• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[24.09.1972] I thought I had wandered into a dream

[24.09.1972] I thought I had wandered into a dream
Inkwizytor
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
51
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na młodszego, aniżeli jest w rzeczywistości, chociaż na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki. Pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty — wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja — z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#6
11.10.2026, 01:09  ✶  
Co pokazywało lustro? Aaron nie widział nigdzie podpisu, który wyjaśniłby naturę nałożonego na nie zaklęcia, magii zaklętej tuż pod powierzchnią gładkiej taflii. Pokazywało rzeczy niemożliwe, tego był pewien. Czy były to utracone możliwości, czy niespełnione życzenia? Nie wiedział. A jednak gdy Lorien przypatrywała się swemu odbiciu w przejęciu błyszczących oczu, Aaron patrzył… Z czymś na kształt smutku. Nie była to tęsknota za tym, co mogło być, nie była to nostalgia. Nie był to nawet żal.
Nie.
Aaron wyglądał przez chwilę tak, jak gdyby stał nad grobem.
Być może właśnie tak było. Pamiętał przecież bardzo dobrze, jak wybierał kamień na płytę. Powienien wybierać prezent na rocznicę ślubu, pomyślał wtedy. Wiele miał wtedy niedorzecznych myśli. Wszystkie powróciły, gdy spojrzał w lustro.
Widział w nim zmarłą żonę. Widział w nim Madeleine. Dopiero po chwili dostrzegł również dzieci: Millie bez tej przeklętej żałości w oczach, Alastora bez brzmienia klątwy, trzymającego w ramionach brzdąca, który bawił się odznaką aurora. Oto było utracone życie, które powinno być jego udziałem. Kobieta, którą poślubił, stojąca u jego boku. Była starsza niż pamiętał, ale oczy miała młodsze. Weselsze. Rumieńce, które różowiły jej policzki, były zdrowymi. W niczym nie przypominały gorączkowych wypieków, które trawiły jej ciało, gdy męczyła ją kolejna infekcja. Bezkrwistej bladości między tymi infekcjami. Jej uśmiech też był inny, niż pamiętał: mniej wymuszony, jak gdyby utrzymanie go nie wiązało się z wysiłkiem.
Przez lata dałby tak wiele, żeby zobaczyć znów jej uśmiech, a jednak to, co teraz widział, sprawiało mu jedynie ból.
Godnie wyprawił Madeleine na tamten świat, corocznie płacił nawet komuś, żeby czyścił nagrobek przed obchodami Samhain. Wszystko to i jeszcze więcej należne było jego żonie, a raczej, pomnikowi pamięci o jego żonie. Godność. Nawet jeżeli sam nie był na jej grobie od czasu pogrzebu. Nie potrzebował tego. Madeleine tego nie potrzebowała. Bo Madeleine tam nie było. Nigdy jej tam nie było. Było tylko jej wymęczone chorobą ciało, nie dusza. Co powiedziałaby, gdyby zobaczyła, że modli się nad kamieniem, który wybierał ponad godzinę w zakładzie pogrzebowym? Czy zaczęłaby snuć cichym głosem opowieści o Limbo, tak jak wtedy, gdy próbował nakłaniać ją, żeby spróbowali kolejnego niedorzecznego lekarstwa, chociaż wiedział, że miała już dość? Czy milczałaby, zawiedziona, że nie kocha jej wystarczająco, ażeby pozwolić jej nieśmiertelnej duszy odrodzić się na nowo? Że jego miłość jest tak samolubną, a wiara tak małą, że sprowadza ją do trawionego zgnilizną ciała, nie do ducha trwającego w jedności ze światem? Czy może zaśmiałaby się, gdyby zobaczyła, jak patrzy w ziemię. "Nie patrz w dół, Aaronie", powiedziałaby przekornie. "Spójrz w górę. Spójrz w niebo".
Może i nie umiał podnieść się z żałoby po niej, ale nie zamierzał obrażać jej pamięci. Chociaż bolało go, że Maddie odeszła, ból nie był wystarczającym usprawiedliwieniem, żeby wzgardzić jej madrością. Bo była przecież mądrzejszą od niego: miała w sobie wewnętrzny spokój, tę przedziwną właściwość jasnowidzów, która czyniła ich wszystkich odległymi od ludzi, ale wrażliwymi na ludzkość jako taką. Czasem czuł się zazdrosny, że jest zbyt małym, żeby zapełnić wielkie serce Madeleine, ale taką ją przecież kochał: większą niż zdołał pojąć i nie jego. Bo jego żona nigdy tak do końca nie była jego.
