27.09.2026, 22:23 ✶
Nie miałem zwyczaju oceniać ludzi po pierwszym wrażeniu, głównie dlatego, że w mojej pracy takie podejście kończyło się czasem wizytą w szpitalu albo realnym zagrożeniem życia, ale Nora zdecydowanie należała do osób, przy których pozory mogły być szczególnie mylące. Właściwie rozumiałem, dlaczego tak się ubierała, chociaż sam prawdopodobnie dostałbym bólu głowy po tygodniu chodzenia w tak jaskrawych i żywych kolorach, nie mówiąc już nic o tym, że wyglądałbym w nich przekomicznie, więc bardzo samoświadomie trzymałem się brązów, ciemnych szarości i czerni z bardzo okazjonalnymi wstawkami innych, zazwyczaj przytłumionych barw - fuksjowy krawat założony na tegoroczne wesele mające miejsce w Walii był wyjątkiem, przeciwko któremu nie oponowałem, z wiadomych względów, lecz zarazem takim, którego nie planowałem szybko powtarzać - zdecydowanie wolałem ciemne, może nawet ponure barwy.
- Wieszę. - Pokiwałem głową, słuchając jej odpowiedzi i zerkając w stronę domów, których wnętrza zaczynały powoli tonąć w wieczornych światłach, tak bardzo kontrastujących z ciemnością powoli snującą się po wrzosowiskach blisko Kniei. W gruncie rzeczy cieszyłem się z podejścia, które wyznawała Nora, ponieważ nie wszyscy musieli pchać się na siłę w sam środek niebezpiecznych miejsc, aby coś udowodnić.
- W twoim pszypadku stawiałbym jednak na pielwszą opcję. - Spojrzałem wymownie na jej płaszcz. - Pszy tym płaszczu musiałabyś chyba wejść w sam ślodek szywopłotu, szeby ktokolwiek miał szansę cię pszeoczyś. - Nie brzmiało to nawet specjalnie jak coś przerysowanego, raczej było to stwierdzenie oczywistego faktu, przed którym się nie powstrzymałem, bo po kilku chwilach spędzonych w towarzystwie Eleonory można było spokojnie zauważyć, że ta widoczność była całkiem świadomym elementem jej sposobu bycia.
Uniosłem brwi, słysząc słowo „obstawa”, po czym zerknąłem na własne przedramiona i z powrotem na nią.
- „Obstawą”, tak? - Uśmiechnąłem się pod nosem. - To w posządku. - Co prawda miałem pewne wątpliwości, jeśli chodziło o nie zwracanie na siebie uwagi, ale w końcu zabraliśmy się do pracy. Po kilku pierwszych dyniach system rzeczywiście zaczął działać całkiem sprawnie, Nora odcinała łodygi, ja podchodziłem, podnosiłem dynie i układałem je w taczce, dzięki czemu nie musiała się za każdym razem męczyć z przenoszeniem ciężaru przez całe poletko. Z mojej strony było to właściwie idealne rozwiązanie, bo mogłem robić dokładnie to, do czego przydawała się moja budowa, ona zaś mogła skupić się na cięciu idealnych okazów spełniających jej standardy. Przez jakiś czas nic się nie działo, co w przypadku zwykłej pracy było, oczywiście, wielką zaletą, chociaż nie mogło trwać wiecznie - nie w naszym przypadku - wkrótce wszechświat najwyraźniej uznał, że spokój trwał już wystarczająco długo. Najpierw się potknęła, ale odzyskała równowagę, potem zgubiła nożyk, który odnalazła po chwili, następnie znowu zaliczyła spotkanie z naturą i grawitacją - za każdym razem wracała do pracy z takim spokojem i samozaparciem, jakiego mogłem jej nawet całkiem szczerze pozazdrościć - nie komentowałem tego, bo nie było potrzeby, nie wyglądało na to, żeby zamierzała przejmować się drobnymi przeciwnościami, więc po upewnieniu się, że nic sobie nie zrobiła, ja również wróciłem do swojej części zadania, podnosząc kolejne dynie, przenosząc je do taczki i układając tak, żeby zmieściło się ich możliwie jak najwięcej na raz. Z czasem wielkość sterty zaczęła robić swoje, musiałem zdecydowanie bardziej się skupić, aby nie przeważyć konstrukcji za bardzo w jedną stronę, bo przecież musieliśmy to jeszcze dowieźć w docelowe miejsce, ale akurat tego się spodziewałem, więc dostosowywałem plany. Ta część roboty miała tę zaletę, że wymagała ode mnie odrobinę specjalnego myślenia, przez co całość nie była nużąca, robiliśmy swoje, rząd po rzędzie, dynia po dyni, aż taczka zaczęła robić się naprawdę ciężka, a późne popołudnie powoli przeszło w gęsty wieczór.
