04.10.2026, 13:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.10.2026, 13:26 przez Benjy Fenwick.)
Czasami wystarczało kilka pozornie niewinnych, zupełnie inaczej interpretowanych zdań, żeby przypomnieć mi, jak niewiele miałem do zaoferowania komuś, kto zasługiwał na coś znacznie lepszego. Przez chwilę szedłem w milczeniu, przetwarzając w głowie kolejne słowa, które wypowiadała z taką szczerością i przygnębieniem, że właściwie nie pozostawało mi nic innego, jak tylko przyjąć je do wiadomości, choć nie wszystkie szczególnie przypadły mi do gustu - nie byłem na nią zły, nawet jeśli irytacja zdążyła już znaleźć sobie kilka miejsc w moim ciele, w których mogła się wygodnie rozgościć, ale coraz bardziej drażniła mnie myśl, że Prudence, zamiast po prostu przyjąć do wiadomości, że wieczór okazał się nieudany, zaczynała obarczać się winą za coś, na co nie miała najmniejszego wpływu. Nie spodobało mi się, że wciąż brała na siebie odpowiedzialność za coś, co nie wydarzyło się przez nią, szczególnie że przecież doskonale rozumiałem, dlaczego chciała mnie tam zabrać i co miało dla niej znaczyć to całe spotkanie - nie trzeba było być specjalistą od ludzkich zachowań, żeby dostrzec, że zaproszenie mnie do rodzinnego domu nie należało do kategorii spontanicznych decyzji podejmowanych bez zastanowienia, które można było później zbyć wzruszeniem ramion, kieliszkiem czegoś mocniejszego i stwierdzeniem, że „następnym razem lepiej będzie zostać przy wspólnych zakupach na straganach przy Pokątnej”. Z tego, co było mi wiadomo, jeszcze zanim uzyskałem potwierdzenie tej teorii, nie zapraszała do swojego życia byle kogo, a już z pewnością nie przyprowadzała obcych typów przed oblicze rodziców wyłącznie po to, żeby sprawdzić, czy potrafili wspólnie przetrwać jeden posiłek bez rzucania w siebie sztućcami, poza tym sam zgodziłem się przyjść, nikt nie ciągnął mnie tam siłą, nie zostałem porwany w drodze do pracy ani zwabiony do jadalni Bletchleyów pod pretekstem oględzin podejrzanego artefaktu, chociaż, zważywszy na przebieg wieczoru, ostatnia z tych możliwości mogłaby okazać się znacznie przyjemniejsza - mogłem odmówić, mogłem powiedzieć, że nie miałem ochoty, że wolałem spędzić Mabon w inny sposób albo że zwyczajnie nie czułem się dostatecznie trwałą częścią przyszłości, aby pozwolić sobie na odwiedzanie jej rodziców w święto, mogłem nawet udawać, że nagle zachorowałem, chociaż podejrzewałem, że wymyślenie odpowiednio przekonującej choroby byłoby trudniejsze niż samo siedzenie przy stole, ale tego nie zrobiłem, ponieważ chciałem tam być. Nie miałem zamiaru robić z siebie ofiary nieszczęśliwego zrządzenia losu, bo w życiu spotkałem się z sytuacjami znacznie gorszymi niż nieprzyjemna kolacja, a jeśli John Bletchley uważał, że kilka wymownych spojrzeń przy stole w jadalni i parę ostrych słów wypowiedzianych za kuchennymi drzwiami wystarczyło, żeby skutecznie zniechęcić mnie do jego córki, to najwyraźniej nie poświęcił wystarczająco dużo uwagi temu, jak bardzo potrafiłem być uparty, kiedy już na czymś lub na kimś mi zależało, zresztą, gdybym myślał wyłącznie na własnym komforcie, prawdopodobnie dawno temu nauczyłbym się wybierać sobie znacznie łatwiejsze zajęcia niż rozbrajanie klątw, pakowanie się w kłopoty i wikłanie się w relacje, które wymagały ode mnie czegoś więcej niż dobrego refleksu oraz umiejętności szybkiego wycofania się, jak nie drzwiami, to przez najbliższe okno.
