29.09.2026, 16:04 ✶
Zimny deszcz siąpił bez przerwy, jakby chciał nas stąd wypchnąć, uderzał w nas wraz z kolejnymi zacinającymi podmuchami jesiennego wiatrzyska, mgła snuła się nisko między drzewami i chuja było widać, ale obecność Gerdy sprawiała, że mogłem pozwolić sobie na znacznie więcej wiary w to, iż wyjście na zewnątrz w taką pogodę miało nam się opłacić, ponieważ jej zmysły tropicielki były czymś, czego nie dało się zastąpić doświadczeniem ani dobrym wzrokiem, szczególnie w takich warunkach. Nie podobała mi się jednak ta cisza, która zapadła wokół nas, bo lata tułaczki po najdziwniejszych i najbardziej odosobnionych miejscach na świecie nauczyły mnie, iż tak gęsty las nawet podczas kiepskiej pogody zwykle żył własnym rytmem - ptaki odzywały się gdzieś wysoko w koronach, drobne stworzenia przemykały w poszyciu, czasem wystarczył jeden nieuważny krok, żeby usłyszeć gwałtowny szelest liści i przekonać się, że coś małego właśnie uznało cię za wystarczający powód do podjęcia próby ucieczki - tego dnia w snowdońskiej głuszy nie było prawie niczego, tylko deszcz, wiatr i drzewa poruszające się pod jego naporem, co sprawiało, że mimowolnie zaczynało się zwracać uwagę na każdy pojedynczy dźwięk, a to nigdy nie było szczególnie uspokajające, nawet dla kogoś o mocnych nerwach i doświadczeniu w radzeniu sobie z niespodziewanym.
- Jeśli tak dalej pójdzie, zacznę wieszyś, sze potlafią. - Odmruknąłem ponurym głosem, nawet jeśli nie zamierzałem faktycznie rezygnować i wracać do domu rodziców Gerdy z kilkoma marnymi skórkami i mięsem wystarczającym najwyżej na jeden garnek - rzemieślnicy czekali na swoje materiały, ludzie musieli przecież coś jeść, więc lista rzeczy do znalezienia była dłuższa niż nasze chęci do dalszego brodzenia po błocie.
- To czy to… - Wzruszyłem ramionami, kiwnąwszy przy tym głową, bo w gruncie rzeczy zgadzałem się z tym, że teraz ewidentnie polowaliśmy na coś parzystokopytnego. - Mi wystalszy, by miało więcej mięsa nisz klólik. - Zerknąłem jeszcze raz na ślad, potem w stronę, w którą prowadził - nie zamierzałem odpuszczać, teraz tym bardziej - sam fakt, że znaleźliśmy coś większego, wystarczał, żebym odzyskał odrobinę wcześniejszego nastawienia i cierpliwości, której zdążyłem się już pozbyć gdzieś między drugim a trzecim mokrym krzakiem. Jesień zresztą zawsze była okresem, w którym należało przestać udawać, że pogoda miała jakiekolwiek znaczenie dla planów, bo deszcz, wiatr i zimno nie pytały o grafik, terminy dostaw ani o to, czy akurat miało się ochotę spędzić sześć godzin w mokrych gaciach. Potrzebowaliśmy mięsa, potrzebowaliśmy skór, potrzebowaliśmy więc udanych łowów, bo po Spalonej Nocy potrzebowali ich również ludzie, którzy mieli z tych materiałów zrobić coś użytecznego, zamiast patrzeć na puste półki i zastanawiać się, czym należałoby zastąpić rzeczy, które wcześniej były dostępne bez większego problemu.
W takich sytuacjach jej zdolności były cholernie użyteczne, gdyż znajdując się odpowiednio blisko, nie musiała zgadywać na podstawie jednego odcisku, tak jak robiłby to ktoś mniej doświadczony, chociaż i w innych okolicznościach nie wątpiłem, że potrafiła połączyć drobne szczegóły, kierunek ułożenia roślin, świeżość złamanych gałązek, głębokość śladów, zapach pozostawiony w wilgotnym powietrzu i wszystkie te rzeczy, których większość ludzi nawet nie rejestrowała.
