05.10.2026, 21:02 ✶
Kłamstwo nie było przyjemne, lecz każdy czasem wybierał mniej szkodliwą wersję prawdy, szczególnie kiedy prawda mogła tylko pogorszyć sytuację. Nie miałem jednak ochoty opowiadać o naszej rozmowie, nie dlatego, że uważałem Prudence za osobę, przed którą należało ukrywać podobne rzeczy, tylko dlatego, że nie widziałem żadnego sensu w dokładaniu jej kolejnego powodu do zmartwień, skoro i tak zdążyła już uznać, że powinna przeprosić mnie za zachowanie własnego ojca. Poza tym, gdybym zaczął odtwarzać wszystkie uprzejmości, którymi John raczył mnie w zaciszu, musiałbym prawdopodobnie poświęcić na to resztę wieczoru, a nie zamierzałem spędzać naszego jedynego Mabon na wspólnym sporządzaniu listy powodów, dla których rodzice mojej dziewczyny nie powinni byli nigdy dowiedzieć się o moim istnieniu.
- Nie jestem asz tak tępy. Pszynajmniej chciałbym wieszyś, sze jeszcze nie. - Odmruknąłem z wyłącznie na wpół rozbawionym prychnięciem, słysząc ton głosu Prue i wiedząc, że oboje doskonale zrozumieliśmy, czym była podyktowana moja odpowiedź na jej aluzję.
Patrzyłem przed siebie, na ciemną drogę ciągnącą się między drzewami, na wilgotne liście przyklejone do kamieni przy krawężnikach i krawędziach płotów, na światło z odległych okien, które rozlewało się po chodniku, potrzebowałem tych kilku sekund, żeby zrozumieć, w jakim właściwie kierunku skręciła nasza dyskusja, ponieważ nie chodziło już o jej ojca, o niezręczną kolację ani nawet o moje nazwisko, które najwyraźniej po latach wróciło do domu Bletchleyów razem ze mną. Przez kilka kroków nic nie mówiłem, bo tamto wyjaśnienie powinno było wystarczyć, żeby zamknąć temat, tylko że… Zamiast tego zrobiło coś dokładnie odwrotnego…
Cholera, wierzyłem jej, naprawdę, wierzyłem jej może nawet zbyt łatwo, co samo w sobie było już pewnym problemem, biorąc pod uwagę, jak długo oboje próbowaliśmy utrzymywać między sobą tę wygodną fikcję, że wszystko, co się działo, miało swój początek, koniec oraz jasno określone warunki. Właśnie dlatego słowa o tym, że nie żałowała zaproszenia mnie, powinny były mnie uspokoić, lecz kiedy dodała, że zależało jej na mnie, poczułem nieprzyjemny ucisk gdzieś pod żebrami, zupełnie nieadekwatny do sytuacji i zdecydowanie mniej wygodny do przełknięcia niż wcześniejsza złość. Nie chciałem ranić Prue, lecz jednocześnie nie miałem zamiaru udawać, że nagle zmieniłem zdanie tylko dlatego, iż zobaczyłem zupełnie nieadekwatne wyrzuty sumienia ze strony kogoś, kto nigdy nie powinien był ich mieć, może dlatego odwróciłem wzrok, unikając spojrzenia kobiety, której opinia była dla mnie dużo bardziej istotna od oceny otoczenia, lecz jednocześnie wciąż nie zgadzała się z moim własnym osądem - od lat wiedziałem, że nie nadawałem się do przedstawiania rodzicom, mimo wyrażenia chęci, aby zmienić to tego wieczoru - nie byłem odpowiednim kandydatem, którego można było przyprowadzić do rodzinnego domu, posadzić obok siebie przy stole, pochwalić za dobre maniery i później odprowadzić do drzwi z poczuciem, że dokonało się rozsądnego wyboru, zbyt wiele rzeczy we mnie było… Nie na miejscu. Nazwisko. Przeszłość. Reputacja. Praca. Ludzie, których znałem. Ludzie, którzy znali mnie. Nawet sposób, w jaki funkcjonowałem, nie należał do tych, które szczególnie dobrze sprawdzały się podczas rodzinnych spędów, wiedziałem o tym od dawna, więc nie zamierzałem nagle udawać zaskoczonego, że rzeczywistość postanowiła potwierdzić moje przypuszczenia.
Kontynuowałem marsz przez kilka kroków, chociaż coraz mniej uwagi poświęcałem temu, dokąd właściwie szliśmy, gdyż nasze uwagi nie pozostawiły mi zbyt wiele miejsca na udawanie, że nie zrozumiałem, co próbowała powiedzieć, właściwie rozumiałem ją aż nazbyt dobrze, tylko problem polegał na tym, że im dłużej mówiła, tym bardziej miałem ochotę zatrzymać tę rozmowę w miejscu, w którym jeszcze mogłem sobie wmówić, że chodziło wyłącznie o Johna Bletchleya. Nie chodziło, rzecz jasna, nie po tym, co powiedziała później… Nie po tym, kiedy cicho przyznała, że jej na mnie zależało, a ja zamiast ulgi poczułem ciężar gdzieś pod żebrami, ponieważ wśród tych wszystkich wyjaśnień znalazło się właśnie to jedno zdanie, którego nie potrafiłem potraktować tak samo jak pozostałych - „bo mi na tobie zależy” - niby nic wielkiego, kilka zwyczajnych słów, które w innych okolicznościach mogłyby przejść mimochodem, bez większego znaczenia, potraktowane lekką ręką, lecz przecież Prudence nigdy nie mówiła rzeczy nieświadomie. Nie powiedziałaby tego ot tak, nie po tym wszystkim, co zdążyło się między nami wydarzyć.