Dlaczego to lustro musiało mu o tym przypominać? Dlaczego wskrzeszało kobietę, która bardziej niż ktokolwiek zasługiwała na spokój? Może i chciał kiedyś takiego życia. Może i były takie momenty, kiedy żałował, że wszystko nie ułożyło się inaczej. A jednak zawsze dochodził do wniosku, że żałować, oznaczałoby unieważniać to, co przeżył. Co oboje przeżyli. A Aaron nie chciał unieważniać. Nie chciał znieważać pamięci żony nekromanckimi ciągotami. Nie chciał przywracać Madeleine do życia, gdy wiedział, że to wiązało się dla niej już niemal wyłącznie z cierpieniem. Nie chciał, żeby mu przypominano o tym, że przyczynił się do wydłużenia tego cierpienia, bo przyczynił się, chociaż ją kochał. Tak samo jak i ona kochała go wystarczająco, żeby się na to cierpienie godzić.
"…Mówi pan, panie Moody, jak zakochany uczniak w Hogwarcie!"
Aaron zmusił się do skinięcia głową, ale umknął przed spojrzeniem Lorien, starannie ważąc swoją reakcję. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo oboje często zachowywali pełną powagę, żartując, a jednak normalnie nie unikał jej wzroku. Napięcie pojawiło się sposobie, w jaki zaciskał gładko ogolone szczęki, gdy ostatni raz zerknął ponad jej ramieniem w stronę zaklętego lustra.
— Nie wiedziałbym… Nie wiedziałbym, jak tacy mówią. — Aaron zmusił się do szybkiego, kurtuazyjnego uśmiechu, pozwalając, aby uspokoiła go bliskość kobiety, która zalała go nagle czułością. Nie powiedział nic ponad to, nie spojrzał już jednak więcej w stronę lustra. Dotyk dłoni Lorien na jego policzku: to wystarczyło, aby skupił na niej pełnię swej uwagi.
Nie wiedział, czy to napomknienie Hogwartu, czy widok jej twarzy, odbitej w lustrze tuż obok twarzy jego dzieci, obok twarzy Madeleine, zmienionej przywilejem wieku, sprowokowało go do rozważań. Wiedział przecież, że nie pozwoliłby sobie na podobną szczerość będąc młodszym. Nie był nigdy wylewnym. Nie mówił ludziom, że mu na nich zależy. Dlaczego tak łatwo było więc mówić z Lorien? Czy miękł wraz z upływem czasu? Uważał, że wręcz przeciwnie. Z wiekiem stawał się coraz bardziej zgorzkniałym, ale i coraz chętniej dawał upust swojemu zgorzknieniu. Nie zawsze lubił tę wersję siebie, jaką przyszło mu się stać, ale wierzył, że była w tym pewna wolność: w możliwości powiedzenia, że mówi z pełną świadomością siebie. Świadomością, o której młodszy Aaron nawet nie umiałby marzyć.
Nie lubił jednak myśleć o dzielącej ich różnicy wieku. Było w tym coś głęboko niekomfortowego, coś, co wolał od siebie odsuwać, dopóki nie przekroczyło granicy cielesności. Choć gdyby miał być z sobą w pełni szczerym… Nawet wtedy nie dokonał konfrontacji z myślą o tym, że Lorien bliższa jest wiekiem jego dzieciom, niż jemu samemu. Może dlatego, że była od nich tak różną. Dzieci były dziećmi, a Lorien była… Lorien. Aaron nie wiedział, co z tym fantem począć. Wstyd był dla niego nowym uczuciem, a jednak okłamywałby samego siebie, gdyby stwierdził, że jej nie chce, gdyby stwierdził, że żałuje. Bo nie żałował. Dojrzałość dała możliwość istnienia uczuciu, którego młodość prawdopodobnie nie byłaby zdolna przeżyć. Nie był jednak na tyle głupi, żeby nie wiedzieć, jak to będzie wyglądać z boku. Nie potrzebował do tego żadnego zaczarowanego lustra. Czarodzieje często kłamali na temat swojego wieku, bo wiek przydawał powagi: dodawali sobie lat, tak samo jak czarownice ich sobie ujmowały. Byli tak samo próżni, inne było tylko to, co pragnęli w swej próżności dojrzeć na dnie lustra.
Siedemnaście lat, tyle ich dzieliło.
