28.09.2026, 17:28 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.09.2026, 20:49 przez Rodolphus Lestrange.)
Rodolphus czuł, jak materiał jego koszuli napina się pod drżącymi palcami Astorii. Nie poruszył się, jakby jakikolwiek gwałtowniejszy gest mógł spłoszyć tę niezwykłą, pełną napięcia ciszę, która między nimi zapadła. Choć w głowie już dawno podjął decyzję, że przestanie za nią gonić i odsunie się na bezpieczną odległość, obecność Avery w tej konkretnej chwili wydawała się nieunikniona. Oboje próbowali budować wokół siebie mury, ale ta noc — i walka o życie pani Alderley — rozsypała ich misternie wznoszone pancerze.
Nie mówił nic. W jego naturze nie leżało szukanie zbędnych słów czy otulanie kogoś czułymi frazesami. Zamiast tego jedynie poprawił lekko chwyt, pozwalając, by jej głowa oparła się wygodniej na jego ramieniu. Jego oddech pozostał równy, głęboki, stanowiąc jedyny stały punkt w pomieszczeniu, w którym czas zdawał się zatrzymać. Czuł, jak ciało Astorii powoli wiotczeje, jak opór, z którym tak zawzięcie walczyła, ustępuje miejsca czystemu fizycznemu wyczerpaniu.
Kiedy wreszcie zasnęła, jej uścisk na jego koszuli nieco zelżał, ale ręka wciąż spoczywała na jego piersi. Rodolphus objął ją mocniej, przyciągając delikatnie do siebie. Zamknął oczy, pozwalając sobie na tę jedną noc zawieszenia broni z samym sobą i z własnymi zasadami. Powoli, pociągnięty jej spokojnym rytmem oddechu, uspokoił własny oddech.
Nie spał - tej nocy czuwał w milczeniu, pozwalając Astorii układać się tak, jak jej było wygodnie. Naert jeżeli krótko po północy wbiła mu łokieć między żebra, nawet nie pisnął - ruchem różdżki przywołał tylko koc z kąta i otulił nim kobietę (oraz śmiercionośną broń - łokcie). Patrzył ns rozluźnione mięśnie twarzy, na rozsypane wokół ramion włosy. Liczył ile sekund zajmie jej kolejny wdech, a poten wydech. Sprawdzał, czy przerwy między nimi są miarowe. Nie chciał tego - a jednak liczył, patrząc gdzieś ponad czubkiem jej głowy, jakby bojąc się zejść wzrokiem niżej. Gdy wykończona Avery mruknęła przez sen, juz wiedział że za chwilę zmarszczy lekko brwi. Zupełnie tak, jakby chciała tym grymasem odpędzić koszmar, który ją nawiedza - z oburzeniem i stanowczością, lecz bez paniki. Jak w życiu.
Bębniący o szyby deszcz w końcu ustał, uwalniając niebo z ciężkich, chmurnych powłok. Świt nadchodził cicho i bezszelestnie. Pierwsze bliskie, złociste promienie porannego słońca przedarły się przez niezasłonięte okna, przecinając mrok sypialni i kładąc się jasnymi smugami na podłodze oraz meblach. Światło powoli wędrowało w górę, aż w końcu dotarło do ich splecionych sylwetek, łagodnie wybudzając Rodolphusa z odrętwienia. Nie poruszył się jednak, by nie obudzić Astorii, która wciąż spoczywała w jego ramionach, oświetlona miekkim, porannym blaskiem. Za drzwiami panowała absolutna cisza — noc dobiegła końca, a wraz z nią nadszedł nowy dzień.
Rozkoszował się ciszą, którą zaraz zapewne przerwie oburzony wywód Avery na temat tego, co się stało. Szykował już w głowie kolejne riposty, których nie wypowie na głos, gdy tylko Astoria się obudzi. Lecz teraz… Teraz patrzył w sufit, milcząc, i zastanawiając się czy nie powinien delikatnie się wysunąć z objęć kobiety i sprawdzić co u pani Alderley. Jego ciało nieznacznie się spięło na myśl o tym, że gdy oni spali, staruszka mogła już przywitać się z kostuchą. Astorii łez by nie starczyło na taki scenariusz.
Nie mówił nic. W jego naturze nie leżało szukanie zbędnych słów czy otulanie kogoś czułymi frazesami. Zamiast tego jedynie poprawił lekko chwyt, pozwalając, by jej głowa oparła się wygodniej na jego ramieniu. Jego oddech pozostał równy, głęboki, stanowiąc jedyny stały punkt w pomieszczeniu, w którym czas zdawał się zatrzymać. Czuł, jak ciało Astorii powoli wiotczeje, jak opór, z którym tak zawzięcie walczyła, ustępuje miejsca czystemu fizycznemu wyczerpaniu.
Kiedy wreszcie zasnęła, jej uścisk na jego koszuli nieco zelżał, ale ręka wciąż spoczywała na jego piersi. Rodolphus objął ją mocniej, przyciągając delikatnie do siebie. Zamknął oczy, pozwalając sobie na tę jedną noc zawieszenia broni z samym sobą i z własnymi zasadami. Powoli, pociągnięty jej spokojnym rytmem oddechu, uspokoił własny oddech.
Nie spał - tej nocy czuwał w milczeniu, pozwalając Astorii układać się tak, jak jej było wygodnie. Naert jeżeli krótko po północy wbiła mu łokieć między żebra, nawet nie pisnął - ruchem różdżki przywołał tylko koc z kąta i otulił nim kobietę (oraz śmiercionośną broń - łokcie). Patrzył ns rozluźnione mięśnie twarzy, na rozsypane wokół ramion włosy. Liczył ile sekund zajmie jej kolejny wdech, a poten wydech. Sprawdzał, czy przerwy między nimi są miarowe. Nie chciał tego - a jednak liczył, patrząc gdzieś ponad czubkiem jej głowy, jakby bojąc się zejść wzrokiem niżej. Gdy wykończona Avery mruknęła przez sen, juz wiedział że za chwilę zmarszczy lekko brwi. Zupełnie tak, jakby chciała tym grymasem odpędzić koszmar, który ją nawiedza - z oburzeniem i stanowczością, lecz bez paniki. Jak w życiu.
Bębniący o szyby deszcz w końcu ustał, uwalniając niebo z ciężkich, chmurnych powłok. Świt nadchodził cicho i bezszelestnie. Pierwsze bliskie, złociste promienie porannego słońca przedarły się przez niezasłonięte okna, przecinając mrok sypialni i kładąc się jasnymi smugami na podłodze oraz meblach. Światło powoli wędrowało w górę, aż w końcu dotarło do ich splecionych sylwetek, łagodnie wybudzając Rodolphusa z odrętwienia. Nie poruszył się jednak, by nie obudzić Astorii, która wciąż spoczywała w jego ramionach, oświetlona miekkim, porannym blaskiem. Za drzwiami panowała absolutna cisza — noc dobiegła końca, a wraz z nią nadszedł nowy dzień.
Rozkoszował się ciszą, którą zaraz zapewne przerwie oburzony wywód Avery na temat tego, co się stało. Szykował już w głowie kolejne riposty, których nie wypowie na głos, gdy tylko Astoria się obudzi. Lecz teraz… Teraz patrzył w sufit, milcząc, i zastanawiając się czy nie powinien delikatnie się wysunąć z objęć kobiety i sprawdzić co u pani Alderley. Jego ciało nieznacznie się spięło na myśl o tym, że gdy oni spali, staruszka mogła już przywitać się z kostuchą. Astorii łez by nie starczyło na taki scenariusz.