Ledwo wytrzymywał sam ze sobą. Gniew znał przecież doskonale. Towarzyszył mu od lat, pojawiał się pod setkami postaci i miał dziesiątki twarzy, lecz ten był inny. Znacznie cięższy, bardziej przytłaczający, absolutnie fizyczny. Czuł to pod żebrami, w napiętych mięśniach, w zaciśniętych szczękach i dłoniach, które drżały od wysiłku, z jakim powstrzymywał je przed gwałtownym ruchem. Przypominała czarny przypływ, który wzbierał w nim bezgłośnie, podnosząc się coraz wyżej, aż zaczynał zalewać wszystko, co jeszcze próbowało przypominać rozsądek. Miał wrażenie, że gniew żarzy mu się pod skórą jak węgiel nad miechem, że wystarczy jedno słowo więcej, jeden gest, a coś w nim pęknie z hukiem równie ostatecznym jak skała rozrywana przez morskie fale. Cynthia doprowadzała go do granic nerwów już wcześniej. Wielokrotnie sprawiała, że miał ochotę rzucić jej w twarz coś równie dotkliwego, jak dotkliwa była jego frustracja. To była jednak złość, którą znał i nad którą potrafił panować. Wystarczało zranić ją słowem. Oddać jej dokładnie tyle przykrości, ile sam otrzymywał od niej. Równomiernie i precyzyjnie. Jakby wymierzał karę z chłodną satysfakcją. Ta złość miała kształt, ale nie była w pełni satysfakcjonująca. Można ją było zamknąć za zębami i wypuścić dopiero wtedy, gdy uznał, że druga strona zasłużyła na swoją porcję bólu.
Ta nie miała granic. Nie chciał jej zranić, chciał żeby poczuła dokładnie to samo co on teraz. Cała furia, która zwykle szukała ujścia w ostrych słowach i okrutnych drobiazgach, tym razem nie potrafiła znaleźć celu. Krążyła w nim jak głodujące wiele tygodni zwierzę zamknięte w zbyt małej klatce, uderzając o żebra przy każdym oddechu. Chciał coś powiedzieć, lecz słowa rozpadały się, zanim zdążyły ułożyć się w sens. Zacisnął szczękę tak mocno, że mięśnie drżały mu przy skroniach. Wszystko, co w innych chwilach mogłoby przeobrazić się w okrucieństwo, teraz rozpadało się w nim na bezładne, gwałtowne gesty pragnienia. Złość wciąż płonęła pod skórą, ale zamiast pozwolić jej znaleźć ujście w czymś, czego później nie mógłby cofnąć, szukał jej w dotyku. Uporczywie, niemal desperacko. Jak człowiek, któremu odbiera się powietrze i który przed utratą przytomności rozpaczliwie chwyta jeszcze jeden oddech. Każda sekunda blisko niej była właśnie takim oddechem. - To za mało. Pragnął jej całej. Prawie jak przedmiotu, jak czegoś, co na krótką chwilę potrafiło uciszyć potworny hałas we własnej głowie. Jego dłonie przesuwały się po jej ramionach, plecach, talii, jakby sam dotyk pozwalał mu przypominać sobie, że nadal istnieje w tym świecie. W każdym geście było tyle samo napięcia nco czułości, desperacji i łagodności. Jakby próbował przekonać własne ciało, że może znaleźć ujście dla furii bez przemieniania jej w krzywdę.
Zrobił coś, czego nie powinien był zrobić. Pozwolił jej zajrzeć pod wszystkie warstwy, które nakładał na siebie właściwie już tylko w złości. Oddał jej wiedzę o sobie, której nie powinien jej dawać. Duma nie pozwalała mu do tego. Przyznał się do uczucia, którego jeszcze niedawno nie dopuściłby nawet do własnych myśli. A potem, zamiast wycofać się i odzyskać przewagę, siedział pod nią, a ona na nim. Nadal, mokry, roztrzęsiony i wściekły, bo właśnie wyrwał sobie z piersi własne serce i bez żadnego zabezpieczenia położył je w cudzych dłoniach. Pomimo jej sprzeciwów. Pomimo jej niezależności. Pomimo tych wszystkich chwil, kiedy mówiła mu "nie". Kiedy podważała jego decyzje, kiedy patrzyła mu prosto w oczy i nie zamierzała ustąpić nawet o krok. Gdyby chodziło wyłącznie o posłuszeństwo, nigdy nie pozwoliłby sobie na podobną słabość. Posłuszeństwo było łatwe. Mógł je wymusić, wyegzekwować, kupić albo odebrać. Znał na to wiele sposobów, a każdy był okrutniejszy od poprzedniego. Odpowiedział jej jedynie ciężkim westchnieniem, jakby zabrakło mu już siły na kolejne wyjaśnienia. Nie chciał niczego więcej. Nie kolejnych argumentów, nie prób przekonywania go, nie rozsądku, który od kilku godzin bezskutecznie próbował przebić się przez jego gniew. Chciał tylko jej, jej obecności, jej ciepła. Pozwolił jej pociągnąć się za łańcuszek na szyi. Raz, a potem drugi. Za każdym razem poddawał się temu ruchowi bez sprzeciwu, z dziwną dla siebie uległością, jakby właśnie ten drobny gest przypominał mu, że nie musi zawsze kontrolować wszystkiego.
Kiedy w końcu siedzieli zamiast leżeć, jego dłonie stały się bardzo niespokojne. Przesuwały się po jej ramionach, plecach i talii, jakby próbował przez niego odnaleźć choć odrobinę ciepła. Nie chodziło już o zdobywanie ani o dominację. Chciał poczuć, że jest prawdziwa, że siedzi przed nim żywa i ciepła mimo chłodu Atlantyku, że jej oddech wciąż miesza się z jego własnym. Palce szukały wejścia pod materiał, jakby nie mogły poprzestać na zarysach jej sylwetki skrywanej pod suknią. Spojrzał na nią z tą samą niebezpieczną pewnością, która od początku nocy mieszała się w nim z pożądaniem i obłędem. Dłoń przesunęła się po jej plecach, zatrzymała przy udzie, a zacisnęła na pośladku. - Przestań się przede mną bronić. Wypuścił z siebie długie, ciężkie westchnienie, które zabrzmiało niemal jak prośba. Na moment przymknął oczy, pozwalając, by napięcie zeszło z jego ramion, choćby odrobinę. Nie miał już siły walczyć z nią o kolejne słowa, nie chciał kolejnej konfrontacji. Chciał tylko, żeby przestała się opierać temu, co sam przed chwilą wreszcie odważył się przed nią odsłonić. Otworzył oczy i spojrzał na nią z bliska. W jego spojrzeniu wciąż było pożądanie, lecz pod nim kryło się coś znacznie bardziej bezbronnego. - Nie chcę już niczego innego poza Tobą. - głos zadrżał mu przy ostatnich słowach. Jego dłoń zatrzymała się na jej policzku, a kciukiem otarł kroplę wody, która spłynęła po jej skórze.