- To? - Zapytałem z miną, którą z powodzeniem mógłbym wykorzystać podczas przesłuchania, gdybym akurat postanowił udawać, że nie rozumiałem nawet najprostszych pytań, nie łączyłem faktów ani nie wyciągałem wniosków. - Ciekawe, ale mógłbym się s tym nie do końca zgodziś. John ma zupełnie inny mental, co nie. - Uśmiechnąłem się krótko, ale potem…
Puściłem jej dłoń tylko po to, żeby przeczesać palcami włosy, po czym odruchowo wsunąłem obie ręce do kieszeni płaszcza, próbując opanować falę goryczy, która nie powinna była mieć z nią nic wspólnego - problem polegał na tym, że Prudence wciąż wracała do tego samego - do przekonania, że nie powinna była mnie zapraszać, że źle oceniła sytuację, że gdyby wiedziała, co się wydarzy, postąpiłaby inaczej. Za pierwszym razem puściłem te słowa mimo uszu, uznałem je za przejaw jej rozczarowania, ale kiedy usłyszałem je ponownie, coś nieprzyjemnie ścisnęło mnie pod żebrami. Nie chodziło nawet o jej ojca, bo ze starym Bletchleyem od dawna nie łączyły mnie żadne złudzenia sympatii, ani o to, że ktoś przy stole uznał mnie za niewłaściwe towarzystwo dla swojej ponad trzydziestoletniej latorośli, bo do takich opinii zdążyłem się przyzwyczaić, a poza tym nie zamierzałem udowadniać swojej wartości komuś, kto najwyraźniej wyrobił sobie o mnie zdanie, zanim jeszcze zdążyłem zdjąć płaszcz. Zabolało mnie natomiast, że zaczęła mówić o mojej obecności w taki sposób, jakby sam pomysł zaproszenia mnie był błędem - jasne - nigdy nie miałem szczególnego talentu do budowania sobie dobrej opinii, moje dotychczasowe doświadczenia sugerowały, że im bardziej się starałem, tym częściej kończyłem w sytuacjach wymagających wyjaśnień, których nikt nie zamierzał słuchać, mimo wszystko nie spodziewałem się, że właśnie Prudence Madison Bletchley, o ironio, ponownie sprawi, iż zacznę się nad tym zastanawiać.
- Nie musisz mi tego powtaszaś. - Słowa same wydostały mi się z ust, brzmiąc nieco ostrzej, niż zamierzałem, więc odetchnąłem powoli i odwróciłem wzrok w stronę drogi, zanim zdążyłem zobaczyć, jak zareagowała, bo przecież rozumiałem, skąd brała się potrzeba przeprosin. - Zlosumiałem za pielwszym lasem, sze szałujesz, sze mnie zaplosiłaś. Naplawdę nie musisz szukaś kolejnych sposobów, szeby pszeplosiś mnie za pomyłkę w osądzie. - Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, jak to zabrzmiało, ale nie cofnąłem wypowiedzianego przekazu, wręcz przeciwnie, zamiast tego wsunąłem dłonie głębiej do kieszeni płaszcza i odrobinę szybciej ruszyłem przed siebie, czując, że wieczór, który miał być okazją do spędzenia czasu razem, właśnie znalazł kolejny sposób, żeby przypomnieć mi, jak kiepsko radziłem sobie z rzeczami, na których naprawdę mi zależało.
- Jeśli jusz mamy szukaś winnego, to ploponuję zacząś ode mnie. Mogłem odmówiś, plawda? - Spojrzałem w przód, nie na Prue, z niechętnym uśmiechem. - To nie byłoby moje pielwsze Mabon spędzone w pojedynkę i zapewne nie ostatnie, więc nie stałaby mi się szadna kszywda. - Przesunąłem dłonią po twarzy, czując, że zacząłem mówić szybciej, co nigdy nie wróżyło niczego dobrego. - Nie musiałaś blaś na siebie odpowiedzialności za to, szebym pszypadkiem nie spędził tego jednego wieczoru smutny i osamotniony. - Zabrzmiało to bardziej gorzko, niż planowałem, ale nie potrafiłem już udawać, że zasłyszane słowa nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Nie chodziło nawet o to, że jej ojciec mnie nie polubił, bo przecież nigdy nie oczekiwałem, że John Bletchley nagle uzna mnie za wymarzonego kandydata do spędzania czasu z jego córką - chodziło o to, że sama Prue najwyraźniej uznała, iż powinna była mnie przed tym wszystkim ochronić, a ja nie chciałem, żeby traktowała mnie jak kogoś, kogo należało trzymać z dala od jej rodziny, żeby przypadkiem nie popsuć sobie wieczoru.