Przez lata nauczyłem się, że najbezpieczniejszym rozwiązaniem było uprzedzić cudzą ocenę własną oceną siebie - jeśli sam pierwszy powiedziałem, że byłem kiepską partią, nikt nie mógł mnie tym szczególnie mocno zranić, jeśli sam mówiłem, że się do tego wszystkiego nie nadaję, nie musiałem czekać, aż ktoś zrobi to za mnie - Prudence wiedziała o tym doskonale, bo powtarzałem jej to od początku. Wolałem, żeby była zła na ojca niż na siebie, lecz jednocześnie nie podobało mi się, że w ogóle musiała się za niego wstydzić, bo nie była odpowiedzialna za jego zachowanie, nie musiała mnie przed nim bronić, nie musiała tłumaczyć mi jego reakcji, nie musiała również brać na siebie konsekwencji jego decyzji. Prawdę mówiąc, wolałem też przekleństwa, groźby, klątwy, nawet spojrzenia, które mogłyby wypalić dziurę w stole, gdyż z jasno werbalizowanymi uczuciami zawsze radziłem sobie gorzej - szczególnie z cudzymi, kiedy nagle okazywało się, że dotyczyły również mnie - nie zamierzałem jej za to karać ciszą ani odsuwać się od niej, lecz nie chciałem również robić tego, co robiłem przez większą część własnego życia, czyli udawać, że coś nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia, tylko dlatego, że wszystkim wokół - w tym poniekąd przede wszystkim mi - było wygodniej, kiedy nie przyznawałem się do rzeczy, które potrafiły mnie obnażyć i zranić.
Słysząc, że nie wiedziała, dlaczego miałbym spędzać Mabon sam, coś ponownie bardzo nieprzyjemnie ścisnęło mnie w żołądku - to było idiotyczne uczucie, którego zdecydowanie nie potrzebowałem, lecz najwyraźniej postanowiło mi dziś towarzyszyć - samotne Mabon nie było dla mnie niczym niezwykłym, potrafiłem spędzić takie dni bez większego problemu, zrobić sobie kolację, napić się czegoś mocniejszego, zająć się pracą, posiedzieć przy ogniu i pozwolić, żeby wieczór skończył się bez żadnego wielkiego wydarzenia, przeżyłem gorsze rzeczy niż brak kolacji z bliskimi, tymczasem Prudence mówiła o tym tak, jakby samo założenie, że miałbym zostać sam, było czymś niewłaściwym, jakby naturalnym było, że powinniśmy być razem i… Właśnie to było problemem, nieprawdaż, bo zdanie również powinno było wystarczyć, żeby cała reszta przestała mieć znaczenie, lecz zamiast tego poczułem ponowne ukłucie gdzieś pod żebrami, gdyż nagle uświadomiłem sobie, że od kilku minut próbowałem przekonać ją do czegoś, czego sam wcale nie chciałem usłyszeć - założenie, iż „byliśmy razem, więc świętowaliśmy razem” zamiast przynieść mi ulgę, sprawiło, że dostrzegłem jeszcze wyraźniej, jak bardzo rozminęliśmy się w tej rozmowie.
- Plue… - Zacząłem, lecz urwałem, ponieważ przez chwilę nie miałem pojęcia, co właściwie powinienem powiedzieć. Dlaczego miałbym spędzać Mabon sam, skoro byliśmy razem? To było proste, przynajmniej w teorii, tyle że właśnie w tym tkwił problem. Do niedawna odpowiedź brzmiałaby dla mnie jasno - „bo tak wygląda moje życie” - Mabon, Samhain, Yule, święta, urodziny, wszystkie te dni, podczas których ludzie szczególnie mocno przypominali sobie o tym, z kim chcieli siedzieć przy stole, spędzałem zwykle po swojemu i nie uważałem tego za tragedię, po prostu nie miałem zwyczaju budować sobie całego życia wokół drugiej osoby, teraz Prudence mówiła mi, że skoro byliśmy razem, nie powinienem być sam, i brzmiało to niebezpiecznie podobnie do czegoś, co powiedziałaby dziewczyna o swoim chłopaku, gdyby ten chłopak był kimś więcej niż tymczasowym rozwiązaniem problemu samotności. Spojrzałem na nasze ramiona blisko siebie, potem znów na nią i… Tym wyraźniej dotarło do mnie, że nie rozmawialiśmy już o kolacji - kolacja była tylko pretekstem - chodziło o to, co wydarzyło się pomiędzy nami przez ostatnie dni, o to, co oboje próbowaliśmy nazywać „tymczasowym układem”, żartem, „romansem z terminem ważności”, czymś, co miało być proste właśnie dlatego, że żadne z nas nie miało zamiaru zadawać zbyt wielu pytań i formułować zbyt wielu wniosków, próbując wmówić sobie, że chodziło o Spaloną Noc, o wspólne przeżycie czegoś, czego nie powinniśmy byli zobaczyć, o tę szczególną więź, która potrafiła powstać pomiędzy dwiema osobami po przejściu przez koszmar. Była to wygodna teoria, nawet całkiem rozsądna, miała tę ogromną zaletę, że pozwalała nie zastanawiać się nad tym, dlaczego od jakiegoś czasu przestawaliśmy zachowywać się jak dwoje ludzi, którzy zawarli tymczasowy układ i pilnowali jego granic. Problem polegał na tym, że od pewnego czasu coraz mniej rzeczy między nami przypominało coś prostego. Przypomniałem sobie wszystkie te drobne sytuacje, które początkowo można było uznać za przypadek, każde pozostanie trochę dłużej zakończone spędzaniem praktycznie każdej nocy w jednym łóżku, każdą intymną rozmowę, która powinna była zakończyć się zupełnie inaczej niż w rzeczywistości, każdy gest, którego nie potrzebowaliśmy, jeśli naprawdę chodziło wyłącznie o układ. Teraz staliśmy na ciemnej ulicy po sabacie z Bletchleyami i Eliasem, Prudence mówiła mi, że zależało jej na mnie, i że nie przyprowadzała do domu mężczyzn od czasu swojego zmarłego narzeczonego, natomiast ja próbowałem wmówić sobie, że powinienem potraktować to wyłącznie jako informację dotyczącą sytuacji rodzinnej - było to wyjątkowo wygodne kłamstwo - niestety, coraz gorzej mi wychodziło.