A jednak Aaron Andrew Moody w żadnym z tych luster nie widział siebie z nastoletnią kokietką u boku. Widział Lorien. Tylko Lorien. Nie życzył sobie poczuć się młodszym przy młodszej kobiecie, a czuł wręcz coś na kształt obrzydzenia, że mógłby być o to posądzonym: nie podniecało go to, lecz obrzydzało, że ktoś projektowałby na niego takie fantazje. A co gorsza, że ktoś czyniłby obiektem własnego fetyszu kobietę stojącą obok niego. Gdy był z Lorien to wszystko było łatwe, bo z nią mógł czuć się tak po po prostu sobą. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu nie wydawało się to złym. Bycie sobą. Nie oznaczało to też powrotu do tego, jakim był, tylko życie dalej pomimo tego.
Lustro nie przywracało mu świadomości chronologii, zmieniało jednak ciężar, jaki tej świadomości przypisywał. Było nadto coś jeszcze, coś, czego obawiał się znacznie bardziej niż osądu innych. Bo dla innych Lorien mogła być młodszą kobietą przy starszym mężczyźnie, a dla Aarona była kobietą, z którą… Mógłby żyć, pomyślał, gdy ujęła jego dłoń. Przywykł już do tej myśli, na początku tak nieoczekiwanej. Mógłby ułożyć sobie z nią życie. Ale życie z kimś prowokowało do zadania pytania najważniejszego: pytania o to, jak zamierzają wykorzystać czas, jaki przypadł im w udziale. Pruderia ustępowała wówczas miejsca czemuś dalece bardziej przejmującemu. Nie liczyło się już bowiem, ile mają lat, tylko to, ile mają lat do dyspozycji wspólnie.
Aaron bał się zapytać o czas, a jednak nie mógł nie zapytać. Zrobił to nieumiejętnie, ale nie dało się przecież inaczej. Krążyli więc dalej dookoła tematu, dokładnie tak, jak krążyli ostatnie tygodnie wokół siebie: bliżej, i bliżej. Podczas gdy on prowadził ją poprzez labirynt luster, ona prowadziła go ścieżkami swych snów. Nie puścił jej ręki choćby na chwilę. Lustrzane miraże obserwował kątem oka wyłącznie, przysłuchując się opowieści o ciemnej twierdzy. O warowni Azkaban, gdzie zaległy cienie. Nawiedzała i jego sny, choć nigdy w taki sposób. Nie, sny Aarona były inne, a jednak pozwolił się uwieść snom Lorien, jej opowieści. Nie przerywał. Po prostu siedział obok, ciesząc się jej bliskością; odnajdując uciechę w czymś tak prostym, jak głowa Lorien wsparta o jego ramię.
"Nie zestarzeję się z tobą", usłyszał. Przez chwilę miał ochotę się zaśmiać. Jakie to było głupie, martwić się o dzielącą ich różnicę lat, podczas gdy ona… Zawsze miała tych lat zbyt mało do dyspozycji. Bo jak długo żyły maledictusy? Nie ukrywała nigdy swojej przypadłości, ani przed nim, ani przed nikim innym. Nie dało się jednak zapomnieć o konsekwencjach ciążącej na niej klątwy. Aaron znał to uczucie aż nazbyt dobrze. Świadomość przedziwnej tymczasowości wszystkiego, która napawała większość ludzi dyskomfortem. Ale on nie potrafił żyć inaczej. Zawsze taki był. Nie śmierć Madeleine uczyniła go takim, choć to przy niej nabrał zwyczaju oglądania się przez ramię. Zbyt dużo zobaczył. Zbyt dużo przeżył. Aaron uważał, że auror powinien być świadomy własnej śmiertelności. Tego, że nie należy w pełni do siebie, ale do obowiązku. Nie znajdował niczego dziwnego w tym, że dawno już skreślił swój testament. Nie mógł być niezniszczalnym, ale mógł być gotowym. A jednak egzystencja jego nie była ograniczona określonymi ramami czasowymi. Dla Aarona śmierć była częścią ryzyka zawodowego, dla Lorien stanowiła natomiast część tożsamości.
