16.09.2026, 23:55 ✶
Do Doliny Godryka dotarłem późnym popołudniem, kiedy słońce wisiało już nisko nad dachami domów w miasteczku, nad polami zawisła chłodna mgiełka, gdzieś dalej skrzeczały wrony, a z budynków stojących przy drodze zaczynały sączyć się pierwsze światła - było chłodno, ale nie wietrznie, po prostu dokładnie tak, jak można się było tego spodziewać po nadchodzącym jesiennym wieczorze - ziemia była wilgotna po wcześniejszym deszczu, pod moimi butami uginały się mokre liście i żółkniejące źdźbła traw. Przyszedłem na spotkanie z Norą, żeby pomóc jej przy zbiorach z poletka należącego do jej babci, co być może nie było zwyczajowym zleceniem, jakie przyjąłbym tuż po powrocie do ojczyzny, lecz teraz właściwie nie widziałem w tym szczególnego problemu, bo do roboty fizycznej nadawałem się znacznie lepiej niż do większości rzeczy wymagających cierpliwego siedzenia w jednym miejscu. Nigdy mi nie brakowało mi siły fizycznej, więc wizja przenoszenia kilku skrzynek czy taszczenia dyni z pola nie budziła we mnie żadnego lęku, chociaż podejrzewałem, że „kilka” mogło mieć w przypadku panny Figg znaczenie czysto symboliczne.
Pola dyniowe znajdowały się dalej niż moje miejsce teleportacji, za niskim drewnianym ogrodzeniem, już z daleka widziałem, że jesienne warzywa wyrosły na całkiem dorodne okazy, przynajmniej jak na to, co stało się w związku z pożarami, bo w porównaniu do normalnego roku zapewne było ich dużo mniej. Ostatecznie wyglądało to jednak lepiej, niż mógłbym zakładać, chociaż daleko mi było do eksperta od warzyw. Znałem za to ten rodzaj pracy - najpierw człowiek mówił, że pójdzie szybko, potem podnosił pierwszą dynię, pół godziny później odkrywał, że zebrał już kilkadziesiąt kilogramów i nadal nie widział końca - nie przeszkadzało mi to szczególnie, bo lubiłem rzeczy, przy których rezultat był widoczny od razu, a poza tym mogłem się przynajmniej na coś przydać. Miałem krzepę, nie dało się tego nie zauważyć po tym, w jaki sposób wyglądałem, co przez większość życia okazywało się przydatne w sytuacjach znacznie mniej przyjemnych niż zbieranie warzyw, więc jeśli Nora potrzebowała kogoś do targania ciężarów, mogła liczyć na mnie bez większego zawahania. Sprawie polegał również fakt, iż chciałem przekonać się, jakim pechowcem naprawdę potrafiła być, przez co od jakiegoś czasu widywałem ją już w wieku różnych okolicznościach - poletko dyniowe było zwyczajnie kolejną lokalizacją, ponadto całkiem interesującą, jak na moje gusta, bo na pewno klimatyczną.
Im bliżej byłem właściwego miejsca spotkania, chyba właściwego, tym więcej dyń widziałem pomiędzy liśćmi, niektóre z nich wyglądały natomiast tak, że przez moment zastanawiałem się, czy przypadkiem nie będziemy potrzebowali do ich przeniesienia nie tyle zwykłych mięśni lub ludzkiej siły wspomaganej magią, co olbrzymiego wózka, zastępu ludzi i odpowiedniego zabezpieczenia przeciwko próbom stoczenia się uciekinierów ze wzgórza. W końcu dostrzegłem Norę pomiędzy rzędami, więc wyciągnąłem jedną rękę z kieszeni i pomachałem jej z daleka, kierując się prosto w jej stronę.
- No dobla. - Rzuciłem, kiedy znalazłem się dostatecznie blisko i spojrzałem na rozciągające się przed nami pole. - Pokasz mi, s czym dzisiaj walczymy. - Podszedłem bliżej, zerkając po drodze na największą dynię, jaka wpadła mi w oko.
Pola dyniowe znajdowały się dalej niż moje miejsce teleportacji, za niskim drewnianym ogrodzeniem, już z daleka widziałem, że jesienne warzywa wyrosły na całkiem dorodne okazy, przynajmniej jak na to, co stało się w związku z pożarami, bo w porównaniu do normalnego roku zapewne było ich dużo mniej. Ostatecznie wyglądało to jednak lepiej, niż mógłbym zakładać, chociaż daleko mi było do eksperta od warzyw. Znałem za to ten rodzaj pracy - najpierw człowiek mówił, że pójdzie szybko, potem podnosił pierwszą dynię, pół godziny później odkrywał, że zebrał już kilkadziesiąt kilogramów i nadal nie widział końca - nie przeszkadzało mi to szczególnie, bo lubiłem rzeczy, przy których rezultat był widoczny od razu, a poza tym mogłem się przynajmniej na coś przydać. Miałem krzepę, nie dało się tego nie zauważyć po tym, w jaki sposób wyglądałem, co przez większość życia okazywało się przydatne w sytuacjach znacznie mniej przyjemnych niż zbieranie warzyw, więc jeśli Nora potrzebowała kogoś do targania ciężarów, mogła liczyć na mnie bez większego zawahania. Sprawie polegał również fakt, iż chciałem przekonać się, jakim pechowcem naprawdę potrafiła być, przez co od jakiegoś czasu widywałem ją już w wieku różnych okolicznościach - poletko dyniowe było zwyczajnie kolejną lokalizacją, ponadto całkiem interesującą, jak na moje gusta, bo na pewno klimatyczną.
Im bliżej byłem właściwego miejsca spotkania, chyba właściwego, tym więcej dyń widziałem pomiędzy liśćmi, niektóre z nich wyglądały natomiast tak, że przez moment zastanawiałem się, czy przypadkiem nie będziemy potrzebowali do ich przeniesienia nie tyle zwykłych mięśni lub ludzkiej siły wspomaganej magią, co olbrzymiego wózka, zastępu ludzi i odpowiedniego zabezpieczenia przeciwko próbom stoczenia się uciekinierów ze wzgórza. W końcu dostrzegłem Norę pomiędzy rzędami, więc wyciągnąłem jedną rękę z kieszeni i pomachałem jej z daleka, kierując się prosto w jej stronę.
- No dobla. - Rzuciłem, kiedy znalazłem się dostatecznie blisko i spojrzałem na rozciągające się przed nami pole. - Pokasz mi, s czym dzisiaj walczymy. - Podszedłem bliżej, zerkając po drodze na największą dynię, jaka wpadła mi w oko.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)