10 godzin(y) temu ✶
Kolejne noce…
Kolejne noce upłynęły czarownicy na rzeźbieniu. Mieszaniu ziemi i gliny z wodą. Formowaniu na drewnianym podeście golema wedle przepisu dostarczonego jej przez Voldemorta. Wznosiła go od samych podstaw, od stóp, przez nogi, i wyżej. Kończyny potwora były chude, co zagrażało stabilności całej figury. Helloise oczekiwała kogoś postawniejszego, a tymczasem kobietka, której wizerunek miała oddać, była taka wątła. Malutka, drobna.
Helloise nie miała wiele doświadczenia w rzeźbieniu figur z gliny, szczególnie figur tak wielkich. Sytuacja była odwrotna do tej, z jaką miała zwykle do czynienia w swojej pracy. Z drewnianych form wykrawała porcje materiału, aby uzyskać pożądany kształt; tutaj musiała materiału dokładać warstwa po warstwie. Czyniło to medium nieco bardziej wybaczającym. Dopóki golem nie zasychał, dopóty ona mogła go poprawiać, i nawet gdy coś przyschło jej nie tak, jak należy, wystarczyło zwilżyć to wodą, aby odzyskać plastyczność. Na rękach masa zasychała jeszcze szybciej i chwila przerwy potrafiła poskutkować sztywną skorupą na dłoniach. Wiedźma potrzebowała obmywać je często, bo gdy warstwa zaczynała się robić zbyt gruba, ona traciła czucie i precyzję w palcach, którymi posługiwała się przez większość czasu.
W pracy z glinianą rzeźbą wszystko jednak mogło być narzędziem. Korzystała więc Helloise z przeróżnego przeznaczenia szpatułek, sztućców, noży, szpikulców — jakikolwiek rys potrzebowała w danej chwili nadać golemowi. Praca była brudna. Na całym tym zużytym chałupniczym instrumentarium pozostawała szarawa, ziemista skorupa.
Mimo to Helloise miała wrażenie, że wnętrze lalki nigdy nie zaschnie. Pod stwardniałą warstwą zdawały się czaić wilgotne błotniste wnętrzności. Pewnego razu czarownica przebiła bok kukły drutem. Wyszedł z niej rzeczywiście mokry. Skoro jednak stwór i tak trafi wkrótce do wody, wilgoć nie powinna mu szkodzić.
Gliniany wizerunek kobiety urastał każdej nocy o kolejne części ciała. Coraz więcej przypominał osobę. Helloise przypatrywała się jej przed zaśnięciem, jako że to bluźniercze dziecię powiła we własnej sypialni, obok własnego łóżka.
Dużo uwagi poświęciła twarzy figury. Trudno o bardziej fascynujący element ludzkiej anatomii niż twarze. Przez to jak świetnie umysł je rozpoznaje, najwięcej wymagają precyzji, najmniej wybaczają błędów. Długimi godzinami stała więc wiedźma naprzeciw swojego niemal ukończonego dzieła przy świetle kilkunastu świec rozstawionych po sypialni. Kciukami wygładzała poliki ulepione z błotnistej brei. Sunęła palcami wzdłuż grzbietu nosa, wysmuklając go, zaokrąglając czubek. Z satysfakcją podarowała golemowi kształtne usta. Twarz miał ładną, mimo że brudną.
dotknij trawy