3 godzin(y) temu ✶
Właściwie powinienem był przewidzieć, że właśnie na tym się skończy, bo moja żona potrafiła potraktować pojedyncze, nieopatrznie rzucone zdanie jako zajawkę do początku całego audytu - jej listy od najmłodszych lat miały tę cudowną właściwość, że zamiast ograniczać liczbę problemów, potrafiły wygenerować kolejne pytania dotyczące rzeczy, których wcześniej nie uważałem za potencjalny problem wymagający doprecyzowania założeń i ich dodatkowych weryfikacji - i chociaż, co do zasady, nie było w tym nic złego, przynajmniej dopóki pamiętało się, że ta potrzeba wypunktowania wszystkiego nie wynikała z chęci kontrolowania każdego ruchu drugiej osoby, tylko z tego, że kiedy rzeczy pozostawały nieuporządkowane, jej własne myśli zaczynały się rozłazić w dziesięciu różnych kierunkach, tym razem zdecydowanie nie było mi do śmiechu. Słuchałem jej i z każdą kolejną wypowiedzianą przez nią uwagą coraz wyraźniej widziałem, że wpadliśmy w klasyczny konflikt dwóch sposobów organizowania rzeczywistości, przy czym żadne z nas nie było szczególnie dobre w przekonywaniu drugiego do własnych racji. Problem polegał na tym, że dla niej coś, czego nie było na liście, właściwie nie istniało jako zadanie, podczas gdy dla mnie istniało bardzo realnie, tylko należało do kategorii rzeczy, które robiło się przy okazji przygotowywania czegoś innego. Mogłem jej to wyjaśnić, ale widziałem już po samym wyrazie twarzy, jaki robiła, że w jej głowie właśnie trwała rekonstrukcja całego harmonogramu i że próba dorzucenia do tego kolejnej teorii mogłaby skończyć się tym, że zamiast jednego problemu będziemy mieli trzy nowe punkty na liście. Znałem ją już wystarczająco długo, żeby rozumieć, skąd to się stało, nawet jeśli czasami miałem ochotę przybić jej listę do ściany i napisać pod nią dodatkowy punkt - „nie tworzyć nowych punktów” - problem polegał na tym, że doskonale wiedziałem, jak szybko ten jeden warunek rozrósłby się do kolejnych sześciu.
- Odhaczyłem szeszy, któle były na mojej liście. - Odpowiedziałem w końcu, wskazując lekko dłonią na nią, a właściwie na wyimaginowany arkusz, który najwyraźniej znajdował się obecnie pomiędzy nami. - Tych, któlych na niej nie było, nie odhaczałem, bo tludno odhaczyś coś, czego tam nie ma. - To wydawało mi się raczej logiczne. Jasne, oczywiście, lista była dla niej czymś więcej niż kawałkiem papieru - czymś niemal świętszym od samego nadciągającego sabatu - wiedziałem o tym, chociaż nigdy nie powiedziałbym jej tego w taki sposób, bo prawdopodobnie skończyłoby się to kolejną rozmową o tym, dlaczego uważałem jej sposób organizacji za „zabawny”, preferując własne nawyki. Listy porządkowały jej myśli, trzymały ją przy konkretnej rzeczy, pozwalały nie zgubić się gdzieś pomiędzy jednym zadaniem a pięcioma innymi, które potrafiły pojawić się w głowie w tym samym momencie, dlatego rozumiałem, dlaczego każda rzecz, której nie było na liście, wywoływała w niej natychmiastowy niepokój. Problem polegał na tym, że ja z kolei całe życie pracowałem w sposób, w którym część rzeczy musiała zostać zauważona dopiero wtedy, kiedy się do nich podchodziło, bo nie dało się przewidzieć wszystkich możliwych usterek, reakcji magicznych i drobnych paskudztw, które lubiły wychodzić z ukrycia dokładnie wtedy, kiedy ktoś był przekonany, że ma wszystko pod kontrolą. Patrzyłem więc na nią i już wiedziałem, że moje „kilka” i „niektóre” właśnie zamieniły się w jej głowie w kolejną katastrofę logistyczną - znałem ten proces - mogłem niemal usłyszeć trybiki przesuwające się we wnętrzu czaszki Prue, a ponieważ wiedziałem, dokąd prowadziła ta matematyka, zrobiło mi się trochę bardziej głupio…
- Umiem planowaś swoją plasę. Nie musisz się tym telas pszejmowaś. O niczym nie zapomnę. - Nie byłem pewien, czy powinienem był tak śmiało stawiać tę tezę, szczególnie po tym, jak przez ostatnie kilkadziesiąt minut zamknąłem się na piętrze, żeby polerować nóż, ale mężczyzna czasem musiał bronić własnej reputacji. - Poza tym, jeszeli spiszemy wszystko osobno, będziemy mieli listę dłuszszą od samego Samhain. - Oparłem dłonie na biodrach i pokręciłem głową, pauza trwała może sekundę, zanim ponownie zeszliśmy na temat jej athamé, a wtedy cała moja wcześniejsza cierpliwość została wystawiona na kolejną próbę - „przecież tak jest, to moje” - spojrzałem na nią z miną kogoś, kto doskonale rozumiał argument, ale nie zamierzał uznać go za rozstrzygający w tym sensie, w jakim ona mogłaby sobie tego życzyć.