Nie potrzebowałem kolejnego zapewnienia, że jej ojciec zachował się fatalnie, bo doskonale wiedziałem, że tak było. Nie potrzebowałem też zapewnienia, że mnie nie żałowała, bo podświadomie wiedziałem, czym się kierowała, ale kiedy mówiła o tym, jak bardzo chciała, żeby wszystko wyglądało inaczej, jak bardzo liczyła na normalny wieczór, jak bardzo bała się konsekwencji własnej decyzji, zacząłem słyszeć w tym coś więcej niż zwykłe rozczarowanie. Byłem wystarczająco zgorzkniały, żeby natychmiast dopisać sobie resztę, nie chciałem być wobec niej niesprawiedliwy, lecz jednocześnie nie zamierzałem teraz cofać własnych słów tylko dlatego, że zobaczyłem, iż ją zraniły - były prawdziwe - od lat wiedziałem, że nie nadawałem się do takich sytuacji, nie nadawałem się do stawania przy czyimś boku w ciepłym domu, do wymiany uścisku dłoni z ojcem dziewczyny, do siedzenia przy rodzinnym stole pod czujnym spojrzeniem krewnych. Nie dlatego, że nie potrafiłem zachować się przyzwoicie, potrafiłem, potrafiłem nawet przez kilka godzin udawać wyjątkowo dobrze wychowanego, spokojnego faceta, który nigdy w życiu nie miał problemów z prawem ani z cudzymi oczekiwaniami, problem pojawiał się później, kiedy ktoś zaczynał oczekiwać, że ta wersja mnie pozostanie na miejscu. Nie chodziło nawet o moje nazwisko, chociaż zarówno „Rookwood” jak i samo „Fenwick” potrafiło otworzyć kilka bardzo interesujących drzwi oraz zatrzasnąć znacznie więcej, niż ktokolwiek potrzebował - problem tkwił we mnie - w tym, co robiłem, jak żyłem, jakie decyzje podejmowałem i jak niewiele z tego pasowało do wyobrażenia o mężczyźnie, którego można spokojnie posadzić przy stole, nalać mu wina i potem z czystym sumieniem pozwolić córce wyjść z nim przez drzwi. Prudence mogła uważać, że jej ojciec nie miał prawa mnie oceniać, lecz to nie oznaczało, że ta ocena była całkowicie pozbawiona podstaw. Wystarczyło zresztą, że przez chwilę znalazłem się z nim sam na sam w kuchni, żeby przekonać się, iż pamięć niektórych osób działała równie sprawnie, co umiejętność wyciągania wniosków na podstawie zeszłych doświadczeń i teraźniejszych przekonań, szczególnie tych, które prowadziły do konkluzji niekorzystnych dla mnie.
Nie zaprotestowałem, kiedy nazwała swojego ojca „bucem”, wręcz przeciwnie, parsknąłem cicho pod nosem, ponieważ trudno było mi znaleźć dla tej diagnozy szczególnie mocny kontrargument. John Bletchley nie lubił mnie od czasu, kiedy byłem młodym szczylem, który włóczył się za jego synem i śmiertelnie wkurwiał jego córkę - tę samą, która teraz znajdowała się obok - więc naprawdę trudno było mi uwierzyć w to, że po kilkunastu latach nagle przestał być chamem, tak jak w to, że odkrył we mnie cechy, które uznał za godne przyjęcia pod własnym dachem. Zmieniłem się, owszem, dorosłem, przestałem być szkolnym zawadiaką, zacząłem wykonywać pracę, która wymagała ode mnie odrobinę więcej rozsądku niż dawniej, nauczyłem się też nie reagować na każdą zaczepkę tak, jakbym właśnie dostał zaproszenie do bójki, nie oznaczało to jednak, że stałem się kimś, kogo chciałby oglądać, wręcz przeciwnie, jeśli miałem zgadywać, moje pojawienie się w nieoczekiwanej roli mogło znajdować się u tego faceta bardzo wysoko na prywatnej liście potwarzy. Zbyt wiele rzeczy we mnie nie pasowało do idealnego obrazka, począwszy od nazwiska, przez historię, skończywszy na charakterze, który nigdy nie był szczególnie kompatybilny z cudzymi oczekiwaniami.
