29.09.2026, 15:16 ✶
Helloise nie była być może mistrzynią cukiernictwa, lecz należała do kobiet spędzających wiele czasu w domu. A choć nie miała męża, którego by mogła rozpieszczać swoją kuchnią, to miała czas, aby rozpieszczać siebie i gości. Ciasto było więc dobre. Nie mistrzowskie, lecz dobre, jak tylko dobre może wyjść z pieca amatora.
Usatysfakcjonowała czarownicę odpowiedź Othella, kobieta okazała jego roztargnieniu wyrozumiałość, a twarz jej złagodniała. Ukroiła sobie i jemu po trójkącie tarty na talerzyki ręcznie malowane w kwiaty, lecz nie postawiła ich jeszcze na kuchennym stole; trwały przy nim bowiem przygotowania do seansu, które zakłócać byłoby nierozsądnym.
Natarczywa obecność ducha chaty ani na chwilę nie znikała. Helloise bez ustanku czuła na karku jego spojrzenie, nie było od niego ucieczki; byt zawsze siedział gdzieś na skraju jej pola widzenia, lecz tylko raz udało jej się objąć spojrzeniem jego kształty. Było to ubiegłej nocy.
Istota ducha osiadłego w chacie — czy też bytu, jako że dokładnej natury tej obecności wiedźma nie potrafiła określić — pozostawała dla Helloise jeszcze bardziej tajemniczą niż dla Othella. Czarownica z chaty na kurzej nóżce nie należała do osób najbardziej obeznanych w świecie i choć była inteligentna, to brakowało jej wiadomości, z których by mogła sensowne rozumowanie wywieść. Skazana toteż pozostawała na poszukiwanie pomocy wśród ludzi kompetentniejszych, choć czyniła to nie bez poczucia porażki, jako że wysoko ceniła swoją samowystarczalność i niezależność.
Kobieta zasiadła przy stole naprzeciw Othella. Ręce złożyła na kolanach, skryła je między fałdami szaty; błękitne oczy błyszczały zainteresowaniem, gdy obserwowała widmowidza przystępującego do pracy. Helloise łatwo ulegała atmosferze tajemnicy towarzyszącej seansom i widzeniom: tym świecom, dymowi, obietnicy dostępu do tego, co zakryte. Z zewnątrz trudno było odgadnąć, czy wejście w trans się widzącemu powiodło. Czekała więc w niezmąconej ciszy przerywanej jedynie jej oddechem i gdakaniem kur spacerujących wokół domu.
Dopiero gdy Fawley dał znak jakiś, że wszystko skończone, czarownica zapytała:
— I cóż widziałeś? Czy ona tobie też się pokazała?
Usatysfakcjonowała czarownicę odpowiedź Othella, kobieta okazała jego roztargnieniu wyrozumiałość, a twarz jej złagodniała. Ukroiła sobie i jemu po trójkącie tarty na talerzyki ręcznie malowane w kwiaty, lecz nie postawiła ich jeszcze na kuchennym stole; trwały przy nim bowiem przygotowania do seansu, które zakłócać byłoby nierozsądnym.
Natarczywa obecność ducha chaty ani na chwilę nie znikała. Helloise bez ustanku czuła na karku jego spojrzenie, nie było od niego ucieczki; byt zawsze siedział gdzieś na skraju jej pola widzenia, lecz tylko raz udało jej się objąć spojrzeniem jego kształty. Było to ubiegłej nocy.
Istota ducha osiadłego w chacie — czy też bytu, jako że dokładnej natury tej obecności wiedźma nie potrafiła określić — pozostawała dla Helloise jeszcze bardziej tajemniczą niż dla Othella. Czarownica z chaty na kurzej nóżce nie należała do osób najbardziej obeznanych w świecie i choć była inteligentna, to brakowało jej wiadomości, z których by mogła sensowne rozumowanie wywieść. Skazana toteż pozostawała na poszukiwanie pomocy wśród ludzi kompetentniejszych, choć czyniła to nie bez poczucia porażki, jako że wysoko ceniła swoją samowystarczalność i niezależność.
Kobieta zasiadła przy stole naprzeciw Othella. Ręce złożyła na kolanach, skryła je między fałdami szaty; błękitne oczy błyszczały zainteresowaniem, gdy obserwowała widmowidza przystępującego do pracy. Helloise łatwo ulegała atmosferze tajemnicy towarzyszącej seansom i widzeniom: tym świecom, dymowi, obietnicy dostępu do tego, co zakryte. Z zewnątrz trudno było odgadnąć, czy wejście w trans się widzącemu powiodło. Czekała więc w niezmąconej ciszy przerywanej jedynie jej oddechem i gdakaniem kur spacerujących wokół domu.
Dopiero gdy Fawley dał znak jakiś, że wszystko skończone, czarownica zapytała:
— I cóż widziałeś? Czy ona tobie też się pokazała?
dotknij trawy