Zamilkłem na chwilę, nie chcąc wyciągać jeszcze bardziej pochopnych wniosków z jej przekazu, ale nie zamierzałem również udawać, że w ogóle mnie to nie dotknęło - nie byłem szczególnie dobry w podobnych rozmowach, zdecydowanie lepiej radziłem sobie z rzeczami, które można było rozpoznać, nazwać i w miarę możliwości unieszkodliwić, jednak Prudence zasługiwała na szczerość, nawet jeśli nie potrafiłem podać jej w szczególnie eleganckiej formie - samotne świętowanie nie stanowiło dla mnie żadnej nowości, podobnie jak spędzanie wieczorów we własnym towarzystwie, kiedy jedynym żywym stworzeniem w pobliżu był szczur, prawdopodobnie lekko wściekły, który regularnie próbował włamać mi się do plecaka. Nie miałem nic przeciwko takiej formie spędzania czasu, czasem nawet zdarzało mi się ją wręcz preferować, zwłaszcza kiedy po całym dniu pracy potrzebowałem ciszy i pewności, że nikt nie będzie próbował wciągać mnie w dyskusję, której sens sprowadzał się do udowodnienia mi, że wszyscy obecni mają rację, tylko ja się mylę - mimo to wolałem być dziś w gronie ludzi bliskich mojej kobiecie, choćby tymczasowej, nawet jeśli oznaczało to konieczność znoszenia nieprzychylnych spojrzeń gospodarza, ponieważ sama obecność Prue była dla mnie wystarczającym powodem, żebym mógł uznać ten wieczór za wart zachodu.
- Poza tym nie zamieszam udawaś, sze nie wiedziałem, na co się piszę. - Uniosłem lekko brwi, zatrzymując się na sekundę, aby spojrzeć na Pruey, nim wzruszyłem ramionami, próbując nadać temu zdaniu lżejszy ton. - Mosze nie pszewidziałem wszystkich atlakcji, ale pszecież nikt mi nie obiecywał, sze zostanę pszyjęty s otwaltymi lamionami, będąc… Cósz… Mną. - Mogłem być przyjacielem Eliasa, mogłem spędzać czas w jego towarzystwie i zachowywać się tak, jakby wszystko ukadało się zupełnie zwyczajnie, jak to w życiu kumpli, ale nigdy nie zmieniało to faktu, że dla jego ojca pozostawałem Aloysiusem Rookwoodem, czyli osobą, której najchętniej nie widziałby w pobliżu swojej rodziny. Nie potrzebowałem szczególnie rozwiniętej zdolności przewidywania przyszłości, żeby zrozumieć, że upływ lat niekoniecznie wpłynął na poglądy starego w takim stopniu, w jakim wpłynął na kolor jego włosów, natomiast bycie wybrankiem jego córki musiało znaleźć się w ścisłej czołówce koszmarów, zaraz obok perspektywy utraty dachu nad głową i konieczności przyznania, że przez całe życie mylił się w jakiejś istotnej sprawie.
- Podejszewam, że gdyby mógł wybielaś, wolałby jusz nawet niektóle klątwy, któlymi zajmuje się zawodowo. Pszynajmniej wiedziałby, czego się po nich spodziewaś. - Ostatnie słowa również zabrzmiały odrobinę bardziej cierpko i mniej humorystycznie, niż zamierzałem, więc odetchnąłem przez nos i odwróciłem wzrok ku drodze w dół wzgórza, jaką mieliśmy do pokonania, zanim zdążyłem dodać coś, czego później musiałbym żałować, gdyż ja sam również nie byłem szczególnie zachwycony perspektywą bycia uznanym za niepożądanego zalotnika, zwłaszcza przez ojca kobiety, na której mi zależało, jeszcze mniej podobało mi się natomiast to, że Prudence mogła pomyśleć, iż powinna była przewidzieć jego reakcję i na tej podstawie zrezygnować z zaproszenia mnie na kolację.