- Twój ojciec nie musiał mnie znaś, szeby dojść do wniosku, sze nie jestem tym, kogo chciałby widzieś pszy swojej dziewczynce. - Podświadomie użyłem własnie tego słowa, „dziewczynka”, nawet jeśli dla mnie już dawno nią nie była, ponieważ to do tego przez cały czas nawiązywał jej ojciec i nie mogłem być na to głuchy. - Nie powinno cię dziwiś, sze nie jest zachwycony pelspektywą posiadania mnie w swoim otoczeniu, jako kandydata na zięcia, czy jak tam nazywa się męszczyznę, któlego cólka postanowiła sobie pszygalnąś na jakiś czas. - Wzruszyłem ramieniem, starając się mówić lekko, chociaż sam słyszałem, że rozbawienie w moim głosie nie brzmiało szczególnie przekonująco. - I tak, wiem, sze nie o to ci chodziło. - Nie zabrzmiało to szczególnie łagodnie. - Tylko sze właśnie dlatego cię nie losumiem, Pluey, mówisz, sze chciałaś dobsze. Wieszę ci. Mówisz, sze zaleszy ci na tym, szeby nie pomyślał sobie czegoś o mnie, bo mogłoby to mieś konsekwencje. Tesz ci wieszę. Potem mówisz, sze nie szałujesz, sze mnie zaplosiłaś. Tylko wcześniej powiedziałaś mi kilka lasy, sze nie powinnaś była tego lobiś. To zagmatwane. - Nie ruszyłem się z miejsca, nawet kiedy poczułem, że powinniśmy byli iść dalej, bo nie chciałem uciekać od tej rozmowy tylko dlatego, że przestała być wygodna. Wygodne rozmowy nigdy nie były zresztą moją mocną stroną, na co mieliśmy teraz dowód, prawda? - Nie obawiam się efektów gniewu twojego ojca. John Bletchley mose mnie nienawidziś do końca swoich dni, jeśli ma na to ochotę. Pszeszyję. Miałem s nim ploblem, kiedy byłem gówniaszem, miałem go później, będę go miał telas. Nie jest to szczególnie odklywcza część mojego szycia. - Wypuściłem powoli powietrze przez nos i przetarłem dłonią kark. - Chodzi o to, sze najwylaśniej naplawdę uwaszasz, sze popełniłaś błąd, zabielająs mnie do domu. I moses mi powiedzieś dziesięś lasy, sze nie szałujesz mnie, tylko zachowania swojego stalego, ale pewnych szeszy nie da się całkowicie losdzieliś. Pszyplowadziłaś mnie tam. To ja siedziałem obok ciebie. To mnie pszedstawiałaś swojej losinie. Jeszeli wszystko skończyło się źle, tludno nie pomyśleś, sze mose po plostu nie jestem osobą, któlą powinnaś angaszowaś w pewne aspekty szycia. - Nie wiedziałem, jak właściwie to miało zabrzmieć, bo przecież sama wspomniała o tym, że wiedziała, co robiła - to akurat było coś, czego nie zamierzałem jej odbierać - nigdy nie uważałem Prudence za głupią, wprost przeciwnie, czasami jej skłonność do analizowania wszystkiego doprowadzała mnie do szału, lecz nie mogłem zaprzeczyć, że zwykle widziała rzeczy, których inni nawet nie zauważali.
- Wiem, sze wiedziałaś, co lobisz, ale jednocześnie wiem, sze twój ojciec mosze mieś lasję pszynajmniej w jednej szeszy, bo taka jest plawda - Spojrzałem na nią uważnie. - Właśnie dlatego to wszystko jest skomplikowane, ale moszemy się chyba zgodziś, to nie ty siedziałaś pszy stole i patszyłaś na mnie tak, jakbym przyszedł tam s zamialem ukladzenia lodowego slebla. - Skrzywiłem się lekko, spoglądając gdzieś ponad jej ramieniem. - Gdybym miał lesygnowaś ze wszystkiego, co mosze skończyś się źle, musiałbym plawdopodobnie pszestaś wychodziś s domu, a i wtedy nie dawałbym szadnych gwalansji, sze nie oblaszę kogoś pszes okno. - Wypowiedziałem te słowa z taką swobodą, na jaką potrafiłem się zdobyć, chociaż doskonale wiedziałem, że nie było w nich wiele przesady. - - Szczesze mówiąs, Sunny, moje nazwisko w połączeniu s twoim nigdy nie stanowiło szczególnie posządanej kombinacji, jakie by nie było. Nie mamy na to wpływu. - Wzruszyłem jednym ramieniem, starając się mówić lekko, chociaż gdzieś pod żebrami w dalszym ciągu zaciskało mi się coś nieprzyjemnego. - Twój ojciec nigdy za mną nie pszepadał, ja nie miałem szczególnej słabości do niego, zlesztą, obaj nasi staszy byli zgodni chyba wyłącznie w tym jednym temacie, s tym, sze wtedy faktycznie mieli jakąkolwiek decyzyjność. Telas mamy ją tylko my. Co bęsie, to bęsie, nie? Nie musimy się sugelowaś niczyją opinią. - To było, oczywiście, do pewnego stopnia kłamstwo, bo trudno było się wyzbyć wspomnień o tym wszystkim, co padło i nie padło podczas Mabon, ale nie miałem zamiaru udawać, że rodzice zawsze potrafili spojrzeć na takie sprawy bez emocji, skoro sam nie byłbym do tego zdolny, i gdyby sytuacja wyglądała odwrotnie, gdyby to moja córka pojawiła się w moim domu w towarzystwie mężczyzny, którego od lat uważałem za chodzące źródło problemów, prawdopodobnie również nie przyjąłbym go z otwartymi ramionami. Pytanie tylko, co więcej miał z tym zrobić John Bletchley, ale na to nie mieliśmy już żadnego wpływu.
