Na pewno można było to wszystko uznać za… wyjątkowo pechowy tydzień. Codziennie działo się coś, i Victoria gdzieś podświadomie zaczynała się zastanawiać, czy to nie jest jakaś… wiadomość wysyłana przez wszechświat, dotycząca zbliżającego się wielkimi krokami Samhain? Nie była pesymistką z natury, bardziej realistką, ale nawet ona musiała przyznać, że coś jest na rzeczy. Chociaż może… ten pech zdąży się do Samhain wyczerpać?
– Tak? – zareagowała na to nagłe „hej” i odwróciła spojrzenie od posągu, by popatrzeć sobie na Chrisa pytająco, jak zwykle trochę zadzierając głowę w górę, bo Rosier był od niej sporo wyższy. – Och, nie jestem? Czyli zadziałało? Cudownie – Victoria uśmiechnęła się z jakimś takim rzadko widywanym u niej samozadowoleniem i nie oponowała, kiedy Chris sięgnął po jej dłoń. Chłodną, bo był koniec października, a ona nie miała na sobie żadnego płaszcza, ale nie lodowatą w ten ziejący, nieprzyjemny sposób. – Pracowałam nad tym cały ranek, prawdę mówiąc. Próbowałam stworzyć eliksir, który by sprawił, że dla innych nie będę tak nieprzyjemnie lodowata… Skoro tego tak nie czujesz, to znaczy, że zadziałało. Bo mi jest ciągle bardzo zimno, to nic nie zmieniło – powiedziała zaraz, lekko zaciskając palce na jego dłoni, jakoś z nową pewnością, skoro nie była tak zimna jak wcześniej.
Jakoś poprawiło jej to humor: fakt, że wyszedł jej eliksir, była to nieodmiennie dziedzina, która ją uspokajała, nie zawodziła, a potknięcia wiedziała jak naprawić. Nawet w tak pechowym okresie.
– Wiesz no, aurorzy zajmują się czarną magią w ogólności, czarnoksiężnikami i obiektami czarnomagicznymi w szczególności… Dostaliśmy jakieś zawiadomienie o dziwnej rzeźbie w środku lasu, ale nie stwierdziliśmy, żeby miała strzelać z oczu jakimiś raniącymi światłami, albo coś, chociaż przyznaję, że ściąganie dwójki aurorów do rzeźby w lesie było… osobliwe – powiedziała, ponownie przyglądając się rzeźbie. Nawet ją sobie okrążyła, oglądając z każdej strony. – Doszliśmy do wniosku, że to jakieś magnum opus rzeźbiarza-fetyszysty, żadne z nas nie znało się na zaklinaniu dzieł sztuki i zostawiliśmy ją w tamtym miejscu, ale… Nie dam sobie ręki uciąć, że to było właśnie to miejsce – obejrzała się teraz dookoła na drzewa. Ale no miało być jakieś inne? – Wtedy teleportacja zdecydowanie działała, ale i tak musieliśmy trochę pochodzić po lesie, zanim ją znaleźliśmy.