12.10.2026, 21:28 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.10.2026, 21:31 przez Lorien Mulciber.)
Drgnęła nieznacznie, gdy uciekł od niej spojrzeniem. Co takiego Aaron Moody zobaczył w przeklętym lustrze? Kogo zobaczył? Było w jego reakcji coś irracjonalnie irytującego - nieuważne skinięcie głowy, zaciśnięcie zębów, ten sam uśmiech, którym zwykle raczył obdarzać sekretarkę Biura Aurorów, gdy chwaliła jego krawat. Twarz człowieka, który swojej twarzy nie chciał pokazywać wcale.
Zmarszczyła brwi.
Złagodniał pod jej dotykiem ale… to nie wystarczyło. Dziwne kłucie w sercu pani Mulciber zagnieździło się na dobre, a ona ku własnemu niezadowoleniu nie potrafiła znaleźć dla niego żadnego racjonalnego wytłumaczenia. Widziała gdzie po raz ostatni ucieka jego spojrzenie.
- Nie wiedziałbym… Nie wiedziałbym, jak tacy mówią.
Zrozumiała, że posunęła się za daleko.
Nie do końca była jednak pewna w którym miejscu. Żart o zakochanym uczniu wydał jej się niewinnym, gdy go wypowiedziała. Może jednak chodziło o nagły pokaz czułości? Ale nie przecież nie uciekł, nie odsunął się. Może o wspomnienie Amortencji? Przecież ona nigdy… nie jego.
Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że Aaron też miał kiedyś te siedemnaście lat. On też kiedyś kończył Hogwart, opuszczał szkolne mury z całą tą młodzieńczą werwą, pragnieniami i ambicją; gotowy zmieniać świat.
Czy to właśnie odbijało lustro, które jej pokazało Donalda?
Czy tym było Aaronowe zwycięstwo?
Chłopcem, który zakochał się w dziewczynie w szkolnych szatach, nie mając pojęcia jak szybko będzie wybierał kamień na jej grób? Dziewczynę, która da mu syna, z którego będzie mógł być dumny przez kolejne lata? Rodziną?
Nie znała Madeleine inaczej jak z tego jednego zdjęcia, które Moody uparcie trzymał na swoim biurku w Biurze. Po prawdzie wcale nie chciała jej znać.
Nie wiedziała czy była jedną z tą dziewcząt, za którą oglądali się chłopcy, której odsuwano krzesło w klasie i noszono jej książki. Czy może raczej była typem wkurzającej kujonicy z pierwszej ławki. Pewnie była Gryfonką. Albo Puchonką. Pewnie była miła, roztropna, może trochę uparta. Na pewno wszystkich lubiła, a wszyscy lubili ją. Znała takie jak ona.
Materiały na średniej klasy gospodynie domowe, co w prezencie ślubnym dostawały przepiśnik po prababci i walizkę ze sztućcami; wyciągały je zawsze na świąteczne kolacje.
Pierwsza cholerna młodzieńcza i najprawdziwsza miłość.
Znów miała szesnaście lat. Leżała na miękkim kocu pośród kwiatów, którymi porastały szkolne błonia. Był czerwiec, kwitły nasturcje i jaskry, a słońce grzało na tyle przyjemnie, że nie widziała powodu, by zawracać sobie głowę nadchodzącymi egzaminami. Hati siedział obok pochylony nad podręcznikiem do mugoloznawstwa. Wkuwał kolejne formułki jak jakiś nerd. Ona natomiast grała w swoją ulubioną grę pt. “A kochałbyś mnie gdybym…”
- A kochałbyś mnie, gdybym była duchem jak Jęcząca Marta?
- Tak.
- A gdybym była wampirem ale takim z bardzo słabymi zębami i musiałbyś mi robić codziennie krwawą mary?
- Też.
- A gdybym była wilkołakiem? A takim z kręconą sierścią jak u pudla?
- Bardziej niż teraz.
- Ej!- Poderwała się do półsiadu. Wydęła usteczka w grymasie ogromnej urazy i niezadowolenia. W jej poczuciu, wyjątkowo uzasadnione. Znów gadał jakieś farmazony i próbował się z nią droczyć. A przecież pytała całkiem poważnie.
- Jakbyś była wilkołakiem, ożeniłbym się z tobą natychmiast i mielibyśmy całe stadko szczeniaków. Co najmniej siedem, żeby mieć drużynę quidditcha. Albo mugolskiej piłki nożnej.