- Nie jestem asz tak tępy. Pszynajmniej chciałbym wieszyś, sze jeszcze nie. - Odmruknąłem z wyłącznie na wpół rozbawionym prychnięciem, słysząc ton głosu Prue i wiedząc, że oboje doskonale zrozumieliśmy, czym była podyktowana moja odpowiedź na jej aluzję.
Patrzyłem przed siebie, na ciemną drogę ciągnącą się między drzewami, na wilgotne liście przyklejone do kamieni przy krawężnikach i krawędziach płotów, na światło z odległych okien, które rozlewało się po chodniku, potrzebowałem tych kilku sekund, żeby zrozumieć, w jakim właściwie kierunku skręciła nasza dyskusja, ponieważ nie chodziło już o jej ojca, o niezręczną kolację ani nawet o moje nazwisko, które najwyraźniej po latach wróciło do domu Bletchleyów razem ze mną. Przez kilka kroków nic nie mówiłem, bo tamto wyjaśnienie powinno było wystarczyć, żeby zamknąć temat, tylko że… Zamiast tego zrobiło coś dokładnie odwrotnego…
Cholera, wierzyłem jej, naprawdę, wierzyłem jej może nawet zbyt łatwo, co samo w sobie było już pewnym problemem, biorąc pod uwagę, jak długo oboje próbowaliśmy utrzymywać między sobą tę wygodną fikcję, że wszystko, co się działo, miało swój początek, koniec oraz jasno określone warunki. Właśnie dlatego słowa o tym, że nie żałowała zaproszenia mnie, powinny były mnie uspokoić, lecz kiedy dodała, że zależało jej na mnie, poczułem nieprzyjemny ucisk gdzieś pod żebrami, zupełnie nieadekwatny do sytuacji i zdecydowanie mniej wygodny do przełknięcia niż wcześniejsza złość. Nie chciałem ranić Prue, lecz jednocześnie nie miałem zamiaru udawać, że nagle zmieniłem zdanie tylko dlatego, iż zobaczyłem zupełnie nieadekwatne wyrzuty sumienia ze strony kogoś, kto nigdy nie powinien był ich mieć, może dlatego odwróciłem wzrok, unikając spojrzenia kobiety, której opinia była dla mnie dużo bardziej istotna od oceny otoczenia, lecz jednocześnie wciąż nie zgadzała się z moim własnym osądem - od lat wiedziałem, że nie nadawałem się do przedstawiania rodzicom, mimo wyrażenia chęci, aby zmienić to tego wieczoru - nie byłem odpowiednim kandydatem, którego można było przyprowadzić do rodzinnego domu, posadzić obok siebie przy stole, pochwalić za dobre maniery i później odprowadzić do drzwi z poczuciem, że dokonało się rozsądnego wyboru, zbyt wiele rzeczy we mnie było… Nie na miejscu. Nazwisko. Przeszłość. Reputacja. Praca. Ludzie, których znałem. Ludzie, którzy znali mnie. Nawet sposób, w jaki funkcjonowałem, nie należał do tych, które szczególnie dobrze sprawdzały się podczas rodzinnych spędów, wiedziałem o tym od dawna, więc nie zamierzałem nagle udawać zaskoczonego, że rzeczywistość postanowiła potwierdzić moje przypuszczenia.
Kontynuowałem marsz przez kilka kroków, chociaż coraz mniej uwagi poświęcałem temu, dokąd właściwie szliśmy, gdyż nasze uwagi nie pozostawiły mi zbyt wiele miejsca na udawanie, że nie zrozumiałem, co próbowała powiedzieć, właściwie rozumiałem ją aż nazbyt dobrze, tylko problem polegał na tym, że im dłużej mówiła, tym bardziej miałem ochotę zatrzymać tę rozmowę w miejscu, w którym jeszcze mogłem sobie wmówić, że chodziło wyłącznie o Johna Bletchleya. Nie chodziło, rzecz jasna, nie po tym, co powiedziała później… Nie po tym, kiedy cicho przyznała, że jej na mnie zależało, a ja zamiast ulgi poczułem ciężar gdzieś pod żebrami, ponieważ wśród tych wszystkich wyjaśnień znalazło się właśnie to jedno zdanie, którego nie potrafiłem potraktować tak samo jak pozostałych - „bo mi na tobie zależy” - niby nic wielkiego, kilka zwyczajnych słów, które w innych okolicznościach mogłyby przejść mimochodem, bez większego znaczenia, potraktowane lekką ręką, lecz przecież Prudence nigdy nie mówiła rzeczy nieświadomie. Nie powiedziałaby tego ot tak, nie po tym wszystkim, co zdążyło się między nami wydarzyć.