- Nie uwaszam, sze sam pomysł posiadania go pszy sobie jest głupi. - Powiedziałem ze skrzywieniem. - Uwaszam, sze sposób, w jaki go pszechowujesz, mosze taki byś. - W moim głosie pojawiła się ledwie skrywana ironia, ale nie trwała długo, bo doskonale wiedziałem, że za chwilę mogłem się dowiedzieć czegoś jeszcze bardziej niepokojącego - właściwie zacząłem się zastanawiać, czy Prudence w ogóle zdawała sobie sprawę z tego, że jej własny sposób przechowywania athamé mógłby doprowadzić przeciętnego klątwołamacza do podobnego stanu, w jakim ona przed chwilą obserwowała mnie, gdy przetwarzała konieczność weryfikacji swojej listy.
Rozłożyłem ręce.
- Nie mówię ci, sze masz je powiesić w gablocie nad ołtaszem i składaś mu codziennie pokłon. Mówię tylko, sze to nadal naszędzie lytualne. Zalęszynowe, osobiste, twoje, zgoda. - Nie czekałem jednak na odpowiedź, bo znałem ją wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że za chwilę mogła mi zacząć tłumaczyć, iż torebka była doskonale zorganizowana i że doskonale wiedziała, gdzie co się znajduje, a ja nie zamierzałem prowadzić kolejnego wykładu - zamiast tego westchnąłem i przesunąłem dłonią po karku. - Jeszeli chcesz mieś je pod lęką, miej je pod lęką. Nie widzę w tym niczego złego. Wlęsz pszeciwnie, Toulnesol, chcę, szebyś miała je pszy sobie. Zastanawia mnie tylko sposób, w jaki je… Pszechowujes. Chodzi o to, szeby nie obijało się o klucze, fiolki, kosmetyki i wszystkie inne szeszy, któle plawdopodobnie nosisz tam lasem s nim. - Mimo pierwotnego założenia, że nie będę robił dochodzenia, spojrzałem na nią podejrzliwie.