Pokazał jej rozdział, który czytał - kultura i sporty mugolskie. Przewróciła oczami, szybko zabierając mu z rąk podręcznik.
- Byłbyś absolutnie ostatnim wilkołakiem za którego bym wyszła! Ostatnim w całej Anglii! Albo i w Europie.- Ani myślała oddać książki, którą przytuliła do siebie niczym zdobycz wojenną.- Albo urodziłabym dziewczynki i tyle byłoby po twojej drużynie.
- Wcale bym nie pytał. Ożenię się z tobą i tak, Loricina.
Pokręciła głową, padając z powrotem plecami na koc. Nie pamiętała już, co odpowiedziałaby mu wtedy, gdyby naprawdę nalegał. Ale przecież przez moment wierzyła, że mogliby być razem. Może i siódemka dzieci nie wchodziła w rachubę, ale…
- Ożenisz się, a ja umrę i będzie Ci przykro, mio caro. A potem ożenisz się z jakąś inną… A gdybyś się ożenił po raz kolejny, pochowaliby Cię przy tej nowej czy przy mnie? - Rzuciła z rozbawieniem, jakby pytała o listę gości na to ich wielkie wesele. Miała szesnaście lat. Śmierć miała nadejść nie wcześniej niż za dwie dekady. Nie pamiętała odpowiedzi Hati’ego.
Chyba powiedział coś o tym, że będzie miał kilka żon, każda piękniejsza od kolejnej, ale nigdy już nie znajdzie szczęścia. I chyba uznała tą odpowiedź za wyjątkowo satysfakcjonującą, bo nawet pomogła mu zrobić ściągi.
Wiedziała przy kim pochowają Aarona Moody’ego.
Umrze jak każdy jeden przed nim w służbie umiłowanej Ojczyzny, a dzieci postawią mu kamień nagrobny przy jedynej kobiecie, która miała prawo na niego czekać. Przy Madeleine.
Ona… Ona miała już swój pomnik, swoje miejsce na cmentarzu, porośnięte bluszczem i wrzoścem, w cieniu starej wierzby. Wiedziała na kogo czeka grób obok.
Kto na jej skinienie wypije truciznę, otumaniony eliksirami i zaklęciami; kto pójdzie za nią, gdy przyjdzie pora nie zadając żadnych pytań. Pani na Mulciber Manor.
Nie było przed tym ucieczki. Nigdy nie było innego zakończenia.
Musiała wygrać, nawet jeśli wygrana smakowała wyjątkowo gorzko. Donald mógł obudzić się w każdej chwili - otworzyć oczy, zawołać za nią, wyciągnąć do niej rękę. A ona by ją przyjęła. Podałaby mu szklankę wody. W powietrzu unosiłby się ciężki zapach dymu papierosowego, choć nikt nie śmiał palić w Lecznicy Dusz. I tylko wątły zapach taniej wody kolońskiej Moody’ego drażniłby jej zmysły.
Wróciliby do swoich powinności i zmarłych, tak jak powinno być.
Na razie jednak siedzieli tutaj, razem. W opustoszałym gabinecie przedziwnych luster, do którego w tak okropną pogodę nie zaglądał nawet pies z kulawą nogą.
Poczuła jak Aaron mocniej ściska jej dłoń. Nie zauważyła, kiedy skończyła swoją opowieść o snach.
Nie miała prawa oczekiwać nic więcej.
On nie miał prawa czekać na jej deklaracje. Nie zamierzała go jednak obarczać swoją zazdrością o lustrzane odbicia. Mogła zapytać. Taka już była natura sędzi - pytać. Pewnie by jej odpowiedział, jak to mieli w zwyczaju aurorzy.
Po prostu zamilkła.
Odwróciła wzrok od ozdobnego lustra prawdziwych pragnień dopiero, gdy wcisnął w jej dłonie zwiniętą mapę. Przyjęła ją, nie rozumiejąc z początku znaczenia prezentu. Przecież znała Londyn. Urodziła się w nim. Wychowała. Pewnie tu umrze.
- Nie chciałbym, żebyś się zgubiła, zanim Cię znajdę.
Nie próbowała się nawet uśmiechać w odpowiedzi.
Jak mogłaby się zgubić we własnych wspomnieniach?
Wpatrywała się uważnie w mapę miasta, które znała przecież od tak dawna. Londyn rozpościerał się przed nią w całej swej postindustrialnej okazałości, utkany niczym miejsca pajęcza sieć z arterii, zaułków i placów; z Tamizą przecinającą go na wskroś - rzeką tak skażoną, że zaledwie piętnaście lat wcześniej nazwano ją “biologicznie martwą”. Zabawne. Mugole potrafili swoją nierozwagą, głupotą i chciwością zabić nawet to.
