twój dzień był chociaż przyjemniejszy? – powiedziała już łagodniej.