Poruszaliśmy się teraz znacznie wolniej, ale też ostrożniej, bo skoro zwierzę rzeczywiście zaczęło biec, musiało mieć ku temu powód, natomiast las dookoła nas w dalszym ciągu był zbyt cichy, żeby ignorować taki szczegół. Wiatr szarpał koronami drzew, deszcz jednostajnie stukał o liście, lecz poza tym niemal niczego nie było słychać. Spojrzałem na Gerdę, potem w kierunku gęstniejącej mgły między drzewami - tym razem nie czułem już nawet irytacji związanej z aurą pogodową i z dotychczasowym niepowodzeniem - wreszcie mieliśmy coś konkretnego, a z Greengrass-Yaxley obok nie musiałem martwić się wyłącznie o to, czy znajdziemy zwierzę, mogłem liczyć również na to, że jeśli w lesie niedaleko nas rzeczywiście znajdowało się coś jeszcze, ona prawdopodobnie wyczuje to, zanim ja zdążę zobaczyć choćby jego cień.
- Jeśli tak dalej pójdzie, zacznę wieszyś, sze potlafią. - Odmruknąłem ponurym głosem, nawet jeśli nie zamierzałem faktycznie rezygnować i wracać do domu rodziców Gerdy z kilkoma marnymi skórkami i mięsem wystarczającym najwyżej na jeden garnek - rzemieślnicy czekali na swoje materiały, ludzie musieli przecież coś jeść, więc lista rzeczy do znalezienia była dłuższa niż nasze chęci do dalszego brodzenia po błocie.
- To czy to… - Wzruszyłem ramionami, kiwnąwszy przy tym głową, bo w gruncie rzeczy zgadzałem się z tym, że teraz ewidentnie polowaliśmy na coś parzystokopytnego. - Mi wystalszy, by miało więcej mięsa nisz klólik. - Zerknąłem jeszcze raz na ślad, potem w stronę, w którą prowadził - nie zamierzałem odpuszczać, teraz tym bardziej - sam fakt, że znaleźliśmy coś większego, wystarczał, żebym odzyskał odrobinę wcześniejszego nastawienia i cierpliwości, której zdążyłem się już pozbyć gdzieś między drugim a trzecim mokrym krzakiem. Jesień zresztą zawsze była okresem, w którym należało przestać udawać, że pogoda miała jakiekolwiek znaczenie dla planów, bo deszcz, wiatr i zimno nie pytały o grafik, terminy dostaw ani o to, czy akurat miało się ochotę spędzić sześć godzin w mokrych gaciach. Potrzebowaliśmy mięsa, potrzebowaliśmy skór, potrzebowaliśmy więc udanych łowów, bo po Spalonej Nocy potrzebowali ich również ludzie, którzy mieli z tych materiałów zrobić coś użytecznego, zamiast patrzeć na puste półki i zastanawiać się, czym należałoby zastąpić rzeczy, które wcześniej były dostępne bez większego problemu.
W takich sytuacjach jej zdolności były cholernie użyteczne, gdyż znajdując się odpowiednio blisko, nie musiała zgadywać na podstawie jednego odcisku, tak jak robiłby to ktoś mniej doświadczony, chociaż i w innych okolicznościach nie wątpiłem, że potrafiła połączyć drobne szczegóły, kierunek ułożenia roślin, świeżość złamanych gałązek, głębokość śladów, zapach pozostawiony w wilgotnym powietrzu i wszystkie te rzeczy, których większość ludzi nawet nie rejestrowała.
Poruszaliśmy się teraz znacznie wolniej, ale też ostrożniej, bo skoro zwierzę rzeczywiście zaczęło biec, musiało mieć ku temu powód, natomiast las dookoła nas w dalszym ciągu był zbyt cichy, żeby ignorować taki szczegół. Wiatr szarpał koronami drzew, deszcz jednostajnie stukał o liście, lecz poza tym niemal niczego nie było słychać. Spojrzałem na Gerdę, potem w kierunku gęstniejącej mgły między drzewami - tym razem nie czułem już nawet irytacji związanej z aurą pogodową i z dotychczasowym niepowodzeniem - wreszcie mieliśmy coś konkretnego, a z Greengrass-Yaxley obok nie musiałem martwić się wyłącznie o to, czy znajdziemy zwierzę, mogłem liczyć również na to, że jeśli w lesie niedaleko nas rzeczywiście znajdowało się coś jeszcze, ona prawdopodobnie wyczuje to, zanim ja zdążę zobaczyć choćby jego cień.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)