Nawet nie tyle zignorował swój lęk wysokości, ile kompletnie o nim zapomniał. Mogła to być wina stresu lub presji ze strony publiczności i innych facetów biorących udział w zabawie. Dopiero gdy oddalili się od miejsca jego katorgi i mógł uważniej się rozejrzeć, zorientował się, jak cholernie wysoko próbował wleźć. Oblał go zimny pot. Nie potrafiął zrozumieć, jakim cudem wdrapał się tak wysoko o własnych siłach.
— Jebać! — powtórzył niemrawo. Pomimo zapewnień Rudej dalej było mu przykro, że tak się to potoczyło. Miał tylko nadzieję, że nie wystawił jej na pośmiewisko i znajomi z pracy nie będą się z niej potem śmiać. To nie była przecież jej wina! — Wiesz, myślę, że nikt z nich nie poskładałby połamanej nogi do kupy. — Wytknął palcami kolejną grupę rywalizujących ze sobą mężczyzn.
Oblał się rumieńcem, jednak tym razem ciepło nie ogarnęło tylko jego twarzy, ale też okolice jego delikatnego, jakże kruchego serduszka. Nie potrafił zaprzeczyć; lubił, gdy Heather czy Charlie mu tak mówili. Czuł się wtedy bardzo mocno dowartościowany. Przytaknął dziewczynie, kiwając intensywnie głowa.
— No dokładnie! Tak samo, jak z tymi jajami na Ostarze. Zbierałaś je wtedy? Ja zbierałem i to było jakieś pojebane! One dosłownie spierdalały z koszyka. Tutaj pewnie też zastosowali jakichś taki chytry trik, co nie? — Każdy sposób na odwrócenie uwagi od własnego braku umiejętności był dobry. W tym przypadku atakowanie organizatorów sabatu było najlepszym, na co wpadł Cameron. — A-a. Najpierw całus, potem winko.
Uśmiechnął się i wytarł zakrwawione ręce o rąbek koszuli. Potem nachylił się w kierunku Rudej i pocałował ją przeciągle. W końcu wspierała go całym sercem, więc musiał się jakoś odwdzięczyć!