Gładził jej ramię w zamyśleniu, kreśląc palcami kółeczka na nagiej skórze. Spojrzenie utkwione miał w wielkim lustrze w zdobnej ramie, ustawionym naprzeciw ławeczki, na której przysiedli wcześniej, aby odpocząć. Wyglądało tak, jak gdyby miało być jedną z głównych atrakcji gabinetu Bletchleyów: specjalnie wyeksponowane zostało bowiem na środku pomieszczenia. W oczach Aarona niczym nie różniło się jednak od zwykłego lustra, odbijało bowiem ich dwoje — jego i Lorien — siedzących na ławce. Być może takie było zamierzenie właśnie twórców lustra. Zwieńczeniem miejsca pełnego dziwów miało być coś do bólu wręcz zwyczajnego. Być może gdyby przyjrzał się odbiciu na jego dnie uważniej, dostrzegłby, że nie jest ani trochę zwyczajnym: we włosach Lorien gościły bowiem siwe pasma, a na jego twarzy widać było więcej zmarszczek. Subtelne oznaki starzenia się umknęły jednak oczom mężczyzny, który w tym momencie nie zdawał sobie sprawy, że lustro miało pokazywać najgłębsze pragnienia jego serca… A może wiedział to aż nazbyt dobrze. W końcu zwrócił przecież bystre spojrzenie w stronę Lorien.
— Myślę, że tobie przyda się bardziej niż mnie — powiedział, podając jej zwiniętą wcześniej mapę. — Nie chciałbym, żebyś się zgubiła, zanim cię znajdę. — A łatwo było przecież poczuć się zgubionym gdy wokół było ciemno i zimno. Przytrzymał jej drobną, poznaczoną bladymi blizenkami dłoń, pomagając jej rozłożyć zaczarowaną mapę na kolanach: lekko objął przy tym Lorien ramieniem, jak gdyby było to najbardziej naturalną rzeczą na świecie.
— Nie znam się na sprawach tych, którzy obdarzeni są trzecim okiem. Zazdrościłem im niegdyś pewności. Nie możesz przecież zbłądzić, gdy wiesz, myślałem. Nie możesz się zgubić. Myliłem się, oczywiście. — Powiódł palcem wzdłuż plątaniny kresek, jakimi oznaczone zostały poszczególne środki transportu. Londyn rzeczywisty zredukowany do abstrakcyjnego systemu połączeń. — A jednak nici powiązań niewiele różnią się od linii, jakie wyrysowano na tej mapie. Od kolorowych oznaczeń linii metra. — Metro miało barwy czyste i jaskrawe, kolej, wyrysowana kreską ciężką i ciągłą, pozostawała monochromatyczną. Linie autobusowe były cieńsze, przerywane. Główne arterie komunikacyjne zaznaczono szerokimi smugami grafitu, a drogi mniej ważne cieniem ołówka. — Nie jest to wierne odwzorowanie ulic. To byłoby zbyt skomplikowane. Ale wątpię, żeby i nici były w stanie wiernie oddać uczucie jednym kolorem. Ludzie… Też bywają skomplikowani. — Cień uśmiechu przyczaił się w kącikach ust Aarona. — Można znać połączenie, a nie znać drogi. Można znać drogę, ale nie to, kim się stanie po jej przebyciu. I tak dalej. Patrz, jak kolory splatają się na mapie. Czasem biegną równolegle, jak gdyby konkurowały o tę samą część miasta. A czasem przecinają się ze sobą. Jedna linia przejmuje pasażerów drugiej. Najpierw jednak muszą się spotkać. — Aaron zwrócił spojrzenie w stronę Lorien. — Być może twoja makieta Azkabanu nigdy nie powstałaby, gdybym nie kleił w dzieciństwie modeli pociągów. Gdybym wprzódy nie śnił o pociągach, nie przyłożyłbym do niej ręki. Gdybyś nie śniła o Azkabanie… — Pokręcił nagle głową, jak gdyby nie chciał wnikać w te zawiłości. Nie szło przecież porównać rozkładu ich żyć tak jak rozkładu pociągów. — Może twój pociąg odjedzie wcześniej. W porządku. — Wszystko w jego głosie, w postawie i spojrzeniu sugerowało, że wcale nie jest to w porządku. Ale Aaron podjął już decyzję. — Odprowadzę cię na peron, jeżeli tylko zechcesz. Będę patrzył jak odjeżdzasz. A może pojadę z tobą? Może wsiądę w następny pociąg? Nie wiem. Wiem tylko, że spotkamy się kiedyś na ostatniej stacji. Ale nie nam dane decydować o rozkładzie, Lorien. — Zacisnął usta. — Dane nam decydować o tym tylko, jak spędzimy czas przed odjazdem. Ale… Ale jest takie miejsce, gdzie czas się zatrzymał. Miejsce, o którym śnię. — Zastukał