27.09.2026, 01:17 ✶
— To… naprawdę wyśmienity pomysł, Ambrosio — stwierdził kapłan, zerkając na kobietę z autentyczną fascynacją. — Zwłaszcza że niedługo nadejdą pierwsze mrozy… Nawet skromny posiłek mógłby być na wagę złota. — Mimowolnie przejechał wzrokiem po kaplicy. — Może nie ma tutaj jakoś bardzo dużo miejsca, ale gdyby zorganizować kilka zaklętych namiotów, które są większe w środku niż na zewnątrz… to mogłoby się udać.
Co więksi narzekacze w kowenie nie mogliby nawet zarzucić im, że robią z kaplicy stołówkę. Odpowiednio zabezpieczone namioty, kilka zaklęć wpływających na węch, a w sumie niewiele by się nawet musiało zmieniać wewnątrz kwatery głównej… Nie mówiąc już o tym, że po uzyskaniu zgody od arcykapłana mogliby wykorzystać część jadalni przeznaczonej dla kapłanów i kapłanek.
— Szczerze mówiąc, raczej nie jesteś daleko od prawdy — skomentował Macmillan.
Nie znał wszystkich kryteriów, które zadecydowały o wyborze tegorocznej lokalizacji, lecz trzeba było przyznać, że Little Hangleton wyjątkowo dobrze wpisywało się w atmosferę Święta Duchów. Lokalna społeczność czarodziejów również mogła mieć coś wspólnego z tą decyzją. Z miasteczka wywodziło się kilka prominentnych rodów i zamieszkiwał tam też, chociażby Anthony Shafiq, który od lat wspierał finansowo działania kowenu w tym przykładowo renowacje zapomnianych miejsc kultu na terenie kraju.
— Nastrój to jedno, ale w miasteczku znajduję się również całkiem niczego sobie cmentarz oraz mauzoleum Fawleyów. Sabat raczej nie rozstawi się pośrodku niczego, więc uczestnicy obchodów pewnie prędzej czy później rozejdą się po okolicy, szukając dodatkowych atrakcji. — Wzruszył sztywno ramionami. Osobiście w życiu nie postawiłby nogi u Fawleyów w święto takie jak Samhain. Nie ryzykowałby jakiejś nieprzyjemnej przygody w noc, gdy granica między światami była zatarta.
Nie dziwiło go zaskoczenie Ambrosii; z tego, co pamiętał, rodzice Jamila nie utrzymywali zbyt bliskich stosunków z rodziną na Wyspach Brytyjskich. Zresztą sam Jamil niedługo po obchodach Beltane zajął się swoimi sprawami i trudno było go złapać. Lekki uśmiech, jaki wywołało u niego wspomnienie o kuzynie, szybko przygasł, gdy McKinnon wspomniała o pewnej sprawie…
— Na Matkę… Czyli plotki na temat tego całego przemarszu faktycznie nie mają końca — żachnął się Sebastian. — Parę dni temu dostałem bardzo… nietypowy… list z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Do nich też dotarły takie informacje i myśleli, że kapłani coś o tym wiedzą. Że mógłbym im jakoś pomóc.
Pokręcił głową. Przecież to było czyste szaleństwo. Nikt o zdrowych zmysłach nie poprowadziłby ludzi, którzy nie mają żadnego przeszkolenia w samo serce Kniei Godryka, gdzie grasują te całe Widma. Ale czy faktycznie aż tak go dziwiło, że ktoś mógł wpaść na ten pomysł? W liście do Atreusa zapierał się wprawdzie, że wiernym zależy obecnie przede wszystkim na ciszy i spokoju, ale…
Widział, jak zachowywali się badacze na Polanie Ognisk. W jaki sposób opowiadali o tym przeklętym drzewie… Jak oczami wyobraźni widzieli już nagrody i odznaczenia za przełomy naukowe, jakie mogą być rezultatem ich działań w Kniei. Gdyby to wszystko wyciekło do prasy… Słowo ”uzurpator” mogło nie być najgorszym określeniem wymierzonym w Ministerstwo Magii.
Mimo to, doniesienia o masowym szturmie na Polanie Ognisk dalej rozpatrywał w kategorii plotek. Po tym, co się stało z Isobell, wątpił, aby ktokolwiek z kowenu zdecydowałby się na podjudzanie wiernych do wystawienia się na niebezpieczeństwo.
— Wygląda na to, że nie pośpię dzisiaj zbyt długo. Lista osób, za które wypadałoby odmówić, chociaż krótką modlitwę zdaje się stale rosnąć — mruknął Sebastian.