- Odhaczyłem szeszy, któle były na mojej liście. - Odpowiedziałem w końcu, wskazując lekko dłonią na nią, a właściwie na wyimaginowany arkusz, który najwyraźniej znajdował się obecnie pomiędzy nami. - Tych, któlych na niej nie było, nie odhaczałem, bo tludno odhaczyś coś, czego tam nie ma. - To wydawało mi się raczej logiczne. Jasne, oczywiście, lista była dla niej czymś więcej niż kawałkiem papieru - czymś niemal świętszym od samego nadciągającego sabatu - wiedziałem o tym, chociaż nigdy nie powiedziałbym jej tego w taki sposób, bo prawdopodobnie skończyłoby się to kolejną rozmową o tym, dlaczego uważałem jej sposób organizacji za „zabawny”, preferując własne nawyki. Listy porządkowały jej myśli, trzymały ją przy konkretnej rzeczy, pozwalały nie zgubić się gdzieś pomiędzy jednym zadaniem a pięcioma innymi, które potrafiły pojawić się w głowie w tym samym momencie, dlatego rozumiałem, dlaczego każda rzecz, której nie było na liście, wywoływała w niej natychmiastowy niepokój. Problem polegał na tym, że ja z kolei całe życie pracowałem w sposób, w którym część rzeczy musiała zostać zauważona dopiero wtedy, kiedy się do nich podchodziło, bo nie dało się przewidzieć wszystkich możliwych usterek, reakcji magicznych i drobnych paskudztw, które lubiły wychodzić z ukrycia dokładnie wtedy, kiedy ktoś był przekonany, że ma wszystko pod kontrolą. Patrzyłem więc na nią i już wiedziałem, że moje „kilka” i „niektóre” właśnie zamieniły się w jej głowie w kolejną katastrofę logistyczną - znałem ten proces - mogłem niemal usłyszeć trybiki przesuwające się we wnętrzu czaszki Prue, a ponieważ wiedziałem, dokąd prowadziła ta matematyka, zrobiło mi się trochę bardziej głupio…
- Umiem planowaś swoją plasę. Nie musisz się tym telas pszejmowaś. O niczym nie zapomnę. - Nie byłem pewien, czy powinienem był tak śmiało stawiać tę tezę, szczególnie po tym, jak przez ostatnie kilkadziesiąt minut zamknąłem się na piętrze, żeby polerować nóż, ale mężczyzna czasem musiał bronić własnej reputacji. - Poza tym, jeszeli spiszemy wszystko osobno, będziemy mieli listę dłuszszą od samego Samhain. - Oparłem dłonie na biodrach i pokręciłem głową, pauza trwała może sekundę, zanim ponownie zeszliśmy na temat jej athamé, a wtedy cała moja wcześniejsza cierpliwość została wystawiona na kolejną próbę - „przecież tak jest, to moje” - spojrzałem na nią z miną kogoś, kto doskonale rozumiał argument, ale nie zamierzał uznać go za rozstrzygający w tym sensie, w jakim ona mogłaby sobie tego życzyć.
- Nie uwaszam, sze sam pomysł posiadania go pszy sobie jest głupi. - Powiedziałem ze skrzywieniem. - Uwaszam, sze sposób, w jaki go pszechowujesz, mosze taki byś. - W moim głosie pojawiła się ledwie skrywana ironia, ale nie trwała długo, bo doskonale wiedziałem, że za chwilę mogłem się dowiedzieć czegoś jeszcze bardziej niepokojącego - właściwie zacząłem się zastanawiać, czy Prudence w ogóle zdawała sobie sprawę z tego, że jej własny sposób przechowywania athamé mógłby doprowadzić przeciętnego klątwołamacza do podobnego stanu, w jakim ona przed chwilą obserwowała mnie, gdy przetwarzała konieczność weryfikacji swojej listy.
Rozłożyłem ręce.
- Nie mówię ci, sze masz je powiesić w gablocie nad ołtaszem i składaś mu codziennie pokłon. Mówię tylko, sze to nadal naszędzie lytualne. Zalęszynowe, osobiste, twoje, zgoda. - Nie czekałem jednak na odpowiedź, bo znałem ją wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że za chwilę mogła mi zacząć tłumaczyć, iż torebka była doskonale zorganizowana i że doskonale wiedziała, gdzie co się znajduje, a ja nie zamierzałem prowadzić kolejnego wykładu - zamiast tego westchnąłem i przesunąłem dłonią po karku. - Jeszeli chcesz mieś je pod lęką, miej je pod lęką. Nie widzę w tym niczego złego. Wlęsz pszeciwnie, Toulnesol, chcę, szebyś miała je pszy sobie. Zastanawia mnie tylko sposób, w jaki je… Pszechowujes. Chodzi o to, szeby nie obijało się o klucze, fiolki, kosmetyki i wszystkie inne szeszy, któle plawdopodobnie nosisz tam lasem s nim. - Mimo pierwotnego założenia, że nie będę robił dochodzenia, spojrzałem na nią podejrzliwie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)