Miał dzisiaj szczęście. Cały ten dzień był inny niż zwykle, wszystko układało się wyjątkowo, jak nigdy. Nie mógł uwierzyć, że przydarzyło się to jemu. Zupełnie ignorował tych wszystkich ludzi wokół. Widział tylko Danielle. Nie liczyło się nic więcej.
Spoglądał na nią, a uśmiech nie schodził z jego twarzy, najchętniej nie wypuściłby jej ze swoich ramion, jednak wiedział, że nie wypada, aby zbliżył się do niej za bardzo. Beltane trwało w najlepsze, jednak Samuel Carrow miał w sobie przyzwoitość.
- Muszę zaprzeczyć. Razem nam się udało. Kiedy współpracujemy los nam sprzyja. - Nie uważał, żeby zasługa leżała tylko i wyłącznie po jego stronie. Jego zdaniem większy wpływ na to miała panna Longbottom.
Carrow nie miał żadnych planów na ten wieczór, najchętniej spędziłby go z Danielle, skoro tak dobrze im dzisiaj było razem. Położył się na trawie, wpatrywał w gwiazdy i marzył, o tej ich wspólnej wyprawie w nieznane. Więcej nie było mu potrzebne do szczęścia.
Danielle nie uciekła mu, ruszyli razem w stronę palenisk, aby świętować ten dzień. Był zadowolony z takiego obrotu sprawy, nie spodziewał się, że wszystko ułoży się tak fantastycznie. Okazało się, że jego towarzyszka była wyśmienitą tancerką, podziwiał ją, kiedy obracała się wokół własnej osi, wyglądała pięknie, taka szczęśliwa w tańcu.
Jej uśmiech powodował, że czuł przyjemne ciepło, które rozchodziło się po jego ciele. Miał ochotę ją przytulić, jednak się powstrzymał, starał się ręce trzymać przy sobie. - Nie będę Cię gonił Danielle, zamierzam dać Ci błyszczeć. - Uważał, że był tylko dopełnieniem tego obrazka, niczym ciemne niebo, na którym można było zobaczyć tę jedną, wyjątkową gwiazdę.