- W moim domu bywało nie lepiej, jeśli cię to pocieszy. Wyoblaś sobie atmosfelę pogszebu, na któlym wszyscy wiedzą, kto bęsie następny w kolejce. Uloszy klimacik. Balso odświętny. - Ponownie wypuściłem powietrze nosem, kręcąc głową, po czym znów ruszyłem przed siebie, wyciągając ku niej dłoń, aby pociągnąć ją delikatnie za rękę, o ile zechciałaby mi podać swoją, żebyśmy nie stali na środku drogi, wystawieni na chłód i wiatr. Nie chciałem, żeby zaczęła się zastanawiać, czy nasza relacja była dla mnie mniej ważna, niż mogło wynikać z tego, że się spiąłem, ani że potem bez większego problemu szydziłem sobie z całej sytuacji, ale humor tego typu od zawsze pomagał mi zachować dystans, szczególnie kiedy nie mogłem niczego naprawić siłą własnych rąk, nie oznaczało to jednak, że nie dostrzegałem tego, co działo się w jej głowie. - Nie pszejmuj się tym. Naplawdę. - Ponownie odwróciłem głowę, wpatrując się w ciemniejące drzewa, wypuszczając powietrze przez nos i próbując uspokoić irytację, zanim zdążyła przerodzić się w coś, czego żadne z nas nie chciało tej nocy. Nie zamierzałem wycofywać się z tego, co powiedziałem, ale nie chciałem też, żeby pomyślała, że jej żal był mi obojętny, po prostu nie potrafiłem już udawać, że kolejne zapewnienia o tym, jak bardzo źle poszło nam to spotkanie, nie zaczęły uderzać również we mnie.
- To? - Zapytałem z miną, którą z powodzeniem mógłbym wykorzystać podczas przesłuchania, gdybym akurat postanowił udawać, że nie rozumiałem nawet najprostszych pytań, nie łączyłem faktów ani nie wyciągałem wniosków. - Ciekawe, ale mógłbym się s tym nie do końca zgodziś. John ma zupełnie inny mental, co nie. - Uśmiechnąłem się krótko, ale potem…
Puściłem jej dłoń tylko po to, żeby przeczesać palcami włosy, po czym odruchowo wsunąłem obie ręce do kieszeni płaszcza, próbując opanować falę goryczy, która nie powinna była mieć z nią nic wspólnego - problem polegał na tym, że Prudence wciąż wracała do tego samego - do przekonania, że nie powinna była mnie zapraszać, że źle oceniła sytuację, że gdyby wiedziała, co się wydarzy, postąpiłaby inaczej. Za pierwszym razem puściłem te słowa mimo uszu, uznałem je za przejaw jej rozczarowania, ale kiedy usłyszałem je ponownie, coś nieprzyjemnie ścisnęło mnie pod żebrami. Nie chodziło nawet o jej ojca, bo ze starym Bletchleyem od dawna nie łączyły mnie żadne złudzenia sympatii, ani o to, że ktoś przy stole uznał mnie za niewłaściwe towarzystwo dla swojej ponad trzydziestoletniej latorośli, bo do takich opinii zdążyłem się przyzwyczaić, a poza tym nie zamierzałem udowadniać swojej wartości komuś, kto najwyraźniej wyrobił sobie o mnie zdanie, zanim jeszcze zdążyłem zdjąć płaszcz. Zabolało mnie natomiast, że zaczęła mówić o mojej obecności w taki sposób, jakby sam pomysł zaproszenia mnie był błędem - jasne - nigdy nie miałem szczególnego talentu do budowania sobie dobrej opinii, moje dotychczasowe doświadczenia sugerowały, że im bardziej się starałem, tym częściej kończyłem w sytuacjach wymagających wyjaśnień, których nikt nie zamierzał słuchać, mimo wszystko nie spodziewałem się, że właśnie Prudence Madison Bletchley, o ironio, ponownie sprawi, iż zacznę się nad tym zastanawiać.
