17.09.2026, 21:20 ✶
— Widzisz, mamy potwierdzenie! — Uśmiechnął się, wyciągając z pudła kilka książek kucharski, żeby prze-aranżować cały układ tak, aby odzyskać jeszcze trochę wolnego miejsca kartonie. — Masz rację, to bardzo dobra rodzinna pamiątka. Na całe pokolenia, zwłaszcza w odpowiedniej edycji! Widziałem kiedyś w jednym antykwariacie absolutnie niesamowitą sztukę oprawioną skórą jakiejś gadziny.
Nie wiedzieć czemu z tyłu głowy pojawiła mu się myśl, że mogła to być pamiątka po jakimś krewnym Yaxleyów. Zdecydowanie zbyt mocno wiązał tę rodzinę z ich tradycjami myśliwskimi. W sumie trudno było nie mieć takich skojarzeń, gdy zarówno przyszła dziedziczka, jak i jej tatulek bardzo rwali się do bitki. Przynajmniej mają serce po odpowiedniej stronie, pomyślał przelotnie. Matka z pewnością błogosławiła temu rodowi.
— Każdy środek przekazu może okazać się strzałem w dziesiątkę. A dopóki go nie wypróbujemy, to nie poznamy jego efektów — zauważył Sebastian, gdy przeszli do tematu broszurek. — Po Beltane i Spalonej Nocy sporo ludzi zaczęło szukać wsparcia duchowego. Co by nie mówić, ciężko o bardziej uduchowione święto niż Samhain. Atmosfera tego święta sprzyja zajrzeniu w głąb siebie.
Duchowieństwo mogło odprawiać przed wiernymi cyrk godny występów Bellów, ale na siłę nikogo nie zmienią. Nie zainteresują. Musieli po prostu być w pobliżu i liczyć, że napotkają na ludzi z otwartymi sercami i głowami.
— Och, moja droga! Nigdy bym ci tego nie zrobił! — zawołał Macmillan, zaklejając pudła za pomocą taśmy samoprzylepnej. — Poza tym, brat Edward — ściszył głos, żeby nie przeszkadzać kapłanowi w liczeniu. — Zaoferował się, że w razie czego bardzo chętnie cię odciąży. Można na nim polegać. Na Lammas spisał się wyśmienicie, prawda Edwardzie?
Dłoń Macmillana momentalnie powędrowała do jego ust, gdy zorientował się, że przerwał Greyowi liczenie. Młodszy kapłan podniósł na niego wzrok, kiwając niespiesznie głową, a gdy wrócił do liczenia kalendarzy… Ewidentnie raz jeszcze zgubił się we własnych rachunkach. Sebastian ułożył ręce jak do modlitwy w geście przeprosin.
— Mam nadzieję, że Mabon okaże się początkiem dobrej passy. Nie wyobrażam sobie, żebyśmy mieli następne Beltane spędzać jak to w tym roku — mruknął, mimowolnie wzdychając ciężko. — Chociaż w sumie… W maju i tak mi się upiekło. Miałem nagłe wezwanie, właśnie w sprawie egzorcyzmów.
Oryginalnie nie zamierzał wybierać się na obchody i chciał zakopać się pod kocem z modlitewnikiem; spędzić Beltane w ciszy i zadumie nad świętymi wersetami ku czci Matki. A potem do jego drzwi zapukała asystentka Cathala Shafiqa i zaciągnęła na wizytę domową. Nie mógł być więc dalej od niebezpieczeństw związanych z atakiem na Knieję Godryka. Ale mógłby być. Kto wie, może gdyby sprawy potoczyły się inaczej, to jednak wybrałby się do Doliny, żeby załapać się na końcówkę uroczystości?
— Mój… A w sumie nasz dalszy kuzyn od strony Trelawneyów, Jamil Anwar, przyjechał tutaj na wiosnę do pracy na wykopaliskach. W środku nocy wypędzałem z niego ducha zmarłej zwolenniczki Grindelwalda. — Skrzywił się na to wspomnienie. Egzorcyzmowanie znajomych twarzy nigdy nie było przyjemne, zwłaszcza krewnych. Motywacja do spełnienia swojej powinności wzrastała, ale to samo działo się z obawami o to, ile złego może się wydarzyć, jeśli coś pójdzie nie tak. — Efekt osłabionej bariery między świętami… Chociaż to wciąż zaskakujące, że ze wszystkich duchów trafił akurat na kogoś parającego się za życia czarną magią. — Pokręcił głową. — Mam nadzieję, że te przepędzenie duchów spod granicy Kniei na coś się jednak zda.