Przez lata nauczyłem się, że najbezpieczniejszym rozwiązaniem było uprzedzić cudzą ocenę własną oceną siebie - jeśli sam pierwszy powiedziałem, że byłem kiepską partią, nikt nie mógł mnie tym szczególnie mocno zranić, jeśli sam mówiłem, że się do tego wszystkiego nie nadaję, nie musiałem czekać, aż ktoś zrobi to za mnie - Prudence wiedziała o tym doskonale, bo powtarzałem jej to od początku. Wolałem, żeby była zła na ojca niż na siebie, lecz jednocześnie nie podobało mi się, że w ogóle musiała się za niego wstydzić, bo nie była odpowiedzialna za jego zachowanie, nie musiała mnie przed nim bronić, nie musiała tłumaczyć mi jego reakcji, nie musiała również brać na siebie konsekwencji jego decyzji. Prawdę mówiąc, wolałem też przekleństwa, groźby, klątwy, nawet spojrzenia, które mogłyby wypalić dziurę w stole, gdyż z jasno werbalizowanymi uczuciami zawsze radziłem sobie gorzej - szczególnie z cudzymi, kiedy nagle okazywało się, że dotyczyły również mnie - nie zamierzałem jej za to karać ciszą ani odsuwać się od niej, lecz nie chciałem również robić tego, co robiłem przez większą część własnego życia, czyli udawać, że coś nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia, tylko dlatego, że wszystkim wokół - w tym poniekąd przede wszystkim mi - było wygodniej, kiedy nie przyznawałem się do rzeczy, które potrafiły mnie obnażyć i zranić.
Słysząc, że nie wiedziała, dlaczego miałbym spędzać Mabon sam, coś ponownie bardzo nieprzyjemnie ścisnęło mnie w żołądku - to było idiotyczne uczucie, którego zdecydowanie nie potrzebowałem, lecz najwyraźniej postanowiło mi dziś towarzyszyć - samotne Mabon nie było dla mnie niczym niezwykłym, potrafiłem spędzić takie dni bez większego problemu, zrobić sobie kolację, napić się czegoś mocniejszego, zająć się pracą, posiedzieć przy ogniu i pozwolić, żeby wieczór skończył się bez żadnego wielkiego wydarzenia, przeżyłem gorsze rzeczy niż brak kolacji z bliskimi, tymczasem Prudence mówiła o tym tak, jakby samo założenie, że miałbym zostać sam, było czymś niewłaściwym, jakby naturalnym było, że powinniśmy być razem i… Właśnie to było problemem, nieprawdaż, bo zdanie również powinno było wystarczyć, żeby cała reszta przestała mieć znaczenie, lecz zamiast tego poczułem ponowne ukłucie gdzieś pod żebrami, gdyż nagle uświadomiłem sobie, że od kilku minut próbowałem przekonać ją do czegoś, czego sam wcale nie chciałem usłyszeć - założenie, iż „byliśmy razem, więc świętowaliśmy razem” zamiast przynieść mi ulgę, sprawiło, że dostrzegłem jeszcze wyraźniej, jak bardzo rozminęliśmy się w tej rozmowie.
- Plue… - Zacząłem, lecz urwałem, ponieważ przez chwilę nie miałem pojęcia, co właściwie powinienem powiedzieć. Dlaczego miałbym spędzać Mabon sam, skoro byliśmy razem? To było proste, przynajmniej w teorii, tyle że właśnie w tym tkwił problem. Do niedawna odpowiedź brzmiałaby dla mnie jasno - „bo tak wygląda moje życie” - Mabon, Samhain, Yule, święta, urodziny, wszystkie te dni, podczas których ludzie szczególnie mocno przypominali sobie o tym, z kim chcieli siedzieć przy stole, spędzałem zwykle po swojemu i nie uważałem tego za tragedię, po prostu nie miałem zwyczaju budować sobie całego życia wokół drugiej osoby, teraz Prudence mówiła mi, że skoro byliśmy razem, nie powinienem być sam, i brzmiało to niebezpiecznie podobnie do czegoś, co powiedziałaby dziewczyna o swoim chłopaku, gdyby ten chłopak był kimś więcej niż tymczasowym rozwiązaniem problemu samotności. Spojrzałem na nasze ramiona blisko siebie, potem znów na nią i… Tym wyraźniej dotarło do mnie, że nie rozmawialiśmy już o kolacji - kolacja była tylko pretekstem - chodziło o to, co wydarzyło się pomiędzy nami przez ostatnie dni, o to, co oboje próbowaliśmy nazywać „tymczasowym układem”, żartem, „romansem z terminem ważności”, czymś, co miało być proste właśnie dlatego, że żadne z nas nie miało zamiaru zadawać zbyt wielu pytań i formułować zbyt wielu wniosków, próbując wmówić sobie, że chodziło o Spaloną Noc, o wspólne przeżycie czegoś, czego nie powinniśmy byli zobaczyć, o tę szczególną więź, która potrafiła powstać pomiędzy dwiema osobami po przejściu przez koszmar. Była to wygodna teoria, nawet całkiem rozsądna, miała tę ogromną zaletę, że pozwalała nie zastanawiać się nad tym, dlaczego od jakiegoś czasu przestawaliśmy zachowywać się jak dwoje ludzi, którzy zawarli tymczasowy układ i pilnowali jego granic. Problem polegał na tym, że od pewnego czasu coraz mniej rzeczy między nami przypominało coś prostego. Przypomniałem sobie wszystkie te drobne sytuacje, które początkowo można było uznać za przypadek, każde pozostanie trochę dłużej zakończone spędzaniem praktycznie każdej nocy w jednym łóżku, każdą intymną rozmowę, która powinna była zakończyć się zupełnie inaczej niż w rzeczywistości, każdy gest, którego nie potrzebowaliśmy, jeśli naprawdę chodziło wyłącznie o układ. Teraz staliśmy na ciemnej ulicy po sabacie z Bletchleyami i Eliasem, Prudence mówiła mi, że zależało jej na mnie, i że nie przyprowadzała do domu mężczyzn od czasu swojego zmarłego narzeczonego, natomiast ja próbowałem wmówić sobie, że powinienem potraktować to wyłącznie jako informację dotyczącą sytuacji rodzinnej - było to wyjątkowo wygodne kłamstwo - niestety, coraz gorzej mi wychodziło.
