– Nie wiem… od wczoraj nie ruszałam się z domu – skrzywiła się lekko. Rzeczywiście, gdy zwolniła się już z pracy, to wróciła do domu i nie zamierzała się nigdzie pokazywać w takim stanie. Oglądał ją taką Christopher, bo postanowił ją odwiedzić, ale poza tym to nosa nie wystawiła z domu, żeby przypadkiem ktoś jej takiej nie zobaczył. – Ta gazeta była wydana przedwczoraj. To musi być jakaś świeża sprawa – ale chyba wczoraj, gdy Chris zjawił się z szatą dla Victorii, to nie widział gazety przed drzwiami? Victoria celowo wybrała dla siebie takie odludzie, żeby mugole jej nie niepokoili (nawet jeśli widziała świata wsi po drugiej stronie jeziora), zapewne dla nich była jakąś bogatą ekscentryczką i do tej pory nie bardzo widziała, żeby ktoś się tu kręcił. Jeśli zaś chodziło o czarodziejów, to raczej niewielu wiedziało, jaki jest jej obecny adres zamieszkania, bo nie bardzo się tym chwaliła i wiedzę o tym miała tylko najbliższa rodzina i przyjaciele… czy jakoś się zdradziła? Czy może ktoś po prostu wiedział, że to dom czarodziejów i postanowił zrobić psikusa? Również nie mogła się oprzeć wrażeniu, że była to jakaś pułapka.
– Może rozejrzyjmy się najpierw… żebyśmy w ogóle wiedzieli, gdzie potencjalnie jesteśmy – zaproponowała jeszcze, nim klątwa regresu wieku zaczęła ustępować.
Popatrzyła trochę z niezrozumieniem na Christophera, ale zaraz uśmiechnęła się blado, gdy otrzymała ten nagły i niezbyt spodziewany komplement (ale nadal miły!). Nawet jeśli przywykła do ich otrzymywania, to usłyszenie tego z ust mężczyzny, z którym ostatnio całkiem sporo flirtowała, było miłą odmianą od tego, do czego była przez ostatnie pół roku przyzwyczajona.
– Och! – rzuciła na jego dodatkowe wyjaśnienie i spojrzała po sobie bardzo krótko, dotarł też do niej sens jego słów i tego komplementu. W końcu była sobą. Westchnęła z ulgą. – Dziękuję – dodała, ponownie patrząc na Rosiera, choć wcale nie z zakłopotaniem. Schyliła się po swoją różdżkę, wyprostowała się, wygładziła sukienkę, poprawiając ja tu i tam, lekko poluzowała wiązanie z tyłu pleców i odetchnęła. – W końcu, na Matkę.
Ona też wolała się z Christopherem gubić gdziekolwiek w swojej dorosłej wersji.
Przynajmniej jeden problem był z głowy. A tymczasem…
– Chodź, zobaczymy, co jest z tej strony – dodała, nie zamierzając, póki co, zbliżać się do widocznych stąd domów – wolała się zorientować co i jak. Poprowadziła ich więc bardziej na prawo, trochę na chybił trafił. Nie uszli jakoś specjalnie daleko, gdy ich oczom ukazała się… bardzo osobliwa rzeźba. Kobieta wyglądała niemalże jak żywa, biegła dokądś, z przerażeniem zastygłym na kamiennej twarzy.
W środku lasu.