Miasto jej narodzin. Miasto, w którym przyszło jej budzić się i pracować. Miasto tak obce.
Gdy spoglądała na sieć linii metra, miejskich autobusów i kolei, odniosła nieprzyjemne wrażenie, że zna je tylko i wyłącznie z nazwy.
Nigdy nie kwestionowała faktu, że mieszkają pośród mugolskich ulic, skryci przed wzrokiem postronnych tarczą ochronną z pradawnych zaklęć i zabezpieczeń. Nie napawało jej to wielkim wstydem, nie zaciągała ciężkich zasłon, nie czuła obrzydzenia, gdy mugolskie dzieci biegały po chodniku bawiąc się w policjantów i złodziei. Przecież serce magicznej społeczności, ich Ministerstwo Magii rozpościerało się pod tymi samymi, brukowanymi ulicami; W tych dzielnicach Lestrange’owie mieli swój przepiękny ogród; tu rezydowali Nottowie i Blackowie. To tutaj było Clerkenwell. I choć żadne z tych miejsc nie należało do mugolskiej, brytyjskiej stolicy, która rozrastała się niczym pleśń, każde jedno musiało nauczyć się z nią koegzystować - w wiecznym ukryciu, w błogiej niewiedzy.
Chyba nigdy nie podróżowała londyńskim metrem. Ba, w samych podziemiach była zaledwie raz - niemal na samym początku swojej kariery, gdy miała okazję przyglądać się pieczętowaniu miejsca wyjątkowo brutalnego morderstwa na pewnego czarownicy mugolskiego urodzenia. Nie pamiętała nawet jej nazwiska. Szczerze powiedziawszy, twarzy też nie pamiętała. Samochody? Te mogła co najwyżej obserwować zaintrygowana i oceniać, jak to kobieta, po kolorze. A te nieszczęsne autobusy? Coś zdecydowanie poniżej jej godności. Nie dyskryminowała - nawet Błędny Rycerz pozostawał dla niej dziwną osobliwością. Nie dlatego, że nie miała sposobności nim podróżować. Wręcz przeciwnie - od urodzenia dysponowała środkami, by dotrzeć niemal wszędzie, a gdy droga okazywała się choć odrobinę niewygodna, wystarczyło zażądać, by ktoś znalazł lepszą.
Poczuła uścisk w żołądku, jak dziecko, które wstydzi się po raz pierwszy w swoim życiu. Żyła w Londynie, ale nigdy nie próbowała go poznać choć odrobinę. Musiał spłonąć, by po raz pierwszy pomyślała o nim jak o własnym domu.
Sycylia wkradła się w jej myśli jak cichy oddech zapomnianego kochanka. Tamtejsze słońce pamiętała inaczej. Było ciężkie, złote, rozlewało się na skórze. Niebo miało barwę, której nie potrafiła otworzyć nawet w pamięci bez poczucia, że coś istotnego jej umyka. Do sycylijskich ulic przywiązana była sentymentem, którego nie szło tłumaczyć pochodzeniem. Na Sycylii była jej rodzina. Jej prawdziwa rodzina. Byli rodzice, dziadkowie, kuzynostwo - włoska odnoga rodu Prewett ze swoimi radościami i problemami, które nie obejmowały żadnej wojny, bo (jak wyjaśniła stryjeczna nonna Prewett, która przeżyła już trzy pokolenia mężczyzn o wątpliwej moralności, dwóch mężów i próbę otrucia) żaden Voldemario czy inny Afroangielski Lord (“Czarny Pan” poprawił grzecznie Philip Crouch za co nie dostał dokładki ciasta) nie był powodem nie był powodem, dla którego należałoby zaniedbywać rodzinne interesy, albo - o madonna santa! - zrezygnować z sjesty.
Włoscy Prewettowie mieli swoje zmartwienia. Ktoś pokłócił się z kimś o pieniądze. Maria oświadczyła mężowi, że się z nim rozwodzi, bo kupił kochance willę w ładniejszej części wybrzeża i udobruchała ją dopiero nowa winnica. Jej ulubiony kuzyn - Andreas - wyemigrował przed laty do Szwajcarii, dziś handlował ze Związkiem Radzieckim gazem i poślubił (jak to lubił mówić wuj Arturo) “cyniczną córę Zurychu”, niemagicznie urodzoną Raszidę, jedną z sześciu sióstr, które pewnej nocy uciekły ze Stambułu i ułożyły sobie nowe życie w szwajcarskiej stolicy. Ponoć jak wuj dostał zdjęcia synowej, porwał go szał, włosy z głowy rwał. A potem urodziła mu się wnuczka i wreszcie zaakceptował synowską mugolofilię.