Nie potrzebowałem kolejnego zapewnienia, że jej ojciec zachował się fatalnie, bo doskonale wiedziałem, że tak było. Nie potrzebowałem też zapewnienia, że mnie nie żałowała, bo podświadomie wiedziałem, czym się kierowała, ale kiedy mówiła o tym, jak bardzo chciała, żeby wszystko wyglądało inaczej, jak bardzo liczyła na normalny wieczór, jak bardzo bała się konsekwencji własnej decyzji, zacząłem słyszeć w tym coś więcej niż zwykłe rozczarowanie. Byłem wystarczająco zgorzkniały, żeby natychmiast dopisać sobie resztę, nie chciałem być wobec niej niesprawiedliwy, lecz jednocześnie nie zamierzałem teraz cofać własnych słów tylko dlatego, że zobaczyłem, iż ją zraniły - były prawdziwe - od lat wiedziałem, że nie nadawałem się do takich sytuacji, nie nadawałem się do stawania przy czyimś boku w ciepłym domu, do wymiany uścisku dłoni z ojcem dziewczyny, do siedzenia przy rodzinnym stole pod czujnym spojrzeniem krewnych. Nie dlatego, że nie potrafiłem zachować się przyzwoicie, potrafiłem, potrafiłem nawet przez kilka godzin udawać wyjątkowo dobrze wychowanego, spokojnego faceta, który nigdy w życiu nie miał problemów z prawem ani z cudzymi oczekiwaniami, problem pojawiał się później, kiedy ktoś zaczynał oczekiwać, że ta wersja mnie pozostanie na miejscu. Nie chodziło nawet o moje nazwisko, chociaż zarówno „Rookwood” jak i samo „Fenwick” potrafiło otworzyć kilka bardzo interesujących drzwi oraz zatrzasnąć znacznie więcej, niż ktokolwiek potrzebował - problem tkwił we mnie - w tym, co robiłem, jak żyłem, jakie decyzje podejmowałem i jak niewiele z tego pasowało do wyobrażenia o mężczyźnie, którego można spokojnie posadzić przy stole, nalać mu wina i potem z czystym sumieniem pozwolić córce wyjść z nim przez drzwi. Prudence mogła uważać, że jej ojciec nie miał prawa mnie oceniać, lecz to nie oznaczało, że ta ocena była całkowicie pozbawiona podstaw. Wystarczyło zresztą, że przez chwilę znalazłem się z nim sam na sam w kuchni, żeby przekonać się, iż pamięć niektórych osób działała równie sprawnie, co umiejętność wyciągania wniosków na podstawie zeszłych doświadczeń i teraźniejszych przekonań, szczególnie tych, które prowadziły do konkluzji niekorzystnych dla mnie.
Nie zaprotestowałem, kiedy nazwała swojego ojca „bucem”, wręcz przeciwnie, parsknąłem cicho pod nosem, ponieważ trudno było mi znaleźć dla tej diagnozy szczególnie mocny kontrargument. John Bletchley nie lubił mnie od czasu, kiedy byłem młodym szczylem, który włóczył się za jego synem i śmiertelnie wkurwiał jego córkę - tę samą, która teraz znajdowała się obok - więc naprawdę trudno było mi uwierzyć w to, że po kilkunastu latach nagle przestał być chamem, tak jak w to, że odkrył we mnie cechy, które uznał za godne przyjęcia pod własnym dachem. Zmieniłem się, owszem, dorosłem, przestałem być szkolnym zawadiaką, zacząłem wykonywać pracę, która wymagała ode mnie odrobinę więcej rozsądku niż dawniej, nauczyłem się też nie reagować na każdą zaczepkę tak, jakbym właśnie dostał zaproszenie do bójki, nie oznaczało to jednak, że stałem się kimś, kogo chciałby oglądać, wręcz przeciwnie, jeśli miałem zgadywać, moje pojawienie się w nieoczekiwanej roli mogło znajdować się u tego faceta bardzo wysoko na prywatnej liście potwarzy. Zbyt wiele rzeczy we mnie nie pasowało do idealnego obrazka, począwszy od nazwiska, przez historię, skończywszy na charakterze, który nigdy nie był szczególnie kompatybilny z cudzymi oczekiwaniami.