Longbottomowie ze względu na Brennę, Zimni, Patrick, Alastor i Millie, wszyscy najbliżsi z kowenu… Nie wspominając o zwykłych wiernych, którzy przychodzili z prośbą o wsparcie duchowe w tym szczególnym okresie. Oby tylko Pani Księżyca nie zabrakło cierpliwości do jego próśb i błagań.
Co więksi narzekacze w kowenie nie mogliby nawet zarzucić im, że robią z kaplicy stołówkę. Odpowiednio zabezpieczone namioty, kilka zaklęć wpływających na węch, a w sumie niewiele by się nawet musiało zmieniać wewnątrz kwatery głównej… Nie mówiąc już o tym, że po uzyskaniu zgody od arcykapłana mogliby wykorzystać część jadalni przeznaczonej dla kapłanów i kapłanek.
— Szczerze mówiąc, raczej nie jesteś daleko od prawdy — skomentował Macmillan.
Nie znał wszystkich kryteriów, które zadecydowały o wyborze tegorocznej lokalizacji, lecz trzeba było przyznać, że Little Hangleton wyjątkowo dobrze wpisywało się w atmosferę Święta Duchów. Lokalna społeczność czarodziejów również mogła mieć coś wspólnego z tą decyzją. Z miasteczka wywodziło się kilka prominentnych rodów i zamieszkiwał tam też, chociażby Anthony Shafiq, który od lat wspierał finansowo działania kowenu w tym przykładowo renowacje zapomnianych miejsc kultu na terenie kraju.
— Nastrój to jedno, ale w miasteczku znajduję się również całkiem niczego sobie cmentarz oraz mauzoleum Fawleyów. Sabat raczej nie rozstawi się pośrodku niczego, więc uczestnicy obchodów pewnie prędzej czy później rozejdą się po okolicy, szukając dodatkowych atrakcji. — Wzruszył sztywno ramionami. Osobiście w życiu nie postawiłby nogi u Fawleyów w święto takie jak Samhain. Nie ryzykowałby jakiejś nieprzyjemnej przygody w noc, gdy granica między światami była zatarta.
Nie dziwiło go zaskoczenie Ambrosii; z tego, co pamiętał, rodzice Jamila nie utrzymywali zbyt bliskich stosunków z rodziną na Wyspach Brytyjskich. Zresztą sam Jamil niedługo po obchodach Beltane zajął się swoimi sprawami i trudno było go złapać. Lekki uśmiech, jaki wywołało u niego wspomnienie o kuzynie, szybko przygasł, gdy McKinnon wspomniała o pewnej sprawie…
— Na Matkę… Czyli plotki na temat tego całego przemarszu faktycznie nie mają końca — żachnął się Sebastian. — Parę dni temu dostałem bardzo… nietypowy… list z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Do nich też dotarły takie informacje i myśleli, że kapłani coś o tym wiedzą. Że mógłbym im jakoś pomóc.
Pokręcił głową. Przecież to było czyste szaleństwo. Nikt o zdrowych zmysłach nie poprowadziłby ludzi, którzy nie mają żadnego przeszkolenia w samo serce Kniei Godryka, gdzie grasują te całe Widma. Ale czy faktycznie aż tak go dziwiło, że ktoś mógł wpaść na ten pomysł? W liście do Atreusa zapierał się wprawdzie, że wiernym zależy obecnie przede wszystkim na ciszy i spokoju, ale…
Widział, jak zachowywali się badacze na Polanie Ognisk. W jaki sposób opowiadali o tym przeklętym drzewie… Jak oczami wyobraźni widzieli już nagrody i odznaczenia za przełomy naukowe, jakie mogą być rezultatem ich działań w Kniei. Gdyby to wszystko wyciekło do prasy… Słowo ”uzurpator” mogło nie być najgorszym określeniem wymierzonym w Ministerstwo Magii.
Mimo to, doniesienia o masowym szturmie na Polanie Ognisk dalej rozpatrywał w kategorii plotek. Po tym, co się stało z Isobell, wątpił, aby ktokolwiek z kowenu zdecydowałby się na podjudzanie wiernych do wystawienia się na niebezpieczeństwo.
— Wygląda na to, że nie pośpię dzisiaj zbyt długo. Lista osób, za które wypadałoby odmówić, chociaż krótką modlitwę zdaje się stale rosnąć — mruknął Sebastian.
Longbottomowie ze względu na Brennę, Zimni, Patrick, Alastor i Millie, wszyscy najbliżsi z kowenu… Nie wspominając o zwykłych wiernych, którzy przychodzili z prośbą o wsparcie duchowe w tym szczególnym okresie. Oby tylko Pani Księżyca nie zabrakło cierpliwości do jego próśb i błagań.