- Nie musisz mi tego powtaszaś. - Słowa same wydostały mi się z ust, brzmiąc nieco ostrzej, niż zamierzałem, więc odetchnąłem powoli i odwróciłem wzrok w stronę drogi, zanim zdążyłem zobaczyć, jak zareagowała, bo przecież rozumiałem, skąd brała się potrzeba przeprosin. - Zlosumiałem za pielwszym lasem, sze szałujesz, sze mnie zaplosiłaś. Naplawdę nie musisz szukaś kolejnych sposobów, szeby pszeplosiś mnie za pomyłkę w osądzie. - Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, jak to zabrzmiało, ale nie cofnąłem wypowiedzianego przekazu, wręcz przeciwnie, zamiast tego wsunąłem dłonie głębiej do kieszeni płaszcza i odrobinę szybciej ruszyłem przed siebie, czując, że wieczór, który miał być okazją do spędzenia czasu razem, właśnie znalazł kolejny sposób, żeby przypomnieć mi, jak kiepsko radziłem sobie z rzeczami, na których naprawdę mi zależało.
- Jeśli jusz mamy szukaś winnego, to ploponuję zacząś ode mnie. Mogłem odmówiś, plawda? - Spojrzałem w przód, nie na Prue, z niechętnym uśmiechem. - To nie byłoby moje pielwsze Mabon spędzone w pojedynkę i zapewne nie ostatnie, więc nie stałaby mi się szadna kszywda. - Przesunąłem dłonią po twarzy, czując, że zacząłem mówić szybciej, co nigdy nie wróżyło niczego dobrego. - Nie musiałaś blaś na siebie odpowiedzialności za to, szebym pszypadkiem nie spędził tego jednego wieczoru smutny i osamotniony. - Zabrzmiało to bardziej gorzko, niż planowałem, ale nie potrafiłem już udawać, że zasłyszane słowa nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Nie chodziło nawet o to, że jej ojciec mnie nie polubił, bo przecież nigdy nie oczekiwałem, że John Bletchley nagle uzna mnie za wymarzonego kandydata do spędzania czasu z jego córką - chodziło o to, że sama Prue najwyraźniej uznała, iż powinna była mnie przed tym wszystkim ochronić, a ja nie chciałem, żeby traktowała mnie jak kogoś, kogo należało trzymać z dala od jej rodziny, żeby przypadkiem nie popsuć sobie wieczoru.
Zamilkłem na chwilę, nie chcąc wyciągać jeszcze bardziej pochopnych wniosków z jej przekazu, ale nie zamierzałem również udawać, że w ogóle mnie to nie dotknęło - nie byłem szczególnie dobry w podobnych rozmowach, zdecydowanie lepiej radziłem sobie z rzeczami, które można było rozpoznać, nazwać i w miarę możliwości unieszkodliwić, jednak Prudence zasługiwała na szczerość, nawet jeśli nie potrafiłem podać jej w szczególnie eleganckiej formie - samotne świętowanie nie stanowiło dla mnie żadnej nowości, podobnie jak spędzanie wieczorów we własnym towarzystwie, kiedy jedynym żywym stworzeniem w pobliżu był szczur, prawdopodobnie lekko wściekły, który regularnie próbował włamać mi się do plecaka. Nie miałem nic przeciwko takiej formie spędzania czasu, czasem nawet zdarzało mi się ją wręcz preferować, zwłaszcza kiedy po całym dniu pracy potrzebowałem ciszy i pewności, że nikt nie będzie próbował wciągać mnie w dyskusję, której sens sprowadzał się do udowodnienia mi, że wszyscy obecni mają rację, tylko ja się mylę - mimo to wolałem być dziś w gronie ludzi bliskich mojej kobiecie, choćby tymczasowej, nawet jeśli oznaczało to konieczność znoszenia nieprzychylnych spojrzeń gospodarza, ponieważ sama obecność Prue była dla mnie wystarczającym powodem, żebym mógł uznać ten wieczór za wart zachodu.