Nie wiedzieć czemu z tyłu głowy pojawiła mu się myśl, że mogła to być pamiątka po jakimś krewnym Yaxleyów. Zdecydowanie zbyt mocno wiązał tę rodzinę z ich tradycjami myśliwskimi. W sumie trudno było nie mieć takich skojarzeń, gdy zarówno przyszła dziedziczka, jak i jej tatulek bardzo rwali się do bitki. Przynajmniej mają serce po odpowiedniej stronie, pomyślał przelotnie. Matka z pewnością błogosławiła temu rodowi.
— Każdy środek przekazu może okazać się strzałem w dziesiątkę. A dopóki go nie wypróbujemy, to nie poznamy jego efektów — zauważył Sebastian, gdy przeszli do tematu broszurek. — Po Beltane i Spalonej Nocy sporo ludzi zaczęło szukać wsparcia duchowego. Co by nie mówić, ciężko o bardziej uduchowione święto niż Samhain. Atmosfera tego święta sprzyja zajrzeniu w głąb siebie.
Duchowieństwo mogło odprawiać przed wiernymi cyrk godny występów Bellów, ale na siłę nikogo nie zmienią. Nie zainteresują. Musieli po prostu być w pobliżu i liczyć, że napotkają na ludzi z otwartymi sercami i głowami.
— Och, moja droga! Nigdy bym ci tego nie zrobił! — zawołał Macmillan, zaklejając pudła za pomocą taśmy samoprzylepnej. — Poza tym, brat Edward — ściszył głos, żeby nie przeszkadzać kapłanowi w liczeniu. — Zaoferował się, że w razie czego bardzo chętnie cię odciąży. Można na nim polegać. Na Lammas spisał się wyśmienicie, prawda Edwardzie?
Dłoń Macmillana momentalnie powędrowała do jego ust, gdy zorientował się, że przerwał Greyowi liczenie. Młodszy kapłan podniósł na niego wzrok, kiwając niespiesznie głową, a gdy wrócił do liczenia kalendarzy… Ewidentnie raz jeszcze zgubił się we własnych rachunkach. Sebastian ułożył ręce jak do modlitwy w geście przeprosin.
— Mam nadzieję, że Mabon okaże się początkiem dobrej passy. Nie wyobrażam sobie, żebyśmy mieli następne Beltane spędzać jak to w tym roku — mruknął, mimowolnie wzdychając ciężko. — Chociaż w sumie… W maju i tak mi się upiekło. Miałem nagłe wezwanie, właśnie w sprawie egzorcyzmów.
Oryginalnie nie zamierzał wybierać się na obchody i chciał zakopać się pod kocem z modlitewnikiem; spędzić Beltane w ciszy i zadumie nad świętymi wersetami ku czci Matki. A potem do jego drzwi zapukała asystentka Cathala Shafiqa i zaciągnęła na wizytę domową. Nie mógł być więc dalej od niebezpieczeństw związanych z atakiem na Knieję Godryka. Ale mógłby być. Kto wie, może gdyby sprawy potoczyły się inaczej, to jednak wybrałby się do Doliny, żeby załapać się na końcówkę uroczystości?
— Mój… A w sumie nasz dalszy kuzyn od strony Trelawneyów, Jamil Anwar, przyjechał tutaj na wiosnę do pracy na wykopaliskach. W środku nocy wypędzałem z niego ducha zmarłej zwolenniczki Grindelwalda. — Skrzywił się na to wspomnienie. Egzorcyzmowanie znajomych twarzy nigdy nie było przyjemne, zwłaszcza krewnych. Motywacja do spełnienia swojej powinności wzrastała, ale to samo działo się z obawami o to, ile złego może się wydarzyć, jeśli coś pójdzie nie tak. — Efekt osłabionej bariery między świętami… Chociaż to wciąż zaskakujące, że ze wszystkich duchów trafił akurat na kogoś parającego się za życia czarną magią. — Pokręcił głową. — Mam nadzieję, że te przepędzenie duchów spod granicy Kniei na coś się jednak zda.