Twarz Larisy zmieniła nieco wyraz, kiedy na moment kąciki ust drgnęły, rozciągając się w jakimś niemożliwie ulotnym uśmiechu, który równie dobrze mógł się Louvainowi wydawać. Jakby na moment tylko przypomniała sobie, że komplementy należało odpowiednio przyjąć, a jednocześnie nie było jej stać na nic więcej. Była zbyt dobrze świadoma tego, że wielu klientów ceniło ich warsztat z powodu nazwiska. Gregorovitch niosło ze sobą pewną renomę, oczekiwania, ale i także obietnice, a Larisa była osobą, która owe przyrzeczenia dotrzymywała, kiedy tylko mogła.
Praca w warsztacie była jednymi z nielicznych sytuacji, kiedy czuła się bardziej sobą niż tym, co działo się w jej głowie. Kawałki drewna, które trzymała w dłoniach, były nad wyraz ostre i wyraźnie, jakby odcinały się na tle mgły, która pożerała wszystko inne. Było to dla niej zjawisko tak samo niezwykle intrygujące, co zwyczajnie przyjemne.
Praca kaletnicza działała na nią w podobny sposób. Wyostrzała zmysły, oferowała skupienie i koncentrację, które wcześniej pozostawały niedostępne. Wykrajając je, a następnie składając w jedno, czuła się nieco jakby doświadczyła skradzionego życia, które przesuwało się jej pod palcami i przyjmowało nową formę.
Zerknęła na tkwiący między nimi pakunek, nie przejmując się wciąż tym, na ile trudne stawiał przed nią zadanie. Ostrzegała go rzetelnie, a on przyjął tę uwagę ze spokojem, reszta więc leżała w rękach już czegoś zupełnie od niej niezależnego. Zamordowany buchorożec równie dobrze mógł stwierdzić, że nikt więcej nie przywdzieje już jego skóry, a materiał sczeźnie pod jej palcami, nie nadając się ostatecznie do jakiegokolwiek użytku. Jej pozostanie tylko frustracja i złość. I napisanie przykrego listu, że niestety, ale to konkretne zwierzę nie chciało już z nikim współpracować.
Kiwnęła lekko głową, pogłębiając nieco bardziej ten gest chwile później, w odpowiedzi na jego ceremonialne skinienie głową. Wszelkie ustalenia, jakich mogli między sobą dokonać, znalazły właśnie swój koniec i pani Gregorovitch odprowadziła spojrzeniem młodego Lestrange'a do drzwi. Pojawiło się w niej na moment ukłucie smutku, kiedy spoglądała na jego sylwetkę. Postawę, to jak łapie za klamkę i znika na uliczce przecinającej Carkitt Market. Był w niej żal wywołany pewną zazdrością. O to, że syn Anthony'ego nie mógł być jej synem. Nie, nie chodziło o seniora jego rodu, a o to jak Louvain układał słowa. O to jak się prezentował, jaki był, jak się zachowywał. Gdyby mogła, wymieniłaby na niego Savaša.