18.10.2026, 16:50 ✶
Szacunek do życia stał u Helloise na równi do szacunku wobec śmierci. Na jedno i drugie widziała w świecie przestrzeń; nie wzdrygała jej myśl o tym, że wszystko wokół umiera, gdy jednocześnie tyle się rodziło nowego życia. Przyroda była mądra. Od wieków obracała cyklem życia i śmierci. Czemuż więc czarownica miałaby ingerować w jej wyroki i siłą przytrzymywać przy życiu człowieka, w którym wola życia wygasła?
Z łatwością wiedźma z lasu formułowała podobne myśli, dopóki człowiek, którego dotyczyły, był jej obcy, a więc obojętny. Do swoich bliskich przykładała odmienną zgoła miarę zaprzeczającą tej wzniosłej filozofii.
Wzrok Helloise nie był tak neutralny jak obecność sanitariuszy, prześlizgiwał się po Lazarusie niespiesznie i ciekawsko, gdy ten wydostawał się z przemoczonej piżamy. Kobieta widziała w mężczyźnie człowieka i gościa, nie pacjenta. W jej oczach tliło się milczące współczucie. Nie pociągała jej chorobliwa chudość i kościste członki. Widok człowieka o tak strupieszałej kondycji wzbudzał ledwie smutek. Powinno się odkarmić go i zwrócić światu, zamiast dalej marnować w murach opresyjnej instytucji. Powinno się odnowić holistycznie jego ducha, ciało i umysł, podczas gdy w Lecznicy Dusz podtrzymanie jednego elementu odbywało się przez wyniszczenie drugiego.
Sama gospodyni chaty była niewątpliwie w pełni sił, choć zdawała się nieco powolna i momentami duchem nieobecna. Była kobietą młodą, mimo że prowadziła życie kojarzone raczej z zagrzybiałymi staruchami oczekującymi w swojej samotni, aż zjawi się w ich progu ktoś poszukujący pokoleniowej mądrości. Wiedźma z tej chaty twarz miała jednak rumianą i gładką. Do kogoś starszego mogłyby należeć jedynie jej dłonie zniszczone pracą, niezadbane i obojętnie wystawiane podczas długich spacerów na kaprysy pogody.
— Nie ma wiele wyboru. Jest cawl Cymreig. — Kobieta wstała, aby na ogniu ustawić niewielki żeliwny garnuszek zupy do odgrzania. — Rosół jagnięcy.
Jagnięce mięso Helloise przełykała z trudem i pewnym obrzydzeniem, lecz za tradycyjnym walijskim rosołem przepadała. Odławiała zeń toteż zwykle części zwierzęce, aby jej nie psuły przyjemności jedzenia. Gdy zanurzała zęby w mięsie, nie potrafiła nie myśleć o śmierci zwierząt.
— Jest i kilka ciast. Są paszteciki nadziewane warzywami — snuła czarownica, udając się do sąsiedniego pomieszczenia po opatrunki i miskę z czystą wodą, aby zmyć z Lazarusa krew. Powróciwszy, wygrzebała z kuchennych szaf kilka buteleczek eliksirów. Flakonów, fiolek i flaszeczek było na jej regałach całe zatrzęsienie, niczym w aptece. Znajdowały się tam nie tylko gotowe eliksiry, ale i surowce oraz przybory alchemiczne.
Tak wyposażona czarownica stanęła przy Lazarusie, oczekując, że mężczyzna podda się jej amatorskim zabiegom.
— Nie są głębokie, lecz dlaczego miałbyś zostać z otwartymi ranami? Żeby zabrudzić świeże ubranie czy nabawić się zakażenia? — zapytała tonem napomnienia.
Było bowiem w chacie wiele możliwości zanieczyszczenia ran, szczególnie że wnętrza odwiedzały często zwierzęta, i nie tylko te kury hodowane przez czarownicę, lecz również dzikie stworzenia przenoszące Matka raczy wiedzieć jakie choroby. Daleko było jej domostwu do sterylności.
Z łatwością wiedźma z lasu formułowała podobne myśli, dopóki człowiek, którego dotyczyły, był jej obcy, a więc obojętny. Do swoich bliskich przykładała odmienną zgoła miarę zaprzeczającą tej wzniosłej filozofii.
Wzrok Helloise nie był tak neutralny jak obecność sanitariuszy, prześlizgiwał się po Lazarusie niespiesznie i ciekawsko, gdy ten wydostawał się z przemoczonej piżamy. Kobieta widziała w mężczyźnie człowieka i gościa, nie pacjenta. W jej oczach tliło się milczące współczucie. Nie pociągała jej chorobliwa chudość i kościste członki. Widok człowieka o tak strupieszałej kondycji wzbudzał ledwie smutek. Powinno się odkarmić go i zwrócić światu, zamiast dalej marnować w murach opresyjnej instytucji. Powinno się odnowić holistycznie jego ducha, ciało i umysł, podczas gdy w Lecznicy Dusz podtrzymanie jednego elementu odbywało się przez wyniszczenie drugiego.
Sama gospodyni chaty była niewątpliwie w pełni sił, choć zdawała się nieco powolna i momentami duchem nieobecna. Była kobietą młodą, mimo że prowadziła życie kojarzone raczej z zagrzybiałymi staruchami oczekującymi w swojej samotni, aż zjawi się w ich progu ktoś poszukujący pokoleniowej mądrości. Wiedźma z tej chaty twarz miała jednak rumianą i gładką. Do kogoś starszego mogłyby należeć jedynie jej dłonie zniszczone pracą, niezadbane i obojętnie wystawiane podczas długich spacerów na kaprysy pogody.
— Nie ma wiele wyboru. Jest cawl Cymreig. — Kobieta wstała, aby na ogniu ustawić niewielki żeliwny garnuszek zupy do odgrzania. — Rosół jagnięcy.
Jagnięce mięso Helloise przełykała z trudem i pewnym obrzydzeniem, lecz za tradycyjnym walijskim rosołem przepadała. Odławiała zeń toteż zwykle części zwierzęce, aby jej nie psuły przyjemności jedzenia. Gdy zanurzała zęby w mięsie, nie potrafiła nie myśleć o śmierci zwierząt.
— Jest i kilka ciast. Są paszteciki nadziewane warzywami — snuła czarownica, udając się do sąsiedniego pomieszczenia po opatrunki i miskę z czystą wodą, aby zmyć z Lazarusa krew. Powróciwszy, wygrzebała z kuchennych szaf kilka buteleczek eliksirów. Flakonów, fiolek i flaszeczek było na jej regałach całe zatrzęsienie, niczym w aptece. Znajdowały się tam nie tylko gotowe eliksiry, ale i surowce oraz przybory alchemiczne.
Tak wyposażona czarownica stanęła przy Lazarusie, oczekując, że mężczyzna podda się jej amatorskim zabiegom.
— Nie są głębokie, lecz dlaczego miałbyś zostać z otwartymi ranami? Żeby zabrudzić świeże ubranie czy nabawić się zakażenia? — zapytała tonem napomnienia.
Było bowiem w chacie wiele możliwości zanieczyszczenia ran, szczególnie że wnętrza odwiedzały często zwierzęta, i nie tylko te kury hodowane przez czarownicę, lecz również dzikie stworzenia przenoszące Matka raczy wiedzieć jakie choroby. Daleko było jej domostwu do sterylności.
dotknij trawy