20.09.2026, 19:41 ✶
Między mogiłami hulał wiatr, echa niosły z daleka krzyki dzikich zwierząt i zawodzenie dusz potępionych. Posępną była noc, niepocieszonym oblicze wiedźmy, która domyśliła się, co na końcu języka miał brat.
Nawet nie zatrzymała się przy pierwszym z ocenianych grobów.
— Krew — powtórzyła z naciskiem, na wypadek jeśli jeszcze pozostały w Garethcie jakieś wątpliwości co do tego, jaki był priorytet przy wyborze zwłok. Godne musiało być przebranie, jakie mieli przyjąć Rowle’owie, bo wstrętu po noszeniu skóry zerwanej z brudnej krwi nie domyliby do końca życia. Choć Helloise podążyła nieustępliwie dalej przez cmentarz, wymienione przez brata imię pobudziło coś w jej pamięci. Coś, co jeszcze nie do końca potrafiła umieścić we właściwym kontekście, lecz spróbowała: — Elonus. — Zmarszczyła brwi. — Elonus… Czy nie tak nazywał się ten pokrzywiony handlarz, który próbował kiedyś ojca naciągnąć na inwestycję w jego karoce? Miały nie potrzebować stangreta. Co za bzdura. — Kobieta pokręciła zdegustowana głową.
Szli więc dalej: ona skupiona na swojej wielkiej misji, on… skupiony na ocenie… niewłaściwych jej aspektów.
Usłyszawszy Carrot i towarzyszący mu żart, Helloise zamknęła oczy, koncentrując się na oddechu, na przyrodzie, na chwili obecnej… lecz gdy Gareth zagwizdał, i ona zainteresowała się wreszcie grobem. Machnęła różdżką, wyczarowując lichą kulkę światła, aby odczytać napis.
— Carrow, dobrze — zadowolona mruknęła konspiracyjnie cicho, zupełnie jakby ktoś miał siedzieć za nagrobkiem i przysłuchiwać się ich spiskom. — Żadna zagwozdka. U nich się rodzi tyle bliźniąt. Trzydzieści siedem lat… zabrało ją wcześnie, miała jeszcze czas na męża — rzekła stara panna Rowle.
Być może ktoś różniłby się z Helloise w opinii o Carrowach. Ktoś jak Philomena Mulciber rzekłby, że to podwójny wstyd przebierać się za Carrowa, bo nie bez powodu dziś nie byli już uważani za czystokrwistych. Nie wiadomo, czy ci tutaj nieboszczycy nie byli aby dziadami gagatków, którzy się do utraty ich statusu przyczynili. Ci już mogli nosić w sobie diabelskie ziarno zdrady! Wstyd! Wstyd!
Helloise jednak w głowie grała wyłącznie krew, nie żadne społeczno-klasowe porachunki. Skoro przed 1930 rokiem krew Carrowów była czysta, to była zapewne czysta i u tych trupów — a więc odpowiednia. Dyskusja kończyła się tutaj.
Rozczulające było to, na co zwrócił uwagę Gareth, doprawdy, rozczulające.
— Można im pozazdrościć. — Wiedźma wbiła szpadel w ziemię obok płyty, pieczętując wybór. Znaleźli zatem odpowiednie miejsce. Usłyszawszy jednak strzyknięcie w kościach Garetha, siostra posłała mu podejrzliwe spojrzenie. — Weźmiemy po kawałku bliźnięcia. Powinnam się martwić? Dasz radę to załatwić, prawda?
Nawet nie zatrzymała się przy pierwszym z ocenianych grobów.
— Krew — powtórzyła z naciskiem, na wypadek jeśli jeszcze pozostały w Garethcie jakieś wątpliwości co do tego, jaki był priorytet przy wyborze zwłok. Godne musiało być przebranie, jakie mieli przyjąć Rowle’owie, bo wstrętu po noszeniu skóry zerwanej z brudnej krwi nie domyliby do końca życia. Choć Helloise podążyła nieustępliwie dalej przez cmentarz, wymienione przez brata imię pobudziło coś w jej pamięci. Coś, co jeszcze nie do końca potrafiła umieścić we właściwym kontekście, lecz spróbowała: — Elonus. — Zmarszczyła brwi. — Elonus… Czy nie tak nazywał się ten pokrzywiony handlarz, który próbował kiedyś ojca naciągnąć na inwestycję w jego karoce? Miały nie potrzebować stangreta. Co za bzdura. — Kobieta pokręciła zdegustowana głową.
Szli więc dalej: ona skupiona na swojej wielkiej misji, on… skupiony na ocenie… niewłaściwych jej aspektów.
Usłyszawszy Carrot i towarzyszący mu żart, Helloise zamknęła oczy, koncentrując się na oddechu, na przyrodzie, na chwili obecnej… lecz gdy Gareth zagwizdał, i ona zainteresowała się wreszcie grobem. Machnęła różdżką, wyczarowując lichą kulkę światła, aby odczytać napis.
— Carrow, dobrze — zadowolona mruknęła konspiracyjnie cicho, zupełnie jakby ktoś miał siedzieć za nagrobkiem i przysłuchiwać się ich spiskom. — Żadna zagwozdka. U nich się rodzi tyle bliźniąt. Trzydzieści siedem lat… zabrało ją wcześnie, miała jeszcze czas na męża — rzekła stara panna Rowle.
Być może ktoś różniłby się z Helloise w opinii o Carrowach. Ktoś jak Philomena Mulciber rzekłby, że to podwójny wstyd przebierać się za Carrowa, bo nie bez powodu dziś nie byli już uważani za czystokrwistych. Nie wiadomo, czy ci tutaj nieboszczycy nie byli aby dziadami gagatków, którzy się do utraty ich statusu przyczynili. Ci już mogli nosić w sobie diabelskie ziarno zdrady! Wstyd! Wstyd!
Helloise jednak w głowie grała wyłącznie krew, nie żadne społeczno-klasowe porachunki. Skoro przed 1930 rokiem krew Carrowów była czysta, to była zapewne czysta i u tych trupów — a więc odpowiednia. Dyskusja kończyła się tutaj.
Rozczulające było to, na co zwrócił uwagę Gareth, doprawdy, rozczulające.
— Można im pozazdrościć. — Wiedźma wbiła szpadel w ziemię obok płyty, pieczętując wybór. Znaleźli zatem odpowiednie miejsce. Usłyszawszy jednak strzyknięcie w kościach Garetha, siostra posłała mu podejrzliwe spojrzenie. — Weźmiemy po kawałku bliźnięcia. Powinnam się martwić? Dasz radę to załatwić, prawda?
dotknij trawy