- Twój ojciec nie musiał mnie znaś, szeby dojść do wniosku, sze nie jestem tym, kogo chciałby widzieś pszy swojej dziewczynce. - Podświadomie użyłem własnie tego słowa, „dziewczynka”, nawet jeśli dla mnie już dawno nią nie była, ponieważ to do tego przez cały czas nawiązywał jej ojciec i nie mogłem być na to głuchy. - Nie powinno cię dziwiś, sze nie jest zachwycony pelspektywą posiadania mnie w swoim otoczeniu, jako kandydata na zięcia, czy jak tam nazywa się męszczyznę, któlego cólka postanowiła sobie pszygalnąś na jakiś czas. - Wzruszyłem ramieniem, starając się mówić lekko, chociaż sam słyszałem, że rozbawienie w moim głosie nie brzmiało szczególnie przekonująco. - I tak, wiem, sze nie o to ci chodziło. - Nie zabrzmiało to szczególnie łagodnie. - Tylko sze właśnie dlatego cię nie losumiem, Pluey, mówisz, sze chciałaś dobsze. Wieszę ci. Mówisz, sze zaleszy ci na tym, szeby nie pomyślał sobie czegoś o mnie, bo mogłoby to mieś konsekwencje. Tesz ci wieszę. Potem mówisz, sze nie szałujesz, sze mnie zaplosiłaś. Tylko wcześniej powiedziałaś mi kilka lasy, sze nie powinnaś była tego lobiś. To zagmatwane. - Nie ruszyłem się z miejsca, nawet kiedy poczułem, że powinniśmy byli iść dalej, bo nie chciałem uciekać od tej rozmowy tylko dlatego, że przestała być wygodna. Wygodne rozmowy nigdy nie były zresztą moją mocną stroną, na co mieliśmy teraz dowód, prawda? - Nie obawiam się efektów gniewu twojego ojca. John Bletchley mose mnie nienawidziś do końca swoich dni, jeśli ma na to ochotę. Pszeszyję. Miałem s nim ploblem, kiedy byłem gówniaszem, miałem go później, będę go miał telas. Nie jest to szczególnie odklywcza część mojego szycia. - Wypuściłem powoli powietrze przez nos i przetarłem dłonią kark. - Chodzi o to, sze najwylaśniej naplawdę uwaszasz, sze popełniłaś błąd, zabielająs mnie do domu. I moses mi powiedzieś dziesięś lasy, sze nie szałujesz mnie, tylko zachowania swojego stalego, ale pewnych szeszy nie da się całkowicie losdzieliś. Pszyplowadziłaś mnie tam. To ja siedziałem obok ciebie. To mnie pszedstawiałaś swojej losinie. Jeszeli wszystko skończyło się źle, tludno nie pomyśleś, sze mose po plostu nie jestem osobą, któlą powinnaś angaszowaś w pewne aspekty szycia. - Nie wiedziałem, jak właściwie to miało zabrzmieć, bo przecież sama wspomniała o tym, że wiedziała, co robiła - to akurat było coś, czego nie zamierzałem jej odbierać - nigdy nie uważałem Prudence za głupią, wprost przeciwnie, czasami jej skłonność do analizowania wszystkiego doprowadzała mnie do szału, lecz nie mogłem zaprzeczyć, że zwykle widziała rzeczy, których inni nawet nie zauważali.
- Wiem, sze wiedziałaś, co lobisz, ale jednocześnie wiem, sze twój ojciec mosze mieś lasję pszynajmniej w jednej szeszy, bo taka jest plawda - Spojrzałem na nią uważnie. - Właśnie dlatego to wszystko jest skomplikowane, ale moszemy się chyba zgodziś, to nie ty siedziałaś pszy stole i patszyłaś na mnie tak, jakbym przyszedł tam s zamialem ukladzenia lodowego slebla. - Skrzywiłem się lekko, spoglądając gdzieś ponad jej ramieniem. - Gdybym miał lesygnowaś ze wszystkiego, co mosze skończyś się źle, musiałbym plawdopodobnie pszestaś wychodziś s domu, a i wtedy nie dawałbym szadnych gwalansji, sze nie oblaszę kogoś pszes okno. - Wypowiedziałem te słowa z taką swobodą, na jaką potrafiłem się zdobyć, chociaż doskonale wiedziałem, że nie było w nich wiele przesady. - - Szczesze mówiąs, Sunny, moje nazwisko w połączeniu s twoim nigdy nie stanowiło szczególnie posządanej kombinacji, jakie by nie było. Nie mamy na to wpływu. - Wzruszyłem jednym ramieniem, starając się mówić lekko, chociaż gdzieś pod żebrami w dalszym ciągu zaciskało mi się coś nieprzyjemnego. - Twój ojciec nigdy za mną nie pszepadał, ja nie miałem szczególnej słabości do niego, zlesztą, obaj nasi staszy byli zgodni chyba wyłącznie w tym jednym temacie, s tym, sze wtedy faktycznie mieli jakąkolwiek decyzyjność. Telas mamy ją tylko my. Co bęsie, to bęsie, nie? Nie musimy się sugelowaś niczyją opinią. - To było, oczywiście, do pewnego stopnia kłamstwo, bo trudno było się wyzbyć wspomnień o tym wszystkim, co padło i nie padło podczas Mabon, ale nie miałem zamiaru udawać, że rodzice zawsze potrafili spojrzeć na takie sprawy bez emocji, skoro sam nie byłbym do tego zdolny, i gdyby sytuacja wyglądała odwrotnie, gdyby to moja córka pojawiła się w moim domu w towarzystwie mężczyzny, którego od lat uważałem za chodzące źródło problemów, prawdopodobnie również nie przyjąłbym go z otwartymi ramionami. Pytanie tylko, co więcej miał z tym zrobić John Bletchley, ale na to nie mieliśmy już żadnego wpływu.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)