– Zawsze podczas wycieczek do innego kraju natykasz się na tajemnice do rozwikłania, z którymi nie potrafią sobie poradzić miejscowi? – zapytała, uśmiechając się pod nosem może nawet trochę bezczelnie, ale nie dało się zaprzeczyć, że to była bardzo osobliwa sytuacja: znaleźć się w obcym kraju, ładować w jego problemy, często nie znając języka czy obowiązującego prawa… Jaka była nagroda? Galeony? Spokój ducha? Sława? Może jeszcze coś innego? Guinevere wiedziała, co podziałałoby na nią, tym niemniej raczej ot tak by się w coś podobnego nie władowała. Nawet mieszkając w Anglii i uczciwie tu pracując, do tej pory raczej nie wchodziła w paradę funkcjonariuszom i nie robiła za nich tego, co doń należało. Tym niemniej rozpoznawała w tym pewną bezkompromisowość i zamiłowanie do rozwikłania tajemnic po sznurku…
– Czyli więc mamy tutaj pieczęci i klątwę? – uśmiechnęła się ubawiona, bo Ceolsige nie mogła gorzej trafić. Guinevere nie zajmowała się klątwami, ani pieczęciami, ani żadnymi mechanizmami ani starożytnymi runami – wszystko, o czym wedle opisu, opierała się cała ta sprawa. Owszem, była archeologiem po skończonych kursach, miała wieloletnie doświadczenie, a jednak to w innych dziedzinach się specjalizowała. Natomiast mając wykształcenie uzdrowicielskie nadal nie widziała co klątwa maledictusa miała wspólnego z tą sprawą. – Cel i przeznaczenie wydają mi się dość oczywiste, prawdę mówiąc. To prawdopodobnie był jakiś obiekt sakralny związany z religią. Trochę dziwne, że akurat chodziło o grecką mitologię na terenie Italii, ale być może wpływy i inspiracje w dawnych czasach wyglądały trochę inaczej… Fanatyzm religijny nigdy nie kończy się dobrze, standardowo w takich sprawach chodzi o znalezienie sobie awatara boga lub boginii, rytuały mające przynieść… zdrowie, pomyślność, pieniądze magiczną moc… wieczną młodość… miłość ukochanej lub ukochanego. Najczęściej szaleńcom chodzi o zysk i czysty egoizm. A biorąc pod uwagę symbolikę syren w starożytności… łatwo można założyć, że być może chodzi właśnie o te ostatnie rzeczy – ale oczywiście Guinevere mogła się bardzo mylić. Ostatecznie bazowała tutaj jedynie na opowieści jednej ze stron i swoim doświadczeniu, nie widziała tego na własne oczy.
– Och, chodzi ci o moją rodzinę? – dotarło to w końcu do Ginewry, która uśmiechnęła się życzliwie. – To nasza daleka rodzina, z którą nie utrzymujemy kontaktu. Tak to zwykle jest, gdy ktoś wyjedzie za granicę, założy tam rodzinę… miną lata, pokolenia i jakoś kontakt się zaciera. Może w jakiś sposób jest to sprawa rodzinna, ale obecnie tego nie dostrzegam. A gwarantuję ci, że mamy lepsze rzeczy do roboty, niż wypisywanie obrażonych listów, bo ktoś natknął się na jakichś dalekich krewnych ze słonecznej Italii – z czystokrwistymi rodami był właśnie taki problem: zdawali się mieć za dużo czasu na osobiste wojenki, a za mało na rzeczy istotne. Oni tutaj mieli pełne ręce roboty przy zwierzętach, Ginny pracowała w Walii, związana była z Egiptem, nie z rodziną we Włoszech i może źle to brzmiało, ale byli jej… obcy i w ten sposób obojętni. Może właśnie w ten sposób utrzymywało się status rodziny czystej krwi: zabiegając o to, a nie mając gdzieś jakąś listę opublikowaną przez – no cóż – fanatyka, który miał czas szufladkować ludzi, zamiast zająć się czymś pożytecznym. McGonagallowie nie mogli bardziej przejść obok tego obojętnie, pochłonięci faktyczną zmianą świata na lepsze. – Mam tylko prośbę… jeśli się o czymś dowiesz, to daj znać nam, a nie całej Wielkiej Brytanii – bo niekoniecznie chciała czytać w gazetach o poczynaniach dalekiej rodziny z innego kraju, potencjalnie w niekorzystnym świetle, kojarząc to z rodziną tutaj, rodziną, która pilnowała własnego nosa.
– Prawdę mówiąc, to co opisujesz brzmi bardziej jak jakaś potężna magia zauroczeń – kolejna dziedzina, z którą Ginewra nie mogła pomóc, bo jeśli była w czymś beznadziejna, to właśnie w tym. Ciągle się uśmiechała, bo wręcz pech Ceolsige wydawał się być tutaj prawdziwym chichotem losu. – Magia zauroczeń i transmutacji, niekoniecznie klątwa per se, chociaż metaforycznie mówiąc, to z pewnością klątwa… – owszem, zamiana wbrew woli ale to nie kładło się w głowie McGonagall przy klątwie krwi. Takie były właśnie jej skojarzenia. – Klątwa krwi to klątwa dziedziczna, powodująca w ofierze i jej potomkach różne… dolegliwości. To co opisujesz nie sugeruje czegoś podobnego. Ale lepiej to skonsultować z klątwołamaczem – powiedziała po chwili.