- Poza tym nie zamieszam udawaś, sze nie wiedziałem, na co się piszę. - Uniosłem lekko brwi, zatrzymując się na sekundę, aby spojrzeć na Pruey, nim wzruszyłem ramionami, próbując nadać temu zdaniu lżejszy ton. - Mosze nie pszewidziałem wszystkich atlakcji, ale pszecież nikt mi nie obiecywał, sze zostanę pszyjęty s otwaltymi lamionami, będąc… Cósz… Mną. - Mogłem być przyjacielem Eliasa, mogłem spędzać czas w jego towarzystwie i zachowywać się tak, jakby wszystko ukadało się zupełnie zwyczajnie, jak to w życiu kumpli, ale nigdy nie zmieniało to faktu, że dla jego ojca pozostawałem Aloysiusem Rookwoodem, czyli osobą, której najchętniej nie widziałby w pobliżu swojej rodziny. Nie potrzebowałem szczególnie rozwiniętej zdolności przewidywania przyszłości, żeby zrozumieć, że upływ lat niekoniecznie wpłynął na poglądy starego w takim stopniu, w jakim wpłynął na kolor jego włosów, natomiast bycie wybrankiem jego córki musiało znaleźć się w ścisłej czołówce koszmarów, zaraz obok perspektywy utraty dachu nad głową i konieczności przyznania, że przez całe życie mylił się w jakiejś istotnej sprawie.
- Podejszewam, że gdyby mógł wybielaś, wolałby jusz nawet niektóle klątwy, któlymi zajmuje się zawodowo. Pszynajmniej wiedziałby, czego się po nich spodziewaś. - Ostatnie słowa również zabrzmiały odrobinę bardziej cierpko i mniej humorystycznie, niż zamierzałem, więc odetchnąłem przez nos i odwróciłem wzrok ku drodze w dół wzgórza, jaką mieliśmy do pokonania, zanim zdążyłem dodać coś, czego później musiałbym żałować, gdyż ja sam również nie byłem szczególnie zachwycony perspektywą bycia uznanym za niepożądanego zalotnika, zwłaszcza przez ojca kobiety, na której mi zależało, jeszcze mniej podobało mi się natomiast to, że Prudence mogła pomyśleć, iż powinna była przewidzieć jego reakcję i na tej podstawie zrezygnować z zaproszenia mnie na kolację.
- W moim domu bywało nie lepiej, jeśli cię to pocieszy. Wyoblaś sobie atmosfelę pogszebu, na któlym wszyscy wiedzą, kto bęsie następny w kolejce. Uloszy klimacik. Balso odświętny. - Ponownie wypuściłem powietrze nosem, kręcąc głową, po czym znów ruszyłem przed siebie, wyciągając ku niej dłoń, aby pociągnąć ją delikatnie za rękę, o ile zechciałaby mi podać swoją, żebyśmy nie stali na środku drogi, wystawieni na chłód i wiatr. Nie chciałem, żeby zaczęła się zastanawiać, czy nasza relacja była dla mnie mniej ważna, niż mogło wynikać z tego, że się spiąłem, ani że potem bez większego problemu szydziłem sobie z całej sytuacji, ale humor tego typu od zawsze pomagał mi zachować dystans, szczególnie kiedy nie mogłem niczego naprawić siłą własnych rąk, nie oznaczało to jednak, że nie dostrzegałem tego, co działo się w jej głowie. - Nie pszejmuj się tym. Naplawdę. - Ponownie odwróciłem głowę, wpatrując się w ciemniejące drzewa, wypuszczając powietrze przez nos i próbując uspokoić irytację, zanim zdążyła przerodzić się w coś, czego żadne z nas nie chciało tej nocy. Nie zamierzałem wycofywać się z tego, co powiedziałem, ale nie chciałem też, żeby pomyślała, że jej żal był mi obojętny, po prostu nie potrafiłem już udawać, że kolejne zapewnienia o tym, jak bardzo źle poszło nam to spotkanie, nie zaczęły uderzać również we mnie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)