Wczoraj, 15:42 ✶
Dziecko rodziło się wierne, czyste, pragnące. Czystym pragnieniem poszukiwało.
A potem Helloise pokazano wizerunki bogów, powtarzała modlitwy, odkrywała porządek liturgii i obrzędu. Nauczono ją wiary bałwochwalczej. Poznawała cześć bóstw poprzez ikony powieszone w Kowenie i poprzez historie cudów wydarzonych w kromlechach rozsianych po Wyspach. Dorastając, poznawała więc wiarę fałszywą.
Wiara w wizerunki bogów, ich imiona, ich dzieje — była największym wrogiem wiary prawdziwej. Jakże możesz poszukiwać, gdy sądzisz, żeś już znalazł? Wiara prawdziwa jest wiecznym pragnieniem zetknięcia z boskością. Nie może pragnąć, kto sądzi, że już się nasycił.
Oczyszczenie Helloise dokonało się przez gniew. Gniew wyrwał z niej wiarę bałwochwalczą; tę ułudę, którą pozostawiło w niej dorastanie w wierze. Odrzuciła wszystko: nazwisko, tradycję, powinność, tożsamość. Odrzuciła z nimi i wiarę; to, czego ją całe życie o wierze uczono. Jakże mogłaby tego nie wyrzucić, gdy czuła same fałsze pod powierzchnią świata, który znała?
Całe życie truto ją fałszywymi wizerunkami — boga, człowieka i magii — lecz gdy powróciła, była jako ziemia po ugorze. Pusta, lecz żyzna, bo wolna od zajętego chorobą zasiewu. Mogła zacząć od nowa wzrastać.
Prawdziwa wiara wymagała rozumu potrafiącego jej istotę pojąć. Nie poznawało się bogów tym, co rzeczywiste i odbierane zmysłami; wiara potrzebowała czystego umysłu, intelektu gotowego jej poszukiwać. I nie poszukiwać w materialnych dowodach, nie w sporach o cuda — wiara nie potrzebowała dowodów. Spory o ingerencję bogów w świecie odwracały od prawdziwej wiary uwagę, a jeśli kogo nawracały, to na bałwochwalstwo.
Gdy pierwszy raz Bogini wyszła ku Helloise, nie było to podczas nabożeństwa w Kowenie. Ich pierwsze spotkanie odbyło się w kontemplacji, w której czarownica trwała pogrążona między drzewami, z umysłem wyzwolonym z wszelkiego więzu, umysłem pragnącym i poszukującym. Spędzając długie godziny samotności w pracowni w swojej chacie, Helloise poznawała również naturę natchnienia. Geniusz mógł być wyłącznie darowanym objawieniem. Gdy więc tworzyła, gdy kierowała jej dłutem nadprzyrodzona intuicja — wtedy ocierała się o boskość.
Kto poznał prawdziwą wiarę, nie mógł nie pragnąć obcowania z boskością.
Obrzydliwym się zdawało przy jej złotym blasku każde opiumowe uwznioślenie w rozkoszy. Istota wiary pozostawała poza cielesną przyjemnością, próba związania jej z przyjemnością szkodziła.
Wierzę — było pokarmem ducha. Ziemskie słodycze i szczęśliwości stanowiły ledwie płaskie, zwierciadlane odbicie tego, co w wierze odnajdywał człowiek czyste i po stokroć pogłębione. Ludzką dolą było wieczne poszukiwanie harmonijnego zestrojenia z głosem bóstw — więc po ludzku Helloise łaknęła, aby w sobie odnaleźć doświadczenie snu Lorraine takim, jakim w kuzynce zostało objawione.
Oto w tej kruchej, wdzięcznej istotce Bóstwo pozostawiło coś ulotnego, co teraz we dwie nanosiły ciężkimi ruchami dłuta na niewdzięczną, toporną materię drewna. Helloise nie miała do tego objawienia dostępu. Mimo że żarliwie pragnęła ujrzeć je oczyma własnego ducha, mogła jedynie pozwolić się biernie prowadzić Lorraine przez wizerunki i kształty, które pokrywały stopniowo drzwi.
Dotknąć tego osobiście, nie przez ułomną materialną reprezentację — oto było jej nienasycone pragnienie wiary.
— Nie jest nam pisane zaglądać przez te drzwi, moja słodka — mruknęła, zanurzając szorstkie palce w srebrzyste niteczki włosów Lorraine. — Możemy pragnąć. Pragnąć, żeby pewnego dnia otwarły się i pozwoliły nam stać się częścią tego, co za nimi.
Pozostając na klęczkach, wzniosła wzrok na drogowskaz. Wiedziały, gdzie im jest tego dnia przeznaczone poszukiwać.