W tym wszystkim sprawy Anglii i jej małej wojenki domowej wydawały się irracjonalne i dziecinne.
- Nie żałuj tych, którzy widzą więcej Aaronie. Nie zazdrość im.- Powiedziała cicho, może nawet ciszej niż planowała.- Nie należą oni do naszego świata, nie podlegają jego prawom. Czasem ciężko rozpoznać czy równi są dzieciom czy Prorokom.
Nie patrzyła na niego, ale nie patrzyła też na ofiarowaną mapę. Opuściła głowę, uparcie wpatrując się w posadzkę. Nie chciała, żeby widział, że ma trudność z opanowaniem łez.
Oparła z powrotem głowę o jego ramię, odruchowo ocierając oczy wierzchem dłoni.
- Nie wiem jaki kolor mogłyby mieć nasze nici, ale…- Nie dokończyła. Głos utknął jej w gardle. Pozwoliła mu więc opowiadać o metrze i pociągach. O zamiłowaniu do modeli. O swojej makiecie Azkabanu.
Chyba mu za nią nigdy nie podziękowała.
Chyba tych podziękowań w ogóle od niej nie oczekiwał.
- Może twój pociąg odjedzie wcześniej.
Nie wiedział, że modliła się o to całe życie. Być może modły te były samolubne i okrutne, ale nie potrafiła znaleźć w sobie dość szlachetności, by pragnąć czegokolwiek innego. Nie miała dość sił by oglądać śmierć bliskich. Nie chciała patrzeć jak gasną i odchodzą ludzie, których ukochała.
Jeśli miała odejść, wolała to zrobić tak jak było jej obiecane, pod ptasią formą, która nie znała cierpień serca. Jeśli Aaron zaś odejdzie pierwszy… pożegna go z godnością i honorami na jakie zasługiwał auror. Ale czuła, że jego jednego nie zdoła zapomnieć.
A potem zaczął jej opowiadać o dworcu St. Pancras; o jego strzelistych łukach, gotyckiej fasadzie i żelaznej konstrukcji, na którą nigdy w życiu nie zwróciłaby uwagi. O relikcie przeszłości. O miejscu zaklętym w czasie.
Słuchała go uważnie, próbując wyobrazić sobie to wszystko rozrysowane na mapie. Czy w jego snach dworzec był równie piękny jak za czasów dziecięcych wspomnień? Czy rzeczywiście rozbrzmiewał gwizdkiem lokomotyw? Kluczył po dworcu samotnie; równie samotnie co ona snuła się ciemnymi korytarzami swojego więzienia. Czym różnił się taki peron od Azkabanu? Niczym. Wszystkim.
Odchyliła lekko głowę, łapiąc go w krótkim pocałunku. Może niebawem skończy się ichniejsze “tu i teraz”. Ale na razie trwało. Byli tu, wciąż jeszcze żywi w obliczu wszechogarniającej śmierci.
- Gdy wysiądziesz szukaj dziewczyny w zielonej sukience. W tej twojej ulubionej.- Nie odsuwała się jeszcze przez krótką chwilę, ciesząc się smakiem jego ust i… chyba tych cukierków, które spałaszował przed chwilą.
Nie obiecywała, że będzie czekać, przy dworcowym stoliku z krzyżówką w dłoniach i filiżanką mocnej, parującej kawy. Były obietnice, których nie należało składać. Ale może ten jeden raz spotkają się za zamkniętymi drzwiami jednego z pokoi na wyspie pośród pogrążonego w ciszy Morza Północnego. Może raz jeden ten pokój będzie przypominał dworcową poczekalnię.
Może choć przez moment nie będą tak straszliwie samotni w obliczu nieskończoności.
Splotła ich palce razem.
- Przejdźmy się tam. Na St. Pancras.- Zadecydowała nagle. Nie czekała na odpowiedź, na jakże rozważne stwierdzenia, że dworzec jest z pewnością niedostępny i należałoby się tam zakraść. Jak jacyś przestępcy albo włamywacze.
