14.09.2026, 22:47 ✶
Ja również nie brałem pod uwagę powrotu z pustymi rękami, chociaż po kilku godzinach włóczenia się na zimnie po mokrych górskich zboczach wizja suchego ubrania, ognia i czegoś ciepłego do jedzenia zaczynała brzmieć zdecydowanie bardziej kusząco niż jeszcze rano, gdy dysponowałem zdecydowanie większym entuzjazmem wobec naszej, kurwa, „łowieckiej przygody” - Gerda miała jednak rację w jednym i zwierzyna nie mogła przecież rozpłynąć się w powietrzu tylko dlatego, że aura pogodowa postanowiła urządzić nam wyjątkowo parszywy czas na wyjście z domu. Las potrafił być pełen życia, tylko tego dnia najwyraźniej całe to życie uznało, że było zbędnym elementem krajobrazu, więc pozostawało tylko znaleźć miejsce lub miejsca, w których wszystkie te stworzenia uznały, że warto było przeczekać deszcz.
- Nom. Nie mogły. - Przyznałem jej rację, choć zrobiłem to bardziej z przekonania, że zwierzyna rzeczywiście musiała gdzieś tutaj być, niż z potrzeby pocieszania któregokolwiek z nas. - Chyba sze nauczyły się telepoltowaś, wtedy mamy ploblem większy niż blak mięsa. - Zerknąłem na nią z ukosa i ruszyłem dalej, rozgarniając przedramieniem mokre gałęzie. Szedłem, przyglądając się ziemi i roślinności, chociaż w pewnym momencie zacząłem dostrzegać przede wszystkim mokre liście, błoto i własne buty, które wyglądały coraz gorzej z każdą minutą, nawet jeśli były wyjątkowo wygodne i wytrzymałe w porównaniu do tego, w czym zazwyczaj chodziłem, zanim otrzymałem od niej tę konkretną parę obuwia. Grzyby rzeczywiście zaczynały wyrastać wszędzie wokół, szczególnie przy starych pniach i w wilgotnych zagłębieniach terenu, ale nawet ja wiedziałem, że Gerda prędzej odgryzłaby kawałek własnego płaszcza, niż przyznała, że może powinniśmy zbierać grzyby, poza tym porządne skóry były nam bardziej potrzebne, a jeśli udałoby się zdobyć przy okazji mięso, tym lepiej - rzemieślnicy nie pytali przecież, czy padało, czy było zimno, czy człowiek miał ochotę spędzić dzień po kolana w błocie, płacili za komponenty i oczekiwali komponentów, my mieliśmy je znaleźć - prosta robota, przynajmniej w teorii, w praktyce natura najwyraźniej miała własne zdanie na ten temat.
Deszcz był naszym wrogiem, ale tym razem nie zdążył jeszcze zrobić tego, co zwykle robił z tropami, czyli zamienić całej roboty w mokrą breję, z której równie dobrze można było wróżyć przyszłość, spojrzałem na mech i błoto, potem na połamane gałązki wyżej, ponad poziomem, na którym poruszałby się zając albo lis. Oparłem dłoń na kolanie i pochyliłem się niżej, próbując wyłapać jak najwięcej szczegółów - ślady były wyraźne i świeże, w dodatku całkiem ciężkie, chociaż nie do końca klarownie odciśnięte - nie oznaczało to jeszcze jelenia ani sarny, o których pewnie oboje zaczynaliśmy po cichu marzyć, ale przynajmniej mieliśmy dowód, że Snowdonia nie postanowiła całkowicie zbankrutować pod względem zwierzyny.
- Jak myślisz, co… - Przerwałem na moment, patrząc w gęstniejącą mgłę przy krzewach, w kierunku, w którym zmierzało nasze zwierzę - kawałek widać było kilka świeżych uszkodzeń kory i listowia, zaś gdy zbliżyliśmy się bardziej - również śladów, tym razem ewidentnie racic, rozrzuconych bardziej chaotycznie, niż wynikałoby ze zwykłego marszu. Zwierzę nie szło już spokojnie - przebiegło tędy albo zostało przez coś spłoszone i to nie przez nas.
- Nom. Nie mogły. - Przyznałem jej rację, choć zrobiłem to bardziej z przekonania, że zwierzyna rzeczywiście musiała gdzieś tutaj być, niż z potrzeby pocieszania któregokolwiek z nas. - Chyba sze nauczyły się telepoltowaś, wtedy mamy ploblem większy niż blak mięsa. - Zerknąłem na nią z ukosa i ruszyłem dalej, rozgarniając przedramieniem mokre gałęzie. Szedłem, przyglądając się ziemi i roślinności, chociaż w pewnym momencie zacząłem dostrzegać przede wszystkim mokre liście, błoto i własne buty, które wyglądały coraz gorzej z każdą minutą, nawet jeśli były wyjątkowo wygodne i wytrzymałe w porównaniu do tego, w czym zazwyczaj chodziłem, zanim otrzymałem od niej tę konkretną parę obuwia. Grzyby rzeczywiście zaczynały wyrastać wszędzie wokół, szczególnie przy starych pniach i w wilgotnych zagłębieniach terenu, ale nawet ja wiedziałem, że Gerda prędzej odgryzłaby kawałek własnego płaszcza, niż przyznała, że może powinniśmy zbierać grzyby, poza tym porządne skóry były nam bardziej potrzebne, a jeśli udałoby się zdobyć przy okazji mięso, tym lepiej - rzemieślnicy nie pytali przecież, czy padało, czy było zimno, czy człowiek miał ochotę spędzić dzień po kolana w błocie, płacili za komponenty i oczekiwali komponentów, my mieliśmy je znaleźć - prosta robota, przynajmniej w teorii, w praktyce natura najwyraźniej miała własne zdanie na ten temat.
Deszcz był naszym wrogiem, ale tym razem nie zdążył jeszcze zrobić tego, co zwykle robił z tropami, czyli zamienić całej roboty w mokrą breję, z której równie dobrze można było wróżyć przyszłość, spojrzałem na mech i błoto, potem na połamane gałązki wyżej, ponad poziomem, na którym poruszałby się zając albo lis. Oparłem dłoń na kolanie i pochyliłem się niżej, próbując wyłapać jak najwięcej szczegółów - ślady były wyraźne i świeże, w dodatku całkiem ciężkie, chociaż nie do końca klarownie odciśnięte - nie oznaczało to jeszcze jelenia ani sarny, o których pewnie oboje zaczynaliśmy po cichu marzyć, ale przynajmniej mieliśmy dowód, że Snowdonia nie postanowiła całkowicie zbankrutować pod względem zwierzyny.
- Jak myślisz, co… - Przerwałem na moment, patrząc w gęstniejącą mgłę przy krzewach, w kierunku, w którym zmierzało nasze zwierzę - kawałek widać było kilka świeżych uszkodzeń kory i listowia, zaś gdy zbliżyliśmy się bardziej - również śladów, tym razem ewidentnie racic, rozrzuconych bardziej chaotycznie, niż wynikałoby ze zwykłego marszu. Zwierzę nie szło już spokojnie - przebiegło tędy albo zostało przez coś spłoszone i to nie przez nas.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)