A potem Helloise pokazano wizerunki bogów, powtarzała modlitwy, odkrywała porządek liturgii i obrzędu. Nauczono ją wiary bałwochwalczej. Poznawała cześć bóstw poprzez ikony powieszone w Kowenie i poprzez historie cudów wydarzonych w kromlechach rozsianych po Wyspach. Dorastając, poznawała więc wiarę fałszywą.
Wiara w wizerunki bogów, ich imiona, ich dzieje — była największym wrogiem wiary prawdziwej. Jakże możesz poszukiwać, gdy sądzisz, żeś już znalazł? Wiara prawdziwa jest wiecznym pragnieniem zetknięcia z boskością. Nie może pragnąć, kto sądzi, że już się nasycił.
Oczyszczenie Helloise dokonało się przez gniew. Gniew wyrwał z niej wiarę bałwochwalczą; tę ułudę, którą pozostawiło w niej dorastanie w wierze. Odrzuciła wszystko: nazwisko, tradycję, powinność, tożsamość. Odrzuciła z nimi i wiarę; to, czego ją całe życie o wierze uczono. Jakże mogłaby tego nie wyrzucić, gdy czuła same fałsze pod powierzchnią świata, który znała?
Całe życie truto ją fałszywymi wizerunkami — boga, człowieka i magii — lecz gdy powróciła, była jako ziemia po ugorze. Pusta, lecz żyzna, bo wolna od zajętego chorobą zasiewu. Mogła zacząć od nowa wzrastać.
Prawdziwa wiara wymagała rozumu potrafiącego jej istotę pojąć. Nie poznawało się bogów tym, co rzeczywiste i odbierane zmysłami; wiara potrzebowała czystego umysłu, intelektu gotowego jej poszukiwać. I nie poszukiwać w materialnych dowodach, nie w sporach o cuda — wiara nie potrzebowała dowodów. Spory o ingerencję bogów w świecie odwracały od prawdziwej wiary uwagę, a jeśli kogo nawracały, to na bałwochwalstwo.
Gdy pierwszy raz Bogini wyszła ku Helloise, nie było to podczas nabożeństwa w Kowenie. Ich pierwsze spotkanie odbyło się w kontemplacji, w której czarownica trwała pogrążona między drzewami, z umysłem wyzwolonym z wszelkiego więzu, umysłem pragnącym i poszukującym. Spędzając długie godziny samotności w pracowni w swojej chacie, Helloise poznawała również naturę natchnienia. Geniusz mógł być wyłącznie darowanym objawieniem. Gdy więc tworzyła, gdy kierowała jej dłutem nadprzyrodzona intuicja — wtedy ocierała się o boskość.
Kto poznał prawdziwą wiarę, nie mógł nie pragnąć obcowania z boskością.
Obrzydliwym się zdawało przy jej złotym blasku każde opiumowe uwznioślenie w rozkoszy. Istota wiary pozostawała poza cielesną przyjemnością, próba związania jej z przyjemnością szkodziła.
Wierzę — było pokarmem ducha. Ziemskie słodycze i szczęśliwości stanowiły ledwie płaskie, zwierciadlane odbicie tego, co w wierze odnajdywał człowiek czyste i po stokroć pogłębione. Ludzką dolą było wieczne poszukiwanie harmonijnego zestrojenia z głosem bóstw — więc po ludzku Helloise łaknęła, aby w sobie odnaleźć doświadczenie snu Lorraine takim, jakim w kuzynce zostało objawione.
Oto w tej kruchej, wdzięcznej istotce Bóstwo pozostawiło coś ulotnego, co teraz we dwie nanosiły ciężkimi ruchami dłuta na niewdzięczną, toporną materię drewna. Helloise nie miała do tego objawienia dostępu. Mimo że żarliwie pragnęła ujrzeć je oczyma własnego ducha, mogła jedynie pozwolić się biernie prowadzić Lorraine przez wizerunki i kształty, które pokrywały stopniowo drzwi.
Dotknąć tego osobiście, nie przez ułomną materialną reprezentację — oto było jej nienasycone pragnienie wiary.
— Nie jest nam pisane zaglądać przez te drzwi, moja słodka — mruknęła, zanurzając szorstkie palce w srebrzyste niteczki włosów Lorraine. — Możemy pragnąć. Pragnąć, żeby pewnego dnia otwarły się i pozwoliły nam stać się częścią tego, co za nimi.
Pozostając na klęczkach, wzniosła wzrok na drogowskaz. Wiedziały, gdzie im jest tego dnia przeznaczone poszukiwać.
dotknij trawy