• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[22/09/1972] The trouble began, as these things often do, at dinner | Benjy, Prue

[22/09/1972] The trouble began, as these things often do, at dinner | Benjy, Prue
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
02.10.2026, 14:05  ✶  
Nie byłem typem chłystka, który szczególnie źle znosił cudze niechciane towarzystwo, przynajmniej nie na tyle, żeby regularnie rozważać ucieczkę przez okno, chociaż po dzisiejszym wieczorze musiałem przyznać, że istniały okoliczności, przy których nawet przesłuchanie w sprawie nielegalnego handlu przeklętymi artefaktami wydawało się spotkaniem przy herbacie - przeżyłem momenty, w których nawet najbardziej nieprzyjemny obrót spraw miał nad kolacją i Bletchleyów tę przewagę, że gdy wszystko się spieprzyło, otoczenie przynajmniej nie udawało, iż wszystko w dalszym ciągu przebiegało zgodnie z planem. Może i wychowałem się pośród prawdziwych specjalistów w dziedzinie hipokryzji, ludzi noszących liczne maski, byleby tylko nie pokazać prawdziwej twarzy, więc niezupełnie znikąd rozumiałem, że dla niektórych rodzin święta stanowiły coś więcej niż okazję do wspólnego posiłku - były częścią porządku, który należało podtrzymywać, nawet jeśli połowa zgromadzonych przy stole wolałaby w tym czasie znaleźć się gdziekolwiek indziej - nie zamierzałem zatem oceniać rodziców bliźniaków za ich przywiązanie do tradycji, po prostu miałem wrażenie, że gdyby ktoś postawił przed Johnem wybór pomiędzy przyjęciem do wiadomości, że ich córka dorosła i potrafiła samodzielnie decydować o swoim życiu, a zachowaniem dotychczasowego porządku rzeczy, pan domu musiałby przynajmniej przez kilka godzin poważnie rozważać obie możliwości, zanim wreszcie z trudem zaakceptowałby tę pierwszą i miałby do niej setki „ale”.
A przecież nie robiliśmy niczego szczególnie skandalicznego… No, przynajmniej nie według standardów, które znałem, chociaż zdążyłem się już przekonać, że niektórzy ludzie potrafili traktować zwyczajną obecność „niewłaściwego” w ich ocenie człowieka w niewłaściwym mu miejscu jako osobistą zniewagę, nawet jeśli ów człowiek przez cały wieczór starał się być uprzejmy, nie rozlał wina, nie skrytykował jedzenia i nie wspomniał ani słowem o tym, że w jego pracy zdarzały się przypadki, w których ludzie kończyli w znacznie gorszym stanie niż potrawy pozostawione zbyt długo w piecu. To ostatnie uznałem zresztą za osobisty sukces, ponieważ przy słowach Johna odnośnie „poważnego oddziału, na którym pracował jako poważny uzdrowiciel o poważnej specjalizacji w poważnym zawodzie” przynajmniej kilkakrotnie miałem ochotę odezwać się w sposób, który z pewnością nie poprawiłby atmosfery, a jedynie dostarczyłby wszystkim obecnym kolejnego powodu, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że Prudence przyprowadziła ze sobą mężczyznę, którego należało obserwować z należytą dozą dezaprobaty. Ostatecznie trzymałem język za zębami, co wymagało ode mnie znacznie większego wysiłku, niż byłem gotów przyznać, toteż teraz, kiedy chłodne wieczorne powietrze wypełniło moje płuca, zaś napięcie powoli zaczęło ustępować miejsca zwyczajnemu zmęczeniu, nie potrafiłem zdecydować, czy powinienem był być z siebie dumny, czy raczej uznać, że właśnie zmarnowałem doskonałą okazję do dorzucenia przynajmniej kilku celnych uwag do kotła zgryzoty.