- Na pewno przestało już padać. Poza tym, ktoś musi pana, panie Moody odprowadzić bezpiecznie do domu. I może dać się zaprosić na herbatę…
Spojrzała jeszcze raz w lustro. Nie widziała w odbiciu ptasich szponów, które boleśnie wbijały się w jej ramiona, brudząc sukienkę krwią.
Zmarszczyła brwi.
Złagodniał pod jej dotykiem ale… to nie wystarczyło. Dziwne kłucie w sercu pani Mulciber zagnieździło się na dobre, a ona ku własnemu niezadowoleniu nie potrafiła znaleźć dla niego żadnego racjonalnego wytłumaczenia. Widziała gdzie po raz ostatni ucieka jego spojrzenie.
- Nie wiedziałbym… Nie wiedziałbym, jak tacy mówią.
Zrozumiała, że posunęła się za daleko.
Nie do końca była jednak pewna w którym miejscu. Żart o zakochanym uczniu wydał jej się niewinnym, gdy go wypowiedziała. Może jednak chodziło o nagły pokaz czułości? Ale nie przecież nie uciekł, nie odsunął się. Może o wspomnienie Amortencji? Przecież ona nigdy… nie jego.
Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że Aaron też miał kiedyś te siedemnaście lat. On też kiedyś kończył Hogwart, opuszczał szkolne mury z całą tą młodzieńczą werwą, pragnieniami i ambicją; gotowy zmieniać świat.
Czy to właśnie odbijało lustro, które jej pokazało Donalda?
Czy tym było Aaronowe zwycięstwo?
Chłopcem, który zakochał się w dziewczynie w szkolnych szatach, nie mając pojęcia jak szybko będzie wybierał kamień na jej grób? Dziewczynę, która da mu syna, z którego będzie mógł być dumny przez kolejne lata? Rodziną?
Nie znała Madeleine inaczej jak z tego jednego zdjęcia, które Moody uparcie trzymał na swoim biurku w Biurze. Po prawdzie wcale nie chciała jej znać.
Nie wiedziała czy była jedną z tą dziewcząt, za którą oglądali się chłopcy, której odsuwano krzesło w klasie i noszono jej książki. Czy może raczej była typem wkurzającej kujonicy z pierwszej ławki. Pewnie była Gryfonką. Albo Puchonką. Pewnie była miła, roztropna, może trochę uparta. Na pewno wszystkich lubiła, a wszyscy lubili ją. Znała takie jak ona.
Materiały na średniej klasy gospodynie domowe, co w prezencie ślubnym dostawały przepiśnik po prababci i walizkę ze sztućcami; wyciągały je zawsze na świąteczne kolacje.
Pierwsza cholerna młodzieńcza i najprawdziwsza miłość.
Znów miała szesnaście lat. Leżała na miękkim kocu pośród kwiatów, którymi porastały szkolne błonia. Był czerwiec, kwitły nasturcje i jaskry, a słońce grzało na tyle przyjemnie, że nie widziała powodu, by zawracać sobie głowę nadchodzącymi egzaminami. Hati siedział obok pochylony nad podręcznikiem do mugoloznawstwa. Wkuwał kolejne formułki jak jakiś nerd. Ona natomiast grała w swoją ulubioną grę pt. “A kochałbyś mnie gdybym…”
- A kochałbyś mnie, gdybym była duchem jak Jęcząca Marta?
- Tak.
- A gdybym była wampirem ale takim z bardzo słabymi zębami i musiałbyś mi robić codziennie krwawą mary?
- Też.
- A gdybym była wilkołakiem? A takim z kręconą sierścią jak u pudla?
- Bardziej niż teraz.
- Ej!- Poderwała się do półsiadu. Wydęła usteczka w grymasie ogromnej urazy i niezadowolenia. W jej poczuciu, wyjątkowo uzasadnione. Znów gadał jakieś farmazony i próbował się z nią droczyć. A przecież pytała całkiem poważnie.
- Jakbyś była wilkołakiem, ożeniłbym się z tobą natychmiast i mielibyśmy całe stadko szczeniaków. Co najmniej siedem, żeby mieć drużynę quidditcha. Albo mugolskiej piłki nożnej.
Pokazał jej rozdział, który czytał - kultura i sporty mugolskie. Przewróciła oczami, szybko zabierając mu z rąk podręcznik.
- Byłbyś absolutnie ostatnim wilkołakiem za którego bym wyszła! Ostatnim w całej Anglii! Albo i w Europie.- Ani myślała oddać książki, którą przytuliła do siebie niczym zdobycz wojenną.- Albo urodziłabym dziewczynki i tyle byłoby po twojej drużynie.
