– Z mlekiem? – zapytała, nauczywszy się już, że Anglicy mają bardzo dziwne gusta jeśli chodziło o kuchenne zwyczaje i widziała już że zdecydowana większość dolewa mleka nie tylko do kawy (co uważała za całkowitą profanację), ale również do herbaty (z tym się nie sprzeczała, Anglicy mieli dużo większą tradycję herbacianą, więc jedynie wzruszała na to ramionami). Niezależnie od odpowiedzi Ceolsige, nalała więc napój do obu filiżanek, a złoty płyn zawirował, pozwalając osiąść fusom na dnie. Przygotowała też dla nich cukier, gdyby blondynka życzyła sobie posłodzić.
– Dla nas na pewno. O tych tutaj pisali coś w którejś z gazet, bodaj w czerwcu – ale nie wspominano tam o Guinevere, zresztą nic dziwnego, nie była tutaj przesadnie znana (prawdę mówiąc nie była prawie w ogóle znana i było jej to na rękę). To znaczy była pewna że na angielskiej ziemi jest więcej stanowisk archeologicznych, ale o tych konkretnych, walijskich, na których pracowała, rzeczywiście pisano w Proroku Codziennym. – Ale prace idą powoli – przede wszystkim mieli ciągłą rotację w składzie, jakoś nie potrafili się podocierać, bo to jednak nie był dokładnie taki sam skład grupy, jak w Egipcie i miewali spięcia na różnych liniach. – Brzmi mimo wszystko jak sporo pracy – uśmiechnęła się lekko, przerzucając ciemne włosy przez ramię na plecy, by jej nie przeszkadzały. – Wydaje mi się, że po Spalonej Nocy, mocno zmieniła się dynamika wielu przedsięwzięć, więc nic dziwnego, że nie znalazłaś na to chwili. Bo to nowe zagadnienie? – to pieczętowanie. A potem Ginewra przekrzywiła lekko głowę. – Walkę z potworami? Masz na myśli jakieś dzikie magiczne bestie? – podsunęła, sięgając po odrobinę cukru do swojej herbaty. Zamieszała powoli. – Coś cię zaatakowało? – zapytała jednocześnie, zastanawiając się być może trochę niepotrzebnie, co mogło spowodować atak magicznej bestii. Guinevere jednak nie znała się na tym zbyt dobrze, za to jej dziadkowie, a zwłaszcza dziadek – już tak. – Och nie, żadnych potworów i bestii w moich obecnych badaniach – zaśmiała się krótko, bo to nie oznaczało, że nie mieli problemów. Na przykład wrzesień przywitali wybuchem jakiejś pieczęci i sporym problemem na wykopaliskach.
– Śmiało – zapewniła, machnąwszy dłonią na znak, że rzeczywiście nie będzie jej to przeszkadzać. Była przyzwyczajona do towarzystwa palacza, Cathal, zwłaszcza jak się denerwował, to palił całkiem sporo. – Co cię do mnie sprowadza, Ceolsige? – oparła się wygodnie o krzesło i zapatrzyła na czarownicę, czując, że ta zręcznie przędzie sieć swojej opowieści, a poszczególne jej elementy pozornie tylko są ze sobą niepowiązane.