19.09.2026, 16:18 ✶
Nie potrafiła widzieć przyjęcia mrocznego znaku i kolaboracji z Voldemortem inaczej niż jako złego wyboru. Nie potrafiłaby z równą bratu pewnością siebie deklarować, że doprowadzi do zguby kogoś, przed kim by wciąż z własnej woli klękała. Nie potrafiła nie bać się o Seisylla, bo przecież już poszedł na ustępstwo przed Czarnym Panem, dołączając do tych, którzy się mienili jego sługami. Jedno ustępstwo łatwo prowadziło do kolejnego. Wierzyła w siłę Seisylla, oczywiście, że wierzyła, że jest szansa, że on wyjdzie spomiędzy śmierciożerczych szeregów na swoim — lecz to wciąż była szansa.
Podobnie jak on, nie chciała między nimi sporu, więc pozostała milcząca, gdy skarcił ją za zwątpienie. Nie lubiła, gdy się tak zmieniał i przestawała do niego docierać.
— Nie chodzi o chatę — odparła zimno, kryjąc rozdrażnienie.
Nigdy nie chodziło o tę chatę. Choćby i chata spłonęła do szczętu, ale Knieja stała otworem, to by się na ruinę domu Helloise ani razu nie odwróciła. Nie było w tym domu niczego, na czym by jej wielce zależało, a całą wartość chaty na kurzej nodze stanowiło to, że czarownica musiała mieć gdzie sypiać.
— Niech się wasze cele zbiegają. To dobre cele, ale czy naprawdę nie ma innego sposobu na naprawienie naszego świata niż wywracanie do góry nogami naturalnych porządków? Majstrowanie przy miejscach świętej mocy? Wypuszczanie w las bogowie wiedzą jakich stworów? Wyrywajcie chwasty, ale, na litość, bracie, czy naprawdę trzeba wylewać dziecko z kąpielą? Jak mamy się cieszyć światem, w którym magia będzie czysta, jeśli w procesie pozwolimy rozerwać go na strzępy? — mówiła, błądząc oczami po twarzy Seisylla w poszukiwaniu zrozumienia dla tego, że harmonii nie osiągną, jeśli oprą się wyłącznie na niszczeniu. — To nędzne istoty, nędzne. Czy naprawdę potrzebne jest igrać z czymś tak wielkim jak Limbo i Polana Ognisk, żeby się pozbyć nędznego chwasta?
Niszczyć wadliwe, stwarzać nowe, zachować święte. Naiwna była w tej wierze Helloise, która sądziła, że dobro i zło mogą współistnieć w człowieku na równych warunkach. Życie i śmierć. Stwarzanie i niszczenie. Gesty dobroci obok aktów przemocy. Powinno się być równie zdolnym do obu, czy nie?
Cokolwiek zaś słyszała o Voldemorcie, wiązało się to niemal zawsze z niszczeniem. Jeśli już kreował coś, to wyłącznie własną potęgę. Czy on coś dawał światu? Czy on dbał o niego?
Chciała wierzyć, że Seisylla ten ślepy niszczycielski pęd nie pochłonie; że zawsze obok tej przyrodzonej bratu czerni będzie ciepło i miłość. Tego samego pragnęła przecież dla siebie.
— Nic od Mony nie słyszałam. Jedyne listy, jakie do mnie trafiły od tamtej nocy, to zlecenia prac — prychnęła Helloise z lekceważeniem dla czegoś tak przyziemnego, jak powrót do codziennego przyjmowania zamówień. Spojrzała za odlatującym smoczognikiem, zakasując rękawy przed przystąpieniem do napraw. — Dziękuję, że przyszedłeś — dodała zupełnie łagodniej już, bez śladu rozdrażnienia wcześniejszą różnicą zdań.
Odkryj wiadomość pozafabularną
Podobnie jak on, nie chciała między nimi sporu, więc pozostała milcząca, gdy skarcił ją za zwątpienie. Nie lubiła, gdy się tak zmieniał i przestawała do niego docierać.
— Nie chodzi o chatę — odparła zimno, kryjąc rozdrażnienie.
Nigdy nie chodziło o tę chatę. Choćby i chata spłonęła do szczętu, ale Knieja stała otworem, to by się na ruinę domu Helloise ani razu nie odwróciła. Nie było w tym domu niczego, na czym by jej wielce zależało, a całą wartość chaty na kurzej nodze stanowiło to, że czarownica musiała mieć gdzie sypiać.
— Niech się wasze cele zbiegają. To dobre cele, ale czy naprawdę nie ma innego sposobu na naprawienie naszego świata niż wywracanie do góry nogami naturalnych porządków? Majstrowanie przy miejscach świętej mocy? Wypuszczanie w las bogowie wiedzą jakich stworów? Wyrywajcie chwasty, ale, na litość, bracie, czy naprawdę trzeba wylewać dziecko z kąpielą? Jak mamy się cieszyć światem, w którym magia będzie czysta, jeśli w procesie pozwolimy rozerwać go na strzępy? — mówiła, błądząc oczami po twarzy Seisylla w poszukiwaniu zrozumienia dla tego, że harmonii nie osiągną, jeśli oprą się wyłącznie na niszczeniu. — To nędzne istoty, nędzne. Czy naprawdę potrzebne jest igrać z czymś tak wielkim jak Limbo i Polana Ognisk, żeby się pozbyć nędznego chwasta?
Niszczyć wadliwe, stwarzać nowe, zachować święte. Naiwna była w tej wierze Helloise, która sądziła, że dobro i zło mogą współistnieć w człowieku na równych warunkach. Życie i śmierć. Stwarzanie i niszczenie. Gesty dobroci obok aktów przemocy. Powinno się być równie zdolnym do obu, czy nie?
Cokolwiek zaś słyszała o Voldemorcie, wiązało się to niemal zawsze z niszczeniem. Jeśli już kreował coś, to wyłącznie własną potęgę. Czy on coś dawał światu? Czy on dbał o niego?
Chciała wierzyć, że Seisylla ten ślepy niszczycielski pęd nie pochłonie; że zawsze obok tej przyrodzonej bratu czerni będzie ciepło i miłość. Tego samego pragnęła przecież dla siebie.
— Nic od Mony nie słyszałam. Jedyne listy, jakie do mnie trafiły od tamtej nocy, to zlecenia prac — prychnęła Helloise z lekceważeniem dla czegoś tak przyziemnego, jak powrót do codziennego przyjmowania zamówień. Spojrzała za odlatującym smoczognikiem, zakasując rękawy przed przystąpieniem do napraw. — Dziękuję, że przyszedłeś — dodała zupełnie łagodniej już, bez śladu rozdrażnienia wcześniejszą różnicą zdań.
Koniec sesji
@Seisyll Rowle proszę, oto koniec
dotknij trawy