27.09.2026, 13:39 ✶
Kącik ust Helloise drgnął ledwo zauważalnie w uśmiechu, gdy kobieta usłyszała pełną treść wróżby skwitowaną obrzydliwym rechotem. Na cóż ten szyderczy śmiech? Czyżby wieszczka sądziła, że ją zawstydzi tymi sugestiami? Wręcz przeciwnie. Złożona we wróżbie obietnica była wielce apetyczna. Bez zdziwienia Helloise przyjęła za to sceptycyzm i niezadowolenie Rowle'a; nie spodziewała się po nim niczego innego.
Nie opierała się Leviathanowi, gdy pociągnął ją przez próg. Wyszedłszy na zewnątrz, mogli wreszcie odetchnąć świeżym leśnym powietrzem, wolnym od otumaniającego, kadzidlanego dymu. Dzień był przyjemnie rześki.
— Nazwałbyś to rzeczywiście słodyczą? — zapytała swobodnie Helloise, której wizyta u dziwaczki na pozór wcale nie zepsuła humoru. — Nie zawsze smakujesz mi słodko — zauważyła i choć nie był to wprost wyrzut, kryło się w tym coś prowokacyjnego.
Czarownica zwolniła nieco kroku. Niby to przyglądała się powykręcanym gałęziom drzew i kropelkom wody perlącym się na liściach paproci, lecz był to jedynie pretekst, aby obejrzeć się na pozostawiony za nimi szałas. Nie potrafiła przeoczyć tego, jak trafne były słowa jędzy. Zupełnie jakby ta podejrzała ich… pytanie, czy podejrzała ich przyszłość, czy…
— Albo masz tu wybitną wróżbitkę, albo ktoś ostatniej nocy zaglądał przez okno do twojego domu — powiedziała powoli, zwracając swoją uwagę z powrotem ku Leviathanowi.
Helloise podjęła przerwany spacer u boku czarodzieja, pozwalając szałasowi zniknąć między drzewami.
Pomysł o tym, że ich miłość miałaby mieć słodki wymiar, był nieoczywisty. Sama Helloise nie zamierzała przejmować się tym, co o nich wie bądź uważa leśna wariatka. Leśna wariatka czy ktokolwiek inny; dla żyjącej na uboczu kobiety nie miało to większego znaczenia, co kto sądzi o jej miłosnych słabostkach. Nie oznaczało to, że pozostawała na szeroki obraz sytuacji ślepa. Podejrzewała, że Leviathan może mieć inne zapatrywanie się na to, co reszta świata widzi w Helloise i Leviathanie Rowle.
Nie opierała się Leviathanowi, gdy pociągnął ją przez próg. Wyszedłszy na zewnątrz, mogli wreszcie odetchnąć świeżym leśnym powietrzem, wolnym od otumaniającego, kadzidlanego dymu. Dzień był przyjemnie rześki.
— Nazwałbyś to rzeczywiście słodyczą? — zapytała swobodnie Helloise, której wizyta u dziwaczki na pozór wcale nie zepsuła humoru. — Nie zawsze smakujesz mi słodko — zauważyła i choć nie był to wprost wyrzut, kryło się w tym coś prowokacyjnego.
Czarownica zwolniła nieco kroku. Niby to przyglądała się powykręcanym gałęziom drzew i kropelkom wody perlącym się na liściach paproci, lecz był to jedynie pretekst, aby obejrzeć się na pozostawiony za nimi szałas. Nie potrafiła przeoczyć tego, jak trafne były słowa jędzy. Zupełnie jakby ta podejrzała ich… pytanie, czy podejrzała ich przyszłość, czy…
— Albo masz tu wybitną wróżbitkę, albo ktoś ostatniej nocy zaglądał przez okno do twojego domu — powiedziała powoli, zwracając swoją uwagę z powrotem ku Leviathanowi.
Helloise podjęła przerwany spacer u boku czarodzieja, pozwalając szałasowi zniknąć między drzewami.
Pomysł o tym, że ich miłość miałaby mieć słodki wymiar, był nieoczywisty. Sama Helloise nie zamierzała przejmować się tym, co o nich wie bądź uważa leśna wariatka. Leśna wariatka czy ktokolwiek inny; dla żyjącej na uboczu kobiety nie miało to większego znaczenia, co kto sądzi o jej miłosnych słabostkach. Nie oznaczało to, że pozostawała na szeroki obraz sytuacji ślepa. Podejrzewała, że Leviathan może mieć inne zapatrywanie się na to, co reszta świata widzi w Helloise i Leviathanie Rowle.
dotknij trawy