- Wcale bym nie pytał. Ożenię się z tobą i tak, Loricina.
Pokręciła głową, padając z powrotem plecami na koc. Nie pamiętała już, co odpowiedziałaby mu wtedy, gdyby naprawdę nalegał. Ale przecież przez moment wierzyła, że mogliby być razem. Może i siódemka dzieci nie wchodziła w rachubę, ale…
- Ożenisz się, a ja umrę i będzie Ci przykro, mio caro. A potem ożenisz się z jakąś inną… A gdybyś się ożenił po raz kolejny, pochowaliby Cię przy tej nowej czy przy mnie? - Rzuciła z rozbawieniem, jakby pytała o listę gości na to ich wielkie wesele. Miała szesnaście lat. Śmierć miała nadejść nie wcześniej niż za dwie dekady. Nie pamiętała odpowiedzi Hati’ego.
Chyba powiedział coś o tym, że będzie miał kilka żon, każda piękniejsza od kolejnej, ale nigdy już nie znajdzie szczęścia. I chyba uznała tą odpowiedź za wyjątkowo satysfakcjonującą, bo nawet pomogła mu zrobić ściągi.
Wiedziała przy kim pochowają Aarona Moody’ego.
Umrze jak każdy jeden przed nim w służbie umiłowanej Ojczyzny, a dzieci postawią mu kamień nagrobny przy jedynej kobiecie, która miała prawo na niego czekać. Przy Madeleine.
Ona… Ona miała już swój pomnik, swoje miejsce na cmentarzu, porośnięte bluszczem i wrzoścem, w cieniu starej wierzby. Wiedziała na kogo czeka grób obok.
Kto na jej skinienie wypije truciznę, otumaniony eliksirami i zaklęciami; kto pójdzie za nią, gdy przyjdzie pora nie zadając żadnych pytań. Pani na Mulciber Manor.
Nie było przed tym ucieczki. Nigdy nie było innego zakończenia.
Musiała wygrać, nawet jeśli wygrana smakowała wyjątkowo gorzko. Donald mógł obudzić się w każdej chwili - otworzyć oczy, zawołać za nią, wyciągnąć do niej rękę. A ona by ją przyjęła. Podałaby mu szklankę wody. W powietrzu unosiłby się ciężki zapach dymu papierosowego, choć nikt nie śmiał palić w Lecznicy Dusz. I tylko wątły zapach taniej wody kolońskiej Moody’ego drażniłby jej zmysły.
Wróciliby do swoich powinności i zmarłych, tak jak powinno być.
Na razie jednak siedzieli tutaj, razem. W opustoszałym gabinecie przedziwnych luster, do którego w tak okropną pogodę nie zaglądał nawet pies z kulawą nogą.
Poczuła jak Aaron mocniej ściska jej dłoń. Nie zauważyła, kiedy skończyła swoją opowieść o snach.
Nie miała prawa oczekiwać nic więcej.
On nie miał prawa czekać na jej deklaracje. Nie zamierzała go jednak obarczać swoją zazdrością o lustrzane odbicia. Mogła zapytać. Taka już była natura sędzi - pytać. Pewnie by jej odpowiedział, jak to mieli w zwyczaju aurorzy.
Po prostu zamilkła.
Odwróciła wzrok od ozdobnego lustra prawdziwych pragnień dopiero, gdy wcisnął w jej dłonie zwiniętą mapę. Przyjęła ją, nie rozumiejąc z początku znaczenia prezentu. Przecież znała Londyn. Urodziła się w nim. Wychowała. Pewnie tu umrze.
- Nie chciałbym, żebyś się zgubiła, zanim Cię znajdę.
Nie próbowała się nawet uśmiechać w odpowiedzi.
Jak mogłaby się zgubić we własnych wspomnieniach?
Wpatrywała się uważnie w mapę miasta, które znała przecież od tak dawna. Londyn rozpościerał się przed nią w całej swej postindustrialnej okazałości, utkany niczym miejsca pajęcza sieć z arterii, zaułków i placów; z Tamizą przecinającą go na wskroś - rzeką tak skażoną, że zaledwie piętnaście lat wcześniej nazwano ją “biologicznie martwą”. Zabawne. Mugole potrafili swoją nierozwagą, głupotą i chciwością zabić nawet to.
Miasto jej narodzin. Miasto, w którym przyszło jej budzić się i pracować. Miasto tak obce.
