01.10.2026, 14:32 ✶
Jakże to? Pan Tarpaulin oszustem? Krętaczem? Przed Zacharym stawał człowiek kryształowej uczciwości. Wieloletni przedstawiciel służby bezpieczeństwa. Osobnik nieskazitelnego charakteru. Lecz nic to! Nie pierwszy i nie ostatni raz Woody’ego Tarpaulina oskarżali o oszustwo. Działo się to regularnie, więc i teraz oskarżenie po nim spłynęło, nie czyniąc wrażenia. Bo dobry oszust, to i kłamca dobry.
— Ja pana rozumiem, panie Burke, pana, pana wątpliwość. W dzisiejszym świecie już ludziom w niczym nie wolno ufać. No ale skoroś pan ten towar już wcześniej widział, to pan patrz na tego tu i mi powiedz, czy co budzi podejrzenie. — Dał mu jeszcze chwilę na patrzenie, po czym wyciągnął spod lady karteluszkę. — A jak ani mi pan nie wierzysz, ani własnym oczom, mam tu na dowód list od samego Charlesa Mulcibera, co mi go napisał, jak żem zamawiał. — I położył przed nim na lepkim kontuarze karteczkę z autentyczną wiadomością.
Zaraz się okazało, że z tego Burke’a to jest klient szalenie wybredny. Stary się zaśmiał chrapliwie, jakby się dławił, ino usłyszał te jego utyskiwania na chuja. Klient siedzący na stołku obok zachichrał się za barmanem do wtóru, udając niezdarnie, że wcale nie podsłuchiwał tej wymiany.
— Pan to, widzę, znawca licencjonowany. Coś czuję, że tymi oczami niejedno potężne narzędzie było oglądane — pochwalił z szyderczą nutą w głosie Tarpaulin, chcąc młodego zawstydzić i mu nosa przytrzeć za tę wnikliwą analizę krytyczną. — Panie, ten Mulciber to był jakiś chłystek. Naiwne szczenię, bo co to trzeba mieć w głowie, żeby się tak dać wrobić pismakom. Gdzie takiemu gałganowi do nakładania klątw na świece? — zakpił sobie Woody z młodego nieszczęśnika, który w niesławie opuścił Londyn.
— Ja pana rozumiem, panie Burke, pana, pana wątpliwość. W dzisiejszym świecie już ludziom w niczym nie wolno ufać. No ale skoroś pan ten towar już wcześniej widział, to pan patrz na tego tu i mi powiedz, czy co budzi podejrzenie. — Dał mu jeszcze chwilę na patrzenie, po czym wyciągnął spod lady karteluszkę. — A jak ani mi pan nie wierzysz, ani własnym oczom, mam tu na dowód list od samego Charlesa Mulcibera, co mi go napisał, jak żem zamawiał. — I położył przed nim na lepkim kontuarze karteczkę z autentyczną wiadomością.
Zaraz się okazało, że z tego Burke’a to jest klient szalenie wybredny. Stary się zaśmiał chrapliwie, jakby się dławił, ino usłyszał te jego utyskiwania na chuja. Klient siedzący na stołku obok zachichrał się za barmanem do wtóru, udając niezdarnie, że wcale nie podsłuchiwał tej wymiany.
— Pan to, widzę, znawca licencjonowany. Coś czuję, że tymi oczami niejedno potężne narzędzie było oglądane — pochwalił z szyderczą nutą w głosie Tarpaulin, chcąc młodego zawstydzić i mu nosa przytrzeć za tę wnikliwą analizę krytyczną. — Panie, ten Mulciber to był jakiś chłystek. Naiwne szczenię, bo co to trzeba mieć w głowie, żeby się tak dać wrobić pismakom. Gdzie takiemu gałganowi do nakładania klątw na świece? — zakpił sobie Woody z młodego nieszczęśnika, który w niesławie opuścił Londyn.
piw0 to moje paliwo