20.03.2023, 00:32 ✶
Nie miała problemu z okazywaniem sympatii poprzez proste gesty lub dotyk. Chętnie przytulała swoich przyjaciół na przywitanie lub pożegnanie, kiedy pocieszała drugą osobę naturalnym i niewymuszonym gestem ujmowała jej dłoń, by delikatnym uściskiem przypomnieć, że jest tu by pomóc. Pozwoliła sobie, by uwiesić się na szyi Samuela dłużej niż zwykle, w ten gest podświadomie wkładając więcej emocji i uczuć. Uderzyła ją delikatna woń tytoniu, która odkąd tylko pamiętała towarzyszyła mężczyźnie; przymknęła oczy, rozkoszując się ciepłem, jakie od niego biło. Musiała wymyślić coś, by w porę zdążył ulotnić się z polany; słowa, które wcześniej skierował do niej Ulysses niestety idealnie potwierdzały to, o czym rozmawiała z nią Brenna. Cokolwiek by się nie działo, Sami, nie możesz zginąć. Nie dziś. Nie Ty.
Kiedy odsunął się, uniosła głowę, spoglądając wprost w jego jasnoniebieskie oczy. Czując jak łapie ją za rękę, mocno ścisnęła jego dłoń.
- To wszystko dzięki Tobie. Mówiłam, że jesteś talizmanem przynoszącym szczęście. Cieszę się, że to z Tobą mogłam spędzić ten dzień.- odpowiedziała, a na jej twarzy pojawił się uśmiech. Zawsze mierzwiło ją, że Samowi brakowało wiary w siebie - gdyby tylko mógł spojrzeć na siebie tak, jak ona go postrzegała. Czy jeżeli obecność Samuela sprawiała, że wszystko szło gładko i bezproblemowo, powinna zatrzymać go tej nocy przy sobie? Natychmiast wyrzuciła tą egoistyczną myśl z głowy. Na pierwszym miejscu były bezpieczeństwo i dobro innych, o siebie będzie troszczyła się na samym końcu.
Pozwoliła Carrowowi poprowadzić się w stronę palenisk, gdzie dołączyć mieli do par, zakochanych i przyjaciół, które hucznie i radośnie świętowały.
Na moment puściła jego dłoń, by w rytm otaczającej ich muzyki obrócić się wokół własnej osi. Naturalnym i niewymuszonym gestem podeszłą bliżej, ponownie łapiąc go za rękę, drugą natomiast układając na ramieniu. Posłała mu krótki, zawadiacki uśmiech.
- Ale wiesz... w tańcu mało kto za mną nadąża. - uniosła zaczepnie brew i roześmiała się. Częste uczestnictwo w przyjęciach, poza przepysznym jedzeniem miało jeszcze jedną cechę, dla której bankiety stawały się do przeżycia - możliwość tańca, której Dani nigdy nie odpuszczała. Uwielbiała dać się ponieść muzyce i panującej dookoła atmosferze, a ta w przypadku Beltane była magiczna i wyjątkowa.
Kiedy odsunął się, uniosła głowę, spoglądając wprost w jego jasnoniebieskie oczy. Czując jak łapie ją za rękę, mocno ścisnęła jego dłoń.
- To wszystko dzięki Tobie. Mówiłam, że jesteś talizmanem przynoszącym szczęście. Cieszę się, że to z Tobą mogłam spędzić ten dzień.- odpowiedziała, a na jej twarzy pojawił się uśmiech. Zawsze mierzwiło ją, że Samowi brakowało wiary w siebie - gdyby tylko mógł spojrzeć na siebie tak, jak ona go postrzegała. Czy jeżeli obecność Samuela sprawiała, że wszystko szło gładko i bezproblemowo, powinna zatrzymać go tej nocy przy sobie? Natychmiast wyrzuciła tą egoistyczną myśl z głowy. Na pierwszym miejscu były bezpieczeństwo i dobro innych, o siebie będzie troszczyła się na samym końcu.
Pozwoliła Carrowowi poprowadzić się w stronę palenisk, gdzie dołączyć mieli do par, zakochanych i przyjaciół, które hucznie i radośnie świętowały.
Na moment puściła jego dłoń, by w rytm otaczającej ich muzyki obrócić się wokół własnej osi. Naturalnym i niewymuszonym gestem podeszłą bliżej, ponownie łapiąc go za rękę, drugą natomiast układając na ramieniu. Posłała mu krótki, zawadiacki uśmiech.
- Ale wiesz... w tańcu mało kto za mną nadąża. - uniosła zaczepnie brew i roześmiała się. Częste uczestnictwo w przyjęciach, poza przepysznym jedzeniem miało jeszcze jedną cechę, dla której bankiety stawały się do przeżycia - możliwość tańca, której Dani nigdy nie odpuszczała. Uwielbiała dać się ponieść muzyce i panującej dookoła atmosferze, a ta w przypadku Beltane była magiczna i wyjątkowa.