Gdy spoglądała na sieć linii metra, miejskich autobusów i kolei, odniosła nieprzyjemne wrażenie, że zna je tylko i wyłącznie z nazwy.
Nigdy nie kwestionowała faktu, że mieszkają pośród mugolskich ulic, skryci przed wzrokiem postronnych tarczą ochronną z pradawnych zaklęć i zabezpieczeń. Nie napawało jej to wielkim wstydem, nie zaciągała ciężkich zasłon, nie czuła obrzydzenia, gdy mugolskie dzieci biegały po chodniku bawiąc się w policjantów i złodziei. Przecież serce magicznej społeczności, ich Ministerstwo Magii rozpościerało się pod tymi samymi, brukowanymi ulicami; W tych dzielnicach Lestrange’owie mieli swój przepiękny ogród; tu rezydowali Nottowie i Blackowie. To tutaj było Clerkenwell. I choć żadne z tych miejsc nie należało do mugolskiej, brytyjskiej stolicy, która rozrastała się niczym pleśń, każde jedno musiało nauczyć się z nią koegzystować - w wiecznym ukryciu, w błogiej niewiedzy.
Chyba nigdy nie podróżowała londyńskim metrem. Ba, w samych podziemiach była zaledwie raz - niemal na samym początku swojej kariery, gdy miała okazję przyglądać się pieczętowaniu miejsca wyjątkowo brutalnego morderstwa na pewnego czarownicy mugolskiego urodzenia. Nie pamiętała nawet jej nazwiska. Szczerze powiedziawszy, twarzy też nie pamiętała. Samochody? Te mogła co najwyżej obserwować zaintrygowana i oceniać, jak to kobieta, po kolorze. A te nieszczęsne autobusy? Coś zdecydowanie poniżej jej godności. Nie dyskryminowała - nawet Błędny Rycerz pozostawał dla niej dziwną osobliwością. Nie dlatego, że nie miała sposobności nim podróżować. Wręcz przeciwnie - od urodzenia dysponowała środkami, by dotrzeć niemal wszędzie, a gdy droga okazywała się choć odrobinę niewygodna, wystarczyło zażądać, by ktoś znalazł lepszą.
Poczuła uścisk w żołądku, jak dziecko, które wstydzi się po raz pierwszy w swoim życiu. Żyła w Londynie, ale nigdy nie próbowała go poznać choć odrobinę. Musiał spłonąć, by po raz pierwszy pomyślała o nim jak o własnym domu.
Sycylia wkradła się w jej myśli jak cichy oddech zapomnianego kochanka. Tamtejsze słońce pamiętała inaczej. Było ciężkie, złote, rozlewało się na skórze. Niebo miało barwę, której nie potrafiła otworzyć nawet w pamięci bez poczucia, że coś istotnego jej umyka. Do sycylijskich ulic przywiązana była sentymentem, którego nie szło tłumaczyć pochodzeniem. Na Sycylii była jej rodzina. Jej prawdziwa rodzina. Byli rodzice, dziadkowie, kuzynostwo - włoska odnoga rodu Prewett ze swoimi radościami i problemami, które nie obejmowały żadnej wojny, bo (jak wyjaśniła stryjeczna nonna Prewett, która przeżyła już trzy pokolenia mężczyzn o wątpliwej moralności, dwóch mężów i próbę otrucia) żaden Voldemario czy inny Afroangielski Lord (“Czarny Pan” poprawił grzecznie Philip Crouch za co nie dostał dokładki ciasta) nie był powodem nie był powodem, dla którego należałoby zaniedbywać rodzinne interesy, albo - o madonna santa! - zrezygnować z sjesty.
Włoscy Prewettowie mieli swoje zmartwienia. Ktoś pokłócił się z kimś o pieniądze. Maria oświadczyła mężowi, że się z nim rozwodzi, bo kupił kochance willę w ładniejszej części wybrzeża i udobruchała ją dopiero nowa winnica. Jej ulubiony kuzyn - Andreas - wyemigrował przed laty do Szwajcarii, dziś handlował ze Związkiem Radzieckim gazem i poślubił (jak to lubił mówić wuj Arturo) “cyniczną córę Zurychu”, niemagicznie urodzoną Raszidę, jedną z sześciu sióstr, które pewnej nocy uciekły ze Stambułu i ułożyły sobie nowe życie w szwajcarskiej stolicy. Ponoć jak wuj dostał zdjęcia synowej, porwał go szał, włosy z głowy rwał. A potem urodziła mu się wnuczka i wreszcie zaakceptował synowską mugolofilię.
