Ktokolwiek powiedział „do trzech razy sztuka” nie miał pojęcia, jak wielki błąd popełniał. To właśnie z liczbą trzy Cameron wiązał swoje nadzieje. Skoro pierwsze dwie próby zakończył się jego sromotną porażką, to przy trzeciej, jak miał nadzieję finałowej, wszystko pójdzie jak z płatka. Niestety, bogowie najwyraźniej chcieli inaczej, a jeden drewniany pal przystrojony przez lokalne kapłanki okazał się zbyt dużą przeszkodą dla stroniącego od aktywności fizycznej chłopaka.
Poszło mu jeszcze gorzej niż poprzednio. Ta wspinaczka wymagała od niego skorzystania nie tylko z mocno napoczętych zapasów siły fizycznej, ale też wytrzymałości psychicznej. Poprzednie upadki mocno działały w tym względzie na jego niekorzyść. Tym razem ledwo dotarł do połowy i niestety był zmuszony się poddać. Miał wrażenie, że jeszcze chwila i zupełnie opadnie z sił, a upadek z tej wysokości mógłby poskutkować czymś gorszym, niż pozdzierana skóra dłoni.
Po lądowaniu oparł dłonie na kolanach, oddychając ciężko. Nie musiał się nawet odwracać, żeby usłyszeć znajomy rytm kroków Heather. Opuścił spojrzenie na ziemię, nie chcąc spoglądać jej w oczy. Tym razem nie odepchnął jej jednak i pozwolił się objąć, przyciskając głowę do jej ramienia. Doceniał, że się nie ulotniła i jednak pozwoliła mu spróbować, nawet jeśli zrobił z siebie kompletnego desperata w oczach postronnych. Nie nazwałby swojej uporczywości odwagą. Był naiwny, sądząc, że mu się uda.
— Z-z-zepsułem Ci wianek. C-c-choodźmy stąd — wysapał, odchodząc z Rudą na bok, żeby nie stać pod tym palem, jak kompletny idiota. — To musi być ustawione. Pewnie zaklęli te chujowe pale, żeby Ci mniej sprawni mieli gorzej — Wydął dolną wargę, patrząc na Heather markotnie. — Naprawdę próbowałem, byłem tak wysoko. — Spojrzał na czubek jednego z drewnianych pali i aż się zatrzymał. — Na Merlina, wlazłem tak wysoko?!