Następnego poranka, kiedy alkohol zdążył już całkowicie wyparować z jego krwi, a melodia jej głosu ucichła w pamięci, Louvain zażenowanie. List, który jeszcze poprzedniego wieczoru wydawał mu się bardzo odpowiedni i dojrzały, teraz jawił się jako żałosny dowód chwilowej utraty rozsądku. Z ledwością zdecydował się wstać z łóżka, choć przez kilka długich minut przekonywał samego siebie, że nie może odpuścić tego spotkania. Nie po tym, jak sam je zaproponował. Nie po tym, jak pozwolił sobie napisać rzeczy, których trzeźwy Louvain najchętniej nie przyznałby nawet samemu sobie. W końcu podniósł się i stanął przed lustrem. Spojrzał na swoje odbicie z niemal fizycznym obrzydzeniem, jakby twarz po drugiej należała do człowieka, którego wolałby nie znać. Jeszcze kilka godzin wcześniej ta twarz była zdolna do wszystkich tych poniżających czułości wobec niej. Do oparcia głowy na jej kolanach, do zamknięcia oczu pod wpływem jej głosu, do przyznania, że nie chce od niej odchodzić. Teraz wszystko to wydawało mu się nie tylko obce, ale wręcz upokarzające. Potrzebował odzyskać siebie, zanim zobaczy ją ponownie. Twardość, szorstkość, chłód, za którym od lat ukrywał wszystko, czego nie potrafił nazwać. Jeśli Desideria przyjdzie z gniewem, nie zamierzał już pozwolić, by ten gniew znalazł w nim miękkie miejsce. Jej złość mogła rozbijać się o niego do woli, jak przypływ o wystający z morza, ostry klif. Fale mogły być gwałtowne, mogły pienić się u jego stóp i zdzierać z niego kolejne warstwy kamienia, lecz on nie zamierzał ustąpić ani o krok. Tak przynajmniej postanowił, zanim wyszedł z pokoju. I tylko przez krótką chwilę, kiedy przechodził obok fotela, na którym jeszcze wczoraj siedział, jego spojrzenie zdradziło, że sam wcale nie był pewien, czy potrafi dotrzymać tego postanowienia. Na stoliku wciąż leżała jej jedwabna apaszkę, przesiąkniętą zapachem jej perfum. Tę samą, którą poprzedniego wieczoru ściskał w dłoni, kiedy drugą ręką kreślił na papierze ten cholerny list, będący teraz dla niego niczym dowód rzeczowy własnej słabości.
Przyszykował się należycie, niemal przesadnie starannie, jakby poprawnie zawiązany krawat i nienagannie ułożone mankiety mogły przywrócić mu godność, którą poprzedniego wieczoru tak lekkomyślnie oddał w jej ręce. Zanim opuścił sypialnię, raz jeszcze przejrzał odpowiedź Lorelai, która potwierdziła, że ogród został przygotowany zgodnie z jego prośbą, a ona sama wyznaczyła miejsce, z którego najlepiej było widać czarne róże. Październik rzeczywiście nie był najlepszym wyborem na śniadanie na zewnątrz, ale trudno było winić za to kogokolwiek poza Desiderią. To ona postanowiła spędzić lato gdzie indziej, pozostawiając go samego w tym mieście. Pojawił się kilka minut później, niż wypadało, choć nie na tyle późno, by można było nazwać to nietaktem. W jego własnym przekonaniu było to dokładnie tyle, ile potrzeba, by zaznaczyć pewną oczywistość: tym razem to ona miała na niego czekać. Kiedy wreszcie znalazł się przy niej i usłyszał uwagę o czarnych różach, spojrzał na nie z nieco zbyt krytycznym namysłem. - W gruncie rzeczy pasują tu doskonale - zgodził się choć bez entuzjazmu.- Lepiej oddają nastrój miasta. I mierność jego mieszkańców. Przez lata Louvain z upodobaniem narzekał na Londyn. Wieczne zachmurzenie, kamienne fasady, mgłę wdzierającą się pod kołnierz. Był to jeden z tych przywilejów, które rezerwował dla siebie, prawo do obrażania własnego miasta, ponieważ należał do niego wystarczająco długo, by uważać je za część siebie. Inne rody swoje rezydencje lokowały po prowincjach, ale Lestrange byli niemalże w sercu tego miasta. Jednak teraz, stojąc obok Włoszki, która z właściwą sobie bezczelnością potrafiła przeciwstawić londyńskiemu chłodowi swoje pieprzone śródziemnomorskie miasteczka, słońce, morze i ciepło, nagle odkrył w sobie absurdalną potrzebę bronienia tego przeklętego miejsca. Może akurat nie teraz, nie w tym momencie. Po prostu czym innym było narzekać na Londyn samemu, a czymś zupełnie innym słuchać, jak robi to ona, z tym swoim południowym przekonaniem, że wszystko, co nie pachnie solą i cytrusami zasługuje wzgardzenie. I ku własnemu rozdrażnieniu Louvain odkrył, że wcale nie podoba mu się myśl, iż Desideria może patrzeć na jego miasto z góry.
- Coś podobnego już kiedyś miało tu miejsce - odpowiedział, przesuwając spojrzeniem po widoku róż. - To kwestia czasu. Ogród wróci do swojego właściwego stanu. Przez chwilę pozwolił, by cisza znów zawisła między nimi, po czym sięgnął po kawę. Nie zamierzał wracać do wczorajszego wieczoru. Jeszcze nie. Spojrzał na nią chłodno, a w kąciku ust pojawił się ledwie widoczny cień drwiny. - A ty? - rzucił chłodno. - Poza zachwycaniem się tymi swoimi śródziemnomorskimi dziurami, czym jeszcze się zajmowałaś?