Lubiła Sauriela. Naprawdę. Te całe zaręczyny okazały się nie być zdarzeniem tak przykrym i smutnym jak te poprzednie – a wszystko dlatego, że… jakoś się dogadywali. Z każdym dniem lepiej. Czasami mieli takie momenty, że cofali się w tej relacji, ale zgodnie, mimo tych upadków, próbowali to popchnąć dalej i dalej, nie chcąc tkwić w czymś, w co wrzucili ich rodzice nie zważając zupełnie na ich potrzeby czy preferencje. A to im przecież przyjdzie ze sobą żyć każdego dnia. Więc… Cieszyła się, że to akurat Sauriel. Może nie cieszyła się na same zaręczyny, ale nie był to też żaden koniec świata, no i, już wiedziała na własnej skórze, że mogło być gorzej. Ale… Do tej pory nie czuła takiego… pociągu do niego jak teraz. Nie czuła, że potrzebuje tej bliskości tak bardzo, jakiejkolwiek. Po prostu bliskości. I dlaczego? Bo wspiął się na pal? Bo akurat z jej wiankiem? Przecież sam ją poprosił, by mu taki zaplotła. To dlatego tak się czuła? Że w ogóle ją poprosił? Że sprawił jej tą przyjemność? Nie wiedziała. Nie potrafiła tego wyjaśnić. I w tej chwili… prawdę mówiąc nawet tego wyjaśniać nie chciała.
Chciała po prostu być bliżej niego. Więc kiedy Rookwood zatrzymał się kilka kroków przed nią, ona je po prostu pokonała.
- Graaatualacje! – rzuciła ze śmiechem, po czym rzuciła się mu na szyję, a musiał to być wyczyn, zważywszy na niemałą różnicę wzrostu. - Mówiłam, że ci się uda! I co, lepiej? – czy choć trochę poprawił mu się humor?