15.09.2026, 08:10 ✶
Rodolphus pozostał niewzruszony. Gdy czarownica wpadła do wnętrza i w gorączkowym pośpiechu minęła go, znikając za zamkniętymi drzwiami sypialni, on nawet nie drgnął. Nie podniósł się z wyściełanego welurem fotela, nie ruszył za nią ani nie próbował zatrzymywać jej chaotycznych kroków. W spowitym półmrokiem salonie sprawiał wrażenie nienaturalnie wręcz posągowego, jakby był jedynie nieodłącznym elementem architektury tego wiekowego domu.
Dopiero gdy cichy klik zamykanych drzwi obwieścił jej powrót do korytarza, a jej pełne wzburzenia i lęku pytanie rozcięło ciężką ciszę pomieszczenia, Lestrange powoli odwrócił w jej stronę głowę. Jego wzrok był chłodny, zacięty i absolutnie pozbawiony emocji. Zmierzył uniesioną, lekko zdyszaną postać Astorii bez najmniejszego cienia wyższości czy satysfakcji, cedząc słowa spokojnym, głębokim głosem, w którym brzmiała wyłącznie powaga sytuacji.
– Pani Alderley poprosiła mnie o to, bym cię nie informował – powiedział gładko, a każdy wyraz odpadał od jego warg z precyzją skalpela. – Bardzo wyraźnie dała mi do zrozumienia, że nie chce, abyś się martwiła, ani żebyś odrywała się od swoich spraw dla jej słabości.
Zamilkł na ułamek sekundy, pozwalając, by waga tego wyznania wybrzmiała w cichym salonie, po czym kontynuował równie rzeczowym, niewzruszonym tonem:
– Jednak dzisiaj jej stan uległ gwałtownemu pogorszeniu. Uzdrowiciele po zbadaniu jej wyrarazili się jasno – ta noc jest kluczowa dla jej życia. W tych okolicznościach uznałem, że dotrzymanie jej słowa byłoby błędem. Musiałem cię powiadomić.
Nie czekając na jej reakcję ani nie wchodząc w dalsze dyskusje z narastającą w niej irytacją, Rodolphus bez słowa odwrócił wzrok z powrotem w stronę wysokiego, wąskiego okna. Przez szyby wciąż bębnił miarowy, zimny deszcz, odbijając w ciemnej tafli ponure, blade rysy jego twarzy. Ponownie zastygł w czujnej, milczącej obserwacji nocy, zostawiając ją na korytarzu z ciężarem prawdy. Nie miał zamiaru podejmować rzuconej pod swoje stopy rękawicy pełnej irytacji, wściekłości i całej mieszaniny emocji, na które nie zasłużył. Zamknął się ponownie jak ślimak w swojej skorupie, mogła go obrażać, mogła krzyczeć, mogła nawet podnieść na niego rękę - on obiecał, że tu będzie, dopóki ta noc nie minie.
Dopiero gdy cichy klik zamykanych drzwi obwieścił jej powrót do korytarza, a jej pełne wzburzenia i lęku pytanie rozcięło ciężką ciszę pomieszczenia, Lestrange powoli odwrócił w jej stronę głowę. Jego wzrok był chłodny, zacięty i absolutnie pozbawiony emocji. Zmierzył uniesioną, lekko zdyszaną postać Astorii bez najmniejszego cienia wyższości czy satysfakcji, cedząc słowa spokojnym, głębokim głosem, w którym brzmiała wyłącznie powaga sytuacji.
– Pani Alderley poprosiła mnie o to, bym cię nie informował – powiedział gładko, a każdy wyraz odpadał od jego warg z precyzją skalpela. – Bardzo wyraźnie dała mi do zrozumienia, że nie chce, abyś się martwiła, ani żebyś odrywała się od swoich spraw dla jej słabości.
Zamilkł na ułamek sekundy, pozwalając, by waga tego wyznania wybrzmiała w cichym salonie, po czym kontynuował równie rzeczowym, niewzruszonym tonem:
– Jednak dzisiaj jej stan uległ gwałtownemu pogorszeniu. Uzdrowiciele po zbadaniu jej wyrarazili się jasno – ta noc jest kluczowa dla jej życia. W tych okolicznościach uznałem, że dotrzymanie jej słowa byłoby błędem. Musiałem cię powiadomić.
Nie czekając na jej reakcję ani nie wchodząc w dalsze dyskusje z narastającą w niej irytacją, Rodolphus bez słowa odwrócił wzrok z powrotem w stronę wysokiego, wąskiego okna. Przez szyby wciąż bębnił miarowy, zimny deszcz, odbijając w ciemnej tafli ponure, blade rysy jego twarzy. Ponownie zastygł w czujnej, milczącej obserwacji nocy, zostawiając ją na korytarzu z ciężarem prawdy. Nie miał zamiaru podejmować rzuconej pod swoje stopy rękawicy pełnej irytacji, wściekłości i całej mieszaniny emocji, na które nie zasłużył. Zamknął się ponownie jak ślimak w swojej skorupie, mogła go obrażać, mogła krzyczeć, mogła nawet podnieść na niego rękę - on obiecał, że tu będzie, dopóki ta noc nie minie.