W tym wszystkim sprawy Anglii i jej małej wojenki domowej wydawały się irracjonalne i dziecinne.
- Nie żałuj tych, którzy widzą więcej Aaronie. Nie zazdrość im.- Powiedziała cicho, może nawet ciszej niż planowała.- Nie należą oni do naszego świata, nie podlegają jego prawom. Czasem ciężko rozpoznać czy równi są dzieciom czy Prorokom.
Nie patrzyła na niego, ale nie patrzyła też na ofiarowaną mapę. Opuściła głowę, uparcie wpatrując się w posadzkę. Nie chciała, żeby widział, że ma trudność z opanowaniem łez.
Oparła z powrotem głowę o jego ramię, odruchowo ocierając oczy wierzchem dłoni.
- Nie wiem jaki kolor mogłyby mieć nasze nici, ale…- Nie dokończyła. Głos utknął jej w gardle. Pozwoliła mu więc opowiadać o metrze i pociągach. O zamiłowaniu do modeli. O swojej makiecie Azkabanu.
Chyba mu za nią nigdy nie podziękowała.
Chyba tych podziękowań w ogóle od niej nie oczekiwał.
- Może twój pociąg odjedzie wcześniej.
Nie wiedział, że modliła się o to całe życie. Być może modły te były samolubne i okrutne, ale nie potrafiła znaleźć w sobie dość szlachetności, by pragnąć czegokolwiek innego. Nie miała dość sił by oglądać śmierć bliskich. Nie chciała patrzeć jak gasną i odchodzą ludzie, których ukochała.
Jeśli miała odejść, wolała to zrobić tak jak było jej obiecane, pod ptasią formą, która nie znała cierpień serca. Jeśli Aaron zaś odejdzie pierwszy… pożegna go z godnością i honorami na jakie zasługiwał auror. Ale czuła, że jego jednego nie zdoła zapomnieć.
A potem zaczął jej opowiadać o dworcu St. Pancras; o jego strzelistych łukach, gotyckiej fasadzie i żelaznej konstrukcji, na którą nigdy w życiu nie zwróciłaby uwagi. O relikcie przeszłości. O miejscu zaklętym w czasie.
Słuchała go uważnie, próbując wyobrazić sobie to wszystko rozrysowane na mapie. Czy w jego snach dworzec był równie piękny jak za czasów dziecięcych wspomnień? Czy rzeczywiście rozbrzmiewał gwizdkiem lokomotyw? Kluczył po dworcu samotnie; równie samotnie co ona snuła się ciemnymi korytarzami swojego więzienia. Czym różnił się taki peron od Azkabanu? Niczym. Wszystkim.
Odchyliła lekko głowę, łapiąc go w krótkim pocałunku. Może niebawem skończy się ichniejsze “tu i teraz”. Ale na razie trwało. Byli tu, wciąż jeszcze żywi w obliczu wszechogarniającej śmierci.
- Gdy wysiądziesz szukaj dziewczyny w zielonej sukience. W tej twojej ulubionej.- Nie odsuwała się jeszcze przez krótką chwilę, ciesząc się smakiem jego ust i… chyba tych cukierków, które spałaszował przed chwilą.
Nie obiecywała, że będzie czekać, przy dworcowym stoliku z krzyżówką w dłoniach i filiżanką mocnej, parującej kawy. Były obietnice, których nie należało składać. Ale może ten jeden raz spotkają się za zamkniętymi drzwiami jednego z pokoi na wyspie pośród pogrążonego w ciszy Morza Północnego. Może raz jeden ten pokój będzie przypominał dworcową poczekalnię.
Może choć przez moment nie będą tak straszliwie samotni w obliczu nieskończoności.
Splotła ich palce razem.
- Przejdźmy się tam. Na St. Pancras.- Zadecydowała nagle. Nie czekała na odpowiedź, na jakże rozważne stwierdzenia, że dworzec jest z pewnością niedostępny i należałoby się tam zakraść. Jak jacyś przestępcy albo włamywacze.
- Na pewno przestało już padać. Poza tym, ktoś musi pana, panie Moody odprowadzić bezpiecznie do domu. I może dać się zaprosić na herbatę…
Spojrzała jeszcze raz w lustro. Nie widziała w odbiciu ptasich szponów, które boleśnie wbijały się w jej ramiona, brudząc sukienkę krwią.
Koniec sesji