W końcu, po kolejnej serii kursów między poletkiem a taczką, oboje mogliśmy spojrzeć na zebrane warzywa i uznać, że tym razem rzeczywiście wystarczyło - zatrzymałem się, oparłem dłonie na uchwytach taczki i popatrzyłem na pełny ładunek, potem na znacznie bardziej przerzedzone poletko - nie wszystkie dynie zniknęły, ale zebraliśmy ich wystarczająco dużo, żeby nikt nie mógł powiedzieć, że przyszliśmy tutaj wyłącznie porozmawiać. Otarłem dłonie o spodnie, zerknąłem na Norę i pokiwałem głową z uznaniem, mogliśmy ruszyć do miasteczka z dostawą dyniowatych.
- Wieszę. - Pokiwałem głową, słuchając jej odpowiedzi i zerkając w stronę domów, których wnętrza zaczynały powoli tonąć w wieczornych światłach, tak bardzo kontrastujących z ciemnością powoli snującą się po wrzosowiskach blisko Kniei. W gruncie rzeczy cieszyłem się z podejścia, które wyznawała Nora, ponieważ nie wszyscy musieli pchać się na siłę w sam środek niebezpiecznych miejsc, aby coś udowodnić.
- W twoim pszypadku stawiałbym jednak na pielwszą opcję. - Spojrzałem wymownie na jej płaszcz. - Pszy tym płaszczu musiałabyś chyba wejść w sam ślodek szywopłotu, szeby ktokolwiek miał szansę cię pszeoczyś. - Nie brzmiało to nawet specjalnie jak coś przerysowanego, raczej było to stwierdzenie oczywistego faktu, przed którym się nie powstrzymałem, bo po kilku chwilach spędzonych w towarzystwie Eleonory można było spokojnie zauważyć, że ta widoczność była całkiem świadomym elementem jej sposobu bycia.
Uniosłem brwi, słysząc słowo „obstawa”, po czym zerknąłem na własne przedramiona i z powrotem na nią.
- „Obstawą”, tak? - Uśmiechnąłem się pod nosem. - To w posządku. - Co prawda miałem pewne wątpliwości, jeśli chodziło o nie zwracanie na siebie uwagi, ale w końcu zabraliśmy się do pracy. Po kilku pierwszych dyniach system rzeczywiście zaczął działać całkiem sprawnie, Nora odcinała łodygi, ja podchodziłem, podnosiłem dynie i układałem je w taczce, dzięki czemu nie musiała się za każdym razem męczyć z przenoszeniem ciężaru przez całe poletko. Z mojej strony było to właściwie idealne rozwiązanie, bo mogłem robić dokładnie to, do czego przydawała się moja budowa, ona zaś mogła skupić się na cięciu idealnych okazów spełniających jej standardy. Przez jakiś czas nic się nie działo, co w przypadku zwykłej pracy było, oczywiście, wielką zaletą, chociaż nie mogło trwać wiecznie - nie w naszym przypadku - wkrótce wszechświat najwyraźniej uznał, że spokój trwał już wystarczająco długo. Najpierw się potknęła, ale odzyskała równowagę, potem zgubiła nożyk, który odnalazła po chwili, następnie znowu zaliczyła spotkanie z naturą i grawitacją - za każdym razem wracała do pracy z takim spokojem i samozaparciem, jakiego mogłem jej nawet całkiem szczerze pozazdrościć - nie komentowałem tego, bo nie było potrzeby, nie wyglądało na to, żeby zamierzała przejmować się drobnymi przeciwnościami, więc po upewnieniu się, że nic sobie nie zrobiła, ja również wróciłem do swojej części zadania, podnosząc kolejne dynie, przenosząc je do taczki i układając tak, żeby zmieściło się ich możliwie jak najwięcej na raz. Z czasem wielkość sterty zaczęła robić swoje, musiałem zdecydowanie bardziej się skupić, aby nie przeważyć konstrukcji za bardzo w jedną stronę, bo przecież musieliśmy to jeszcze dowieźć w docelowe miejsce, ale akurat tego się spodziewałem, więc dostosowywałem plany. Ta część roboty miała tę zaletę, że wymagała ode mnie odrobinę specjalnego myślenia, przez co całość nie była nużąca, robiliśmy swoje, rząd po rzędzie, dynia po dyni, aż taczka zaczęła robić się naprawdę ciężka, a późne popołudnie powoli przeszło w gęsty wieczór.
W końcu, po kolejnej serii kursów między poletkiem a taczką, oboje mogliśmy spojrzeć na zebrane warzywa i uznać, że tym razem rzeczywiście wystarczyło - zatrzymałem się, oparłem dłonie na uchwytach taczki i popatrzyłem na pełny ładunek, potem na znacznie bardziej przerzedzone poletko - nie wszystkie dynie zniknęły, ale zebraliśmy ich wystarczająco dużo, żeby nikt nie mógł powiedzieć, że przyszliśmy tutaj wyłącznie porozmawiać. Otarłem dłonie o spodnie, zerknąłem na Norę i pokiwałem głową z uznaniem, mogliśmy ruszyć do miasteczka z dostawą dyniowatych.
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)