Nie pierwszy i nie ostatni raz, przydarzyło mu się coś, z czego wyszedł w tak średnim stanie. Ba, pewnie nie raz kończył jeszcze gorzej niż obolały i z czerwonymi plamami na skórze, które przecież zaraz się zagoją. Dzień jak co dzień, chciałoby się powiedzieć, ale to co dla niego było codziennością, wcale przecież nie musiało być tym samym dla niej. Przez chwilę się jej przyglądał, ale wreszcie sięgnął do płaszcza i zsunął go z barków, rzucając na oparcie fotela, który stał najbliżej wejścia do pokoju dziennego. W tym czasie ona zdążyła uważnie go obejrzeć, lustrując znamiona i wreszcie wstać, by podejść do niego i ująć twarz w dłonie. Uśmiechnął się do niej łagodnie, jakby chciał w ten sposób uspokoić.
— To nic takiego — zapewnił ją. — Podczas wycieczki okazało się, że kurort w którym się zatrzymaliśmy miał… szkodniki… — prychnął pod nosem, jakby rozbawiony własnym doborem słów. — Oparzenia. Były wcześniej bąble, ale zdążyły już zniknąć. Tak, oglądał mnie medyk i dali mi nawet jakąś maść, żeby to wszystko szybciej zaleczyć i wróciło do normy. Działa, a przynajmniej tak zakładam, po tym jak szybko zniknęła opuchlizna. Zostały w głównej mierze te plamy — sięgnął do jej dłoni i delikatnie, acz stanowczo, odsunął je od swojej twarzy. — Zostało mi jej jeszcze, więc jeśli będę jej dalej używać, to za parę dni wszystko powinno być już w jak najlepszym porządku — próbował ją jeszcze uspokoić, nie będąc w stanie nie dostrzec jej wzburzenia. Czasem chyba zwyczajnie zapominał, że ktoś mógł się o niego martwić, kiedy całe swoje życie pracował z magicznymi stworzeniami. I to nie byle jakimi, a panami przestworzy, którzy w swej naturze byli jednymi z najniebezpieczniejszych bestii, jakie można było napotkać na swojej drodze.