nagle palcem w mapę, w miejsce, w którym zbiegało się większość połączeń: w obrys stacji kolejowej St Pancras, położonej tuż naprzeciw stacji King’s Cross. — St Pancras. Być może właśnie przez St Pancras zawsze wracałem do Camden. Pamiętam jej młodość, czasy, kiedy była największą stacją w Londynie. Lubiłem to miejsce, bo nie wyglądało jak stacja kolejowa, lecz jak jakiś gotycki pałacyk, przypadkiem zbudowany nad torami. Czerwone cegły, kamień, wieżyczki, ostre łuki. Ogromny zegar, pinakle i strzelista iglica. Ale wystarczyło wejść do środka, aby wiktoriańską tradycję zastąpił postęp rewolucji. Gigantyczny łuk konstrukcyjny wisiał nad torami: monstrum o żeliwnych żebrach pokrytych przeszkleniem. Można było dzięki nim zajrzeć do środka, obejrzeć jego mechaniczne trzewia. Buchała z nich para. Wszystko wydawało się tak przerażająco żywym. Syczące zawory. Metaliczny stukot toczącej się po torach lokomotywy. Zapach węgla i smaru. A wszędzie wokół ludzie, zdający się tak małymi wobec potęgi tego miejsca. Tak wygląda przyszłość, pomyślałem, wpatrując się w wielki zegar u szczytu sklepienia. Przy otwarciu St Pancras opisywano go jako największy zegar na dworcu kolejowym w Anglii — Uśmiechnął się, może lekko kpiąco, ale też i z dziwną czułością, która nie pozwalała mu wstydzić się sentymentu, z jakim się właśnie zdradził przed Lorien.
— A teraz… Ten sam budynek, który kiedyś wydał się symbolem przyszłości, jest starą, niewygodną konstrukcją — powiedział cicho. — Dach, w który wpatrywałem się z zachwytem, próbując dociec, jak zdolny jest utrzymać swój ciężar, został uszkodzony podczas wojny. Wnętrze jest brudne, zużyte. Niegdyś potężne St Pancras cudem uniknęło rozbiórki w szęśćdziesiątym siódmym. A zegar… Zegar zniknął jeszcze wcześniej. Podobno uległ uszkodzeniu podczas planowanych prac modernizacyjnych. Nigdy go nie naprawiono.
Odetchnął głęboko.
— W moich snach zegar wciąż tam jest — wyznał. — Zegar wciąż tam jest, ale czas stanął w miejscu. Budzę się więc na stacji St Pancras. Idę dworcem. Podnoszę głowę, żeby sprawdzić godzinę. Wskazówki nie poruszają się, dopóki nie wsiądę do jednego z pociągów na stacji. Wspomnienia ciągnięte przez lokomotywy jadące do tyłu. Widzę je przez okna. Przyglądam się im, czekając na mój pociąg, tak jak gdybym przyglądał się ludziom na peronie. Pożegnania. Powroty. Myślę sobie, że ludzkie życie niczym nie różni się od dworca kolejowego. Widzisz, mam czas na takie rozmyślania, bo wciąż czekam na mój pociąg. Ten, który przyjedzie dopiero wtedy, gdy ruszą wskazówki zegara. Ten, który pojedzie w inną stronę niż wszystkie. — Uśmiechnął się znowu Aaron. — Chcę zobaczyć, co jest dalej.
Pogładził ją uspokajająco po ramieniu, na powrót podnosząc wzrok na stojące przed nimi lustro, w którym wciąż odbijali się oboje… Tylko że tym razem siedzieli we wnętrzu pociągu.
Jak gdyby od niechcenia pocałował Lorien w czoło.
— Znajdę cię, ale musisz zaczekać na mój pociąg.


I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Aaron Andrew Moody (4938), Lorien Mulciber (4434), Pan Losu (59)




Wiadomości w tym wątku
[24.09.1972] I thought I had wandered into a dream - przez Aaron Andrew Moody - 05.07.2026, 00:50
RE: [24.09.1972] I thought I had wandered into a dream - przez Lorien Mulciber - 05.07.2026, 20:55
RE: [24.09.1972] I thought I had wandered into a dream - przez Aaron Andrew Moody - 22.07.2026, 21:34
RE: [24.09.1972] I thought I had wandered into a dream - przez Pan Losu - 22.07.2026, 21:34
RE: [24.09.1972] I thought I had wandered into a dream - przez Lorien Mulciber - 24.08.2026, 11:46
RE: [24.09.1972] I thought I had wandered into a dream - przez Aaron Andrew Moody - 11.10.2026, 01:09
RE: [24.09.1972] I thought I had wandered into a dream - przez Lorien Mulciber - 12.10.2026, 21:28

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa