14.09.2026, 16:25 ✶
Od rana nad górami wisiały ciężkie, ponure chmury, zasłaniając szczyty i wciskając się między drzewa otulone wszechobecną gęstą mgłą, która snuła się nadzwyczaj nisko nad ziemią, przesuwała się po ściółce i znikała dopiero kawałek wyżej, gdzie ciemne pnie ginęły w szarości. Wszechobecna wilgoć osiadała na wszystkim tak skutecznie, że nawet kamienie pojawiające się okazjonalnie pod naszymi butami wyglądały, jakby ktoś przed chwilą wyciągnął je z rzeki i rzucił wprost na leśną ściółkę. Liście zaczynały już gnić na ziemi, tworząc wielobarwny, brązowy, żółty i rdzawy dywan, przy każdym kroku uginały się z cichym mlaśnięciem, ich zapach mieszał się z wonią mokrej kory, żywicy i czegoś jeszcze, czego nie potrafiłem jednoznacznie nazwać, chociaż od dobrych dziestu lat włóczyłem się po lasach, zapędzając się w ich głębię częściej, niż należało to robić człowiekowi, który chciał dożyć wczesnej starości.
Polowaliśmy, co brzmiało znacznie bardziej romantycznie, kiedy mówiło się o tym przy ogniu rozpalonym w kominku snowdońskiej rezydencji Yaxleyów, niż wtedy, kiedy od ponad godziny przedzieraliśmy się przez mokre krzaki, szukając śladów obecności jakiejkolwiek zwierzyny i zamiast tego najpewniej kolekcjonowaliśmy pająki oraz kleszcze. Od zeszłego wieczoru lało z przerwami, przy czym te przerwy były tak krótkie, że właściwie nie warto było ich odnotowywać, towarzyszył nam więc drobny kapuśniaczek, nie na tyle mocny, żeby można było jasno powiedzieć, że padało, ale wystarczająco uporczywy, żeby po kilku godzinach miało się mokre ramiona, wilgotne włosy i coraz mniej powodów, żeby wierzyć, że kiedykolwiek jeszcze będzie się suchym.
Szedłem z Gerdą przez gęsty las, rozglądając się za śladami, podczas gdy ona wykorzystywała swoje szczególne zmysły tropicielki, zatrzymując się co jakiś czas, nasłuchując albo wpatrując się w coś, czego ja nie potrafiłem dostrzec - miała pod tym względem przewagę, której zazdrościłem jej szczególnie mocno właśnie podczas takich wypraw, bo moje własne umiejętności sprowadzały się głównie do doświadczenia, cierpliwości i świadomości, że jeśli coś wystarczająco długo obserwowałem, prędzej czy później zaczynało popełniać błąd. Tego dnia jednak nawet rzeczywistość najwyraźniej postanowiła oszczędzić nam rozrywki, trafił nam się bowiem wyłącz zając, dwie tłuste wiewiórki, kilka większych ptaków i lis, który był zbyt inteligentny, żebyśmy mogli spróbować go podejść bez urządzenia sobie akcji kluczenia za nim przez kilka minut. Zebrana dotąd zdobycz nadawała się przede wszystkim na gulasz, ewentualnie na niewielkie skrawki skóry, przez co zaczynałem podejrzewać, że jeśli tak dalej pójdzie, wrócimy do domu z torbą pełną drobnicy.
Zatrzymałem się przy powalonym pniu i spojrzałem na Geraldine, która właśnie uniosła głowę, skupiając się na czymś poza moim zasięgiem słuchu.
- Powiedz mi pszynajmniej, sze tym lasem czujesz coś większego, bo jeśli nie tym lasem naplawdę zaczynam polowaś na gszyby. - Westchnąłem, poprawiając nóż przy pasie.
Polowaliśmy, co brzmiało znacznie bardziej romantycznie, kiedy mówiło się o tym przy ogniu rozpalonym w kominku snowdońskiej rezydencji Yaxleyów, niż wtedy, kiedy od ponad godziny przedzieraliśmy się przez mokre krzaki, szukając śladów obecności jakiejkolwiek zwierzyny i zamiast tego najpewniej kolekcjonowaliśmy pająki oraz kleszcze. Od zeszłego wieczoru lało z przerwami, przy czym te przerwy były tak krótkie, że właściwie nie warto było ich odnotowywać, towarzyszył nam więc drobny kapuśniaczek, nie na tyle mocny, żeby można było jasno powiedzieć, że padało, ale wystarczająco uporczywy, żeby po kilku godzinach miało się mokre ramiona, wilgotne włosy i coraz mniej powodów, żeby wierzyć, że kiedykolwiek jeszcze będzie się suchym.
Szedłem z Gerdą przez gęsty las, rozglądając się za śladami, podczas gdy ona wykorzystywała swoje szczególne zmysły tropicielki, zatrzymując się co jakiś czas, nasłuchując albo wpatrując się w coś, czego ja nie potrafiłem dostrzec - miała pod tym względem przewagę, której zazdrościłem jej szczególnie mocno właśnie podczas takich wypraw, bo moje własne umiejętności sprowadzały się głównie do doświadczenia, cierpliwości i świadomości, że jeśli coś wystarczająco długo obserwowałem, prędzej czy później zaczynało popełniać błąd. Tego dnia jednak nawet rzeczywistość najwyraźniej postanowiła oszczędzić nam rozrywki, trafił nam się bowiem wyłącz zając, dwie tłuste wiewiórki, kilka większych ptaków i lis, który był zbyt inteligentny, żebyśmy mogli spróbować go podejść bez urządzenia sobie akcji kluczenia za nim przez kilka minut. Zebrana dotąd zdobycz nadawała się przede wszystkim na gulasz, ewentualnie na niewielkie skrawki skóry, przez co zaczynałem podejrzewać, że jeśli tak dalej pójdzie, wrócimy do domu z torbą pełną drobnicy.
Zatrzymałem się przy powalonym pniu i spojrzałem na Geraldine, która właśnie uniosła głowę, skupiając się na czymś poza moim zasięgiem słuchu.
- Powiedz mi pszynajmniej, sze tym lasem czujesz coś większego, bo jeśli nie tym lasem naplawdę zaczynam polowaś na gszyby. - Westchnąłem, poprawiając nóż przy pasie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)