Poprawiłem kołnierz mojego najbardziej wyjściowego płaszcza, po czym zerknąłem na Prue, która wyszła ze mną na zewnątrz, przez chwilę przyglądając jej się w milczeniu i próbując zrozumieć, co właściwie działo się w jej głowie - nie chciałem zakładać, że tej wieczór był dla niej równie męczący, jak dla mnie, bo chociaż niezręczność panującą przy stole trudno było przeoczyć, nie miałem pojęcia, ile z tego wynikało z mojej obecności, ile z charakteru jej ojca, a ile z rzeczy, o których nie wiedziałem i których być może nie powinienem był wyciągać na światło dzienne - czy tam nocne - w pierwszych minutach po opuszczeniu ich domu rodzinnego. Była moją dziewczyną, nie przewodnikiem po wszystkich tych animozjach, które przez lata zdążyły obrosnąć w zasady, przyzwyczajenia i starannie pielęgnowane urazy, i chociaż chciałem zrozumieć niektóre sprawy, nie zamierzałem wymagać od niej, żeby zaraz po wyjściu zaczęła tłumaczyć mi każdy gest, każde spojrzenie i każde zdanie, które podczas kolacji zabrzmiało odrobinę mniej przyjaźnie, niż powinno. Wystarczyło, że sama musiała przez to przechodzić…
Przesunąłem dłonią po karku, czując pod palcami sztywność mięśni, które przez ostatnie godziny nie miały łatwego życia, gdyż siedzenie prosto na niewygodnym krześle o stanowczo zbyt niskim oparciu i zachowywanie kamiennej twarzy stanowiło dla mnie pewną formę pracy fizycznej, bo niestety nie nad sobą, jakby to z pewnością powiedział pan domu, po czym odwróciłem się w stronę drogi prowadzącej w dół brukowanej ulicy. Niebo nad nami przybrało głęboki odcień granatu, pomiędzy coraz bardziej nagimi gałęziami drzew pojawiały się pierwsze gwiazdy, ledwie widoczne w świetle padającym z okien domu, który właśnie opuściliśmy, z oddali dochodził szelest liści przesuwanych po chodniku przez wiatr, gdzieś w pobliżu zaszczekał pies, a ja poczułem, że z każdą minutą spędzoną na zewnątrz dużo łatwiej było mi złapać oddech. Wsunąłem dłonie do kieszeni płaszcza, po czym wyciągnąłem jedną z nich, unosząc ją lekko, jakbym zamierzał coś powiedzieć, lecz ostatecznie tylko podrapałem się po brodzie - nie chciałem zamieniać całej sytuacji w kpiący żart, chociaż humor był dla mnie najprostszym sposobem na rozładowanie napięcia, szczególnie kiedy nie wiedziałem, co właściwie powinienem był zrobić z własnym zakłopotaniem - nie miałem doświadczenia w podobnych oficjalnych spotkaniach, no, przynajmniej nie w takich, podczas których zależało mi na tym, żeby dobrze wypaść. Zwykle nie przejmowałem się szczególnie cudzymi opiniami, ponieważ nie miałem takiej potrzeby, poza tym moja praca nauczyła mnie, że ludzie potrafili oceniać innych na podstawie najdziwniejszych przesłanek, niekiedy nawet na podstawie tego, czy dany ktoś przeżył coś, co ich zdaniem powinno było załatwić go na dobre - tym razem sprawa wyglądała jednak inaczej, bo nie chodziło wyłącznie o mnie i nie do końca wiedziałem, co dalej - na razie wolałem więc nie analizować, czy przy deserze popełniłem jakąś towarzyską zbrodnię, bo miałem niepokojące podejrzenie, że lista zarzutów mogłaby okazać się dłuższa niż menu, mimo moich najszczerszych starań.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (6528), Prudence Fenwick (2192)




Wiadomości w tym wątku
[22/09/1972] The trouble began, as these things often do, at dinner | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 02.10.2026, 14:05
RE: [22/09/1972] The trouble began, as these things often do, at dinner | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 02.10.2026, 19:57
RE: [22/09/1972] The trouble began, as these things often do, at dinner | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 02.10.2026, 22:26
RE: [22/09/1972] The trouble began, as these things often do, at dinner | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 03.10.2026, 21:32
RE: [22/09/1972] The trouble began, as these things often do, at dinner | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 04.10.2026, 13:10
RE: [22/09/1972] The trouble began, as these things often do, at dinner | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 04.10.2026, 21:26
RE: [22/09/1972] The trouble began, as these things often do, at dinner | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 05.10.2026, 21:02

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa