Nie musieli wracać od razu do domu, ale Leviathan nie pogardziłby opuszczeniem sklejonej z badyli chaty. Było tu duszno, ponuro, a do tego rozsypywane na dywaniku kosteczki, niekoniecznie mu się nie podobały. Sama kobieta kojarzyła mu się z Szeptuchą, która włóczyła się pod sabatach i straszyła ludźmi złym losem, szepcząc im o nim na uszko nieproszona. Tutaj odgrywało się mal to samo… przynajmniej do momentu, kiedy Helloise zaczęła zachęcać czarownicę do dalszego dopytywania.
Nowa droga. Droga niezgody, a gdzie dalej mogła prowadzić ta droga? Niezgody Leviathan i Hela doświadczali w swoim towarzystwie całkiem często, nie było to absolutnie nic nowego. Oboje obserwowali teraz dziwaczkę mętnym spojrzeniem, aż wreszcie nastąpiła wolność! Rowle niemalże się ucieszył na te wieści, odwracając już do drzwi, kiedy usłyszeli jak kości na nowo turlają się po podłodze.
— Droga niezgody, wiodąca wprost do słodyczy miłości — zarechotała obrzydliwie, a Rowle pociągnął Helę przez próg. Drewniane drzwi trzasnęły same, trzeszcząc przy tym jakby zaraz miały się rozlecieć.
— Co za cholerne bzdury — mruknął, idąc dalej przez las i nie zamierzając się na przeklętą chatę oglądać. — Droga niezgody… dobre sobie. To jak, masz ochotę się dzisiaj o coś konkretnego pokłócić